error300: multiple choices

2008/12/29

2008 w mojej "branży"

Zamiast podsumowania dwa słowa o badaniach społecznych aspektów internetu. Ostatnio słychać było to i owo o obronionym doktoracie Janka Zająca, ale warto podkreślić, że rok 2008 był bardzo ważny dla sporej grupy osób zajmujących się badaniami Sieci.

Zbierając informacje stąd i skądinąd wiem, że swoje prace obronili w tym roku m.in. Marta Juza, Alek Tarkowski, Justyna Hofmokl. Obroniłem ją i ja. Odrobinę wcześniej, jesienią-zimą 2007,/2008 - także Joanna Bierówka, Anna Przybylska, Magdalena Szpunar, Marta Olcoń-Kubicka. Jeszcze wcześniej Mirek Filiciak i Dominik Batorski. Jest to już więc dość spore grono, o zróżnicowanych zainteresowaniach tematycznych. Myślę, że dobrze wróży to socjologii i psychologii internetu w Polsce, jednak przy okazji warto zwrócić uwagę na pewien paradoks.

Zwykliśmy mawiać, wspierając się zazwyczaj wynikami tych czy owych badań, że internet staje się dziś częścią codzienności. Jeżeli tak, to - w największym skrócie - rozmywa się sama dyscyplina; badaniami szeroko pojętej codzienności zajmuje się, z grubsza rzecz ujmując, mikrosocjologia. Jest też prawdą, że w naszych pracach doktorskich nacisk kładziony jest nie tylko na różne wątki, przede wszystkim korzystamy z różnych narzędzi badawczych, zakorzeniając się w zróżnicowanych koncepcjach teoretycznych. O mojej pracy można powiedzieć, że jest z zakresu socjologii moralności, a o doktoracie Ani Przybylskiej - że to w dużej mierze socjologia polityki. Janek Zając i Dominik Batorski wykorzystali w swych pracach koncepcję analizy sieci społecznych. I tak dalej. Socjologia internetu to w tych przypadkach tylko pewien słowny wytrych. Znacznie ważniejsze, że w 2008 roku jako pewne grono odnieśliśmy sporo indywidualnych sukcesów.
.

2008/12/23

Najfajniejsza korporacyjna kartka świąteczna

Chyba każdy otrzymał dziś/wczoraj/przedwczoraj swoją porcję życzeń świątecznych. Wszystkiego najlepszego życzyły mi już najróżniejsze sklepy i serwisy, w których pozakładałem konta. Tylko jedna kartka przykuła moją uwagę - i to na tyle, żeby wspomnieć o niej tutaj.

Życzenia od serwisu Snooth wyglądają tak:


Kartka składa się z 2000 miniaturowych zdjęć użytkowników, czy może raczej z 2000 awatarów symbolizujących ich w serwisie. I nie jest to wszystko, bo kolaż z okolicznościowego maila otwiera się jako specjalna strona, na której można kliknąć w każdy z uwzględnionych awatarów. Udany mariaż życzeń z integrowaniem użytkowników (działa w praktyce, sprawdzone). Bardzo fajna sprawa.

2008/12/01

Cytat na dziś: Dan Simmons

Media - przedłużenia zmysłów... Fragment z "Upadku Hyperiona" Simmonsa (Wyd. MAG 2008):

Hunt jest zaniepokojony (...) coraz dokuczliwszymi objawami odcięcia od datasfery. Wyobrażam sobie, jak musi cierpieć. Dla człowieka urodzonego i wychowanego w świecie, w którym każda informacja znajduje się na wyciągnięcie ręki, łączność z dowolną osobą jest oczywistością, a najdalsze krainy leżą nie dalej niż jeden krok przez portal transmitera, nagły powrót do życia, jakie wiedli nasi przodkowie, musi przypominać bolesne przebudzenie w ciele ślepca i kaleki.

2008/11/26

"Martwe dusze" Gogola - powieść o Web 2.0.

No dobrze, to nie do końca tak. Oczywiście Nikołaj Gogol nie żyje od ponad 150 lat, ale jego dzieła pozostają nie tylko zabawne, ale i bardzo trafne. Dziś, przy okazji porządkowania przynależności do rozmaitych serwisów internetowych, przypomniały mi się "Martwe dusze".

W tym roku skasowałem konta na Naszej-klasie i Gronie, z których przestałem właściwie korzystać i które dały mi to, czego od nich oczekiwałem. Dziś odrobiłem kilka zaległości, pieląc zarośnięte grządki loginów i haseł do innych nie wykorzystywanych już serwisów. Zapomniana galeria na Flickrze odeszła w niebyt - i tak dublowała się z Picasą. Rozczarowujący Cork'd zamieniłem na Snooth (swoją drogą, wyroiło się w Polsce sporo ciekawych blogów o winach). I tak dalej.

(Jedna zmiana dodatnia - tumblr; w sam raz na prywatne potrzeby gromadzenia ciekawych spostrzeżeń i miejsc w Sieci, z dowolnego z posiadanych komputerów).

Gogolowski Cziczikow to drobny cwaniaczek i krętacz, wykupujący od rosyjskich szlachciców "dusze" chłopów pańszczyźnianych, którzy zmarli (acz "żyją" w ewidencji). Dzięki tym transakcjom Cziczikow zaczyna uchodzić za bogatego ziemianina - ma przecież tylu chłopów - i wyłudza pieniądze od bankierów...

Refleksja byłaby zatem taka, że Cziczikow jest trochę jak właściciele serwisów, w których jesteśmy zarejestrowani, ale z których nie korzystamy (bo obiecywały zbyt wiele, bo rozczarowaliśmy się, bo już spełniły swoją rolę itd.). My, leniwi internauci, jesteśmy zaś "martwymi duszami", którymi można się elegancko pochwalić i za które można dostać nawet jakieś pieniądze. Rolę bankierów odgrywają nie tylko inwestorzy, ale także (...przede wszystkim?) reklamodawcy.

Można się zastanawiać, czy ujmę przynosi bycie takim internetowym Cziczikowem - czy raczej naiwnym bankierem, który daje się robić w konia. To zagadnienie najbardziej istotne, przy czym ja sam uznałem, że nie chcę robić za "martwą duszę" w cudzej grze. Pominąwszy wszystko, taka dusza pozostawia też po sobie pewną ewidencję - a po co...?
.

De-friending

Na Mashable'u doskonały wpis Davida Sparka o de-friendingu, czyli usuwaniu użytkowników z grona przyjaciół na serwisach społecznościowych i pokrewnych. Naprawdę warto przeczytać te 12 opowiastek o symbolicznym zrywaniu kontaktów - niektóre są zabawne ("He just really loves the Vikings" to doskonałe wyjaśnienie, dlaczego nie zamęczam tu nikogo informacjami o Vancouver Canucks), inne wbrew wesołej stylistyce zupełnie poważne.

Można byłoby odnieść się do stereotypów, które pewnie odgrywają w de-friendingu niepoślednią rolę - akurat opublikowałem trzy wpisy nawiązujące do Baracka Obamy, co w komentarzach zaowocowało tą czy ową etykietką :) - ale przecież offline polityka też dzieli, nierzadko całe rodziny. Bardziej intrygująca jest więc presja wywierana przez daną grupę na jednostce ("Don’t leave or we’ll all de-friend you") i relacje rodzice-dzieci na tych platformach komunikacyjnych, z których korzystają razem. Co jak co, ale usunąć rodziciela z kontaktów (czy, nie daj Bóg, z grupy przyjaciół) to już faktycznie duża sprawa.

Zresztą ta z pozoru prosta czynność - usunąć kogoś z kontaktów w tym czy innym serwisie - ma naprawdę spory ciężar psychologiczny, szczególnie jeżeli druga osoba może łatwo dowiedzieć się o zmianie swojego statusu. O nadinterpretacje zdarzenia raczej nietrudno... a i tłumaczyć się z nieprzyjacielskich gestów przecież nie lubimy (chyba, że ktoś w ewidentny sposób na taki gest zasłużył).

Albo jeszcze inna perspektywa; wymiar symboliczny de-friendingu: usuwam niewygodną osobę, anuluję ją w związku z tym czy innym przewinieniem, wyobrażonym lub prawdziwym. Kliknięcie jako namiastka społecznego wykluczenia? Rytuał wymazania?
.

2008/11/14

Eugene Little Coyote jak Barack Obama

Internet odegrał na tyle istotną rolę w kampanii wyborczej Baracka Obamy, że jeszcze wiele na ten temat przeczytamy. Sam zresztą pisałem, że w nadchodzących latach będą się na niej wzorować liczne sztaby (czasem zapewnie w buracko-siermiężny sposób... czytaj: będzie dużo uciechy na blogach).

Nie mniej fascynujące jest jednak wykorzystanie internetu w zupełnie innej kampanii wyborczej. Eugene Little Coyote to były wódz były przewodniczący rady plemiennej Północnych Czejenów, ubiegający się w tym roku o reelekcję na swoje stanowisko. Poniższy, 10-minutowy klip wyborczy - infomercial? - opublikowano na YouTube 1 listopada:



Klip obejrzano przed opublikowaniem tego wpisu 407 razy. To wcale niemało, zważywszy na liczebność plemienia Czejenów. Cytując Wikipedię:

podczas spisu powszechnego w 2000 roku 11 191 obywateli USA zadeklarowało, że jest pochodzenia Cheyenne a 18 204 oświadczyło, że ma pochodzenie wyłącznie lub między innymi Cheyenne.

...przy czym, rzecz jasna, pochodzenie nie jest równoznaczne z uczestnictwem w życiu społeczno-politycznym plemienia.

W kampanii Eugene'a Małego Kojota - niestety przegranej - ważną rolę odegrał wolontariat. Powyższy klip jest nie tylko profesjonalny; przede wszystkim został przygotowany w czasie wolnym przez zwolenników Eugene'a. To ten sam wolontariat, tak wychwalany w kontekście zwycięstwa Obamy.

Co może jeszcze ciekawsze: kampania Little Coyote'a, choć w istocie mikroskopijna, przekroczyła geograficzne granice. Współautorem filmu - a dokładnie autorem muzyki i wykorzystanych w nim fotografii - jest Polak, Marcin Roguski. "Rambo" to administrator sieci w Instytucie Dziennikarstwa UW, wykładowca specjalizacji Dziennikarstwo Online. Nie muszę dodawać, że także przyjaciel Czejenów, z którymi współpracuje (oczywiście dzięki internetowi) od wielu lat.
.

2008/11/05

O przemówieniach i ksobności

Zamiast "cytatu na dziś" polecam serdecznie przeczytanie transkrypcji CNN z nocnego przemówienia prezydenta-elekta Baracka Obamy. To przemówienie dobrze pasuje do wydźwięku wpisu, który umieściłem na blogu poprzednim razem.

Spicz Obamy jest rewelacyjny retorycznie, ale przede wszystkim ujmuje jego treść. Nie mogę powstrzymać się od przytoczenia kilku fragmentów. Podkreślenia moje.

*****

(o kampanii)

"It grew strength from the young people who rejected the myth of their generation's apathy who left their homes and their families for jobs that offered little pay and less sleep. It drew strength from the not-so-young people who braved the bitter cold and scorching heat to knock on doors of perfect strangers, and from the millions of Americans who volunteered (...).

This is your victory. And I know you didn't do this just to win an election. And I know you didn't do it for me. You did it because you understand the enormity of the task that lies ahead."

(o celach)

"This victory alone is not the change we seek. It is only the chance for us to make that change. And that cannot happen if we go back to the way things were.

It can't happen without you, without a new spirit of service, a new spirit of sacrifice.

So let us summon a new spirit of patriotism, of responsibility, where each of us resolves to pitch in and work harder and look after not only ourselves but each other."

*****

Społeczeństwo polskie od zawsze słyszy frazesy o sile głosu i możliwości zmiany rzeczywistości w wyborach... ale czy ci wybierani, przynajmniej w Polsce, czują się naszymi sługami? Czujecie to w ich postępowaniu albo choć w gestach? Są wiarygodni?

Gdzie podział się etos służby? Był, ale wg mnie wyparował wraz z ludźmi, którzy z poczucia patriotycznego obowiązku weszli do polskiej polityki na przełomie lat 80. i 90. - a potem się z niej wycofali, mogąc realizować się w spokoju gdzie indziej. Jednym z ostatnich, którzy pozostali, był Jacek Kuroń.

Symptomatyczny jest zresztą jego cytat z "Działania": "jedyną drogą do kierowania własnym życiem jest aktywne przekształcanie otaczającego nas świata przedmiotów, relacji łączących nas z partnerami i wreszcie świata stosunków społecznych. Swe życie zmieniać możemy pośród innych, dla innych i wspólnie z innymi".

Coś się przypomina... Yes, we can.

Moim zdaniem zmianą jakościową w kampanii politycznej Obamy jest właśnie zerwanie z ksobnością; wierzę, że to nie tylko marketing polityczny. Zresztą teraz, po wygranej, Obama mógłby mówić już nieco inaczej - jak nasz prezydent, w rozluźnieniu meldujący bratu wykonanie zadania.

We wczorajszo-dzisiejszym przemówieniu Obama jeszcze silniej podkreśla rolę wspólnoty. Bo w istocie o wspólnotę tu chodzi, czyli communitas, czyli community. Co z kolei należy trafnie połączyć z komunitarianizmem (zwanym też u nas komunitaryzmem; pomylenie lub utożsamienie z komunizmem niewybaczalne).

Nie twierdzę, że Obama jest komunitarianinem, natomiast znając nieco ten nurt mogę stwierdzić, że dostrzega problemy, na które zwraca się w nim uwagę. Bardzo słusznie zresztą.

A wracając do ksobności; warto porównać przemówienie Obamy z Misiem na skalę naszych możliwości, czyli... Oto orędzie Lecha Kaczyńskiego z 23.12.2005 (orędzie przed Zgromadzeniem Narodowym po wyborze na prezydenta), a tutaj - tekst exposé Donalda Tuska sprzed niespełna roku. Nie dokonam rozkładu tychże na części pierwsze, jeżeli mogę tylko coś zasugerować: zwróćcie uwagę, w jakim stopniu orędownicy są skupieni na sobie, a w jakim na nas. Kaczyński to rzecz jasna przykład człowieka, który wie lepiej czego chcą wyborcy (lepiej niż oni sami). Tusk - przykład samozadowolenia popartego powierzchownym, niezbyt wiarygodnym PR-em (toć już Kwaśniewski AD 1995 lepiej przekonywał Polaków, żeby wybrać przyszłość oraz styl).

No właśnie, wiarygodność. Czytam tu i ówdzie komentarze polskich internautów porównujących - oczywiście mało merytorycznie - Obamę do Tuska. Takie prawo każdego, niech porówna z kim chce. Używając argumentacji na poziomie ww. komentarzy mogę jednak spytać, ilu Polaków płakało ze wzruszenia po którymkolwiek orędziu rodzimego polityka w ostatnich 20 latach...?

Wystarczy włączyć teraz którąkolwiek relację amerykańskiej telewizji, aby zobaczyć, dla jak wielu Amerykanów zwycięstwo Obamy jest wielkim wydarzeniem - i wzruszeniem.

Oczywiście można brnąć dalej, skwitować, że Amerykanie są głupi, lecą na show i dali się owinąć wokół palca. Wszyscy wyborcy Obamy jak jeden mąż - w tym elity intelektualne (środowisko profesorskie w pierwszych miesiącach kampanii dotowało na rzecz Obamy 1,5 mln USD) i kulturalne. Elity, których twórczość muzyczna, filmowa, literacka jest oczywiście w Polsce bardzo rozchwytywana... Co niechybnie oznacza, że śmiejąc się z nich, śmiejemy się z siebie...

A może sami potrzebujemy Obamy, człowieka, któremu moglibyśmy wreszcie uwierzyć? Pytanie, gdzie on jest. Zazdroszczę Ameryce nie tyle Obamy, co jego osobowości i podejścia do roli, którą społeczeństwo zgodziło się mu wyznaczyć. Wiary, że działanie wspólne, łączenie zamiast dzielenia (dając jednak DOBRY przykład, a nie puste obietnice), jest podstawą nowoczesnej polityki.

Taka wiara potrzebna jest i u nas, bo postawmy sprawę jasno - od grudnia 2005 w Polsce nie spełnia się nawet tak oczywistej obietnicy:

"As Lincoln said to a nation far more divided than ours, we are not enemies but friends. (...) And to those Americans whose support I have yet to earn, I may not have won your vote tonight, but I hear your voices. I need your help. And I will be your president, too."


PS. Czy wspominałem, że Barack Obama wspiera tzw. neutralność Sieci a McCain niekoniecznie? I że "ojciec internetu" Vinton Cerf też poparł Obamę?

.

2008/10/30

Obama, partycypacja, zaufanie

Lada moment (ciągle jeszcze) najważniejsze na świecie wybory prezydenckie. Pojedynku Barack Obama kontra John McCain pewnie nie opisywałbym w tym miejscu, gdyby nie kilka zdarzeń.

Po pierwsze, bynajmniej nie najważniejsze: jakiś czas temu mój blog zmienił nieznacznie nazwę. Nie ma już "migawek z cyberprzestrzeni". Został tylko error300 - wielość wyborów. To drobny symbol zamierzonego otwarcia tematycznego; internet wtopił się w codzienność i nie wymaga już uwagi sam z siebie.

Po drugie, skoro o internecie mowa - w Sieci kampania wyborcza Obamy wyznacza nowe standardy. Witryna my.barackobama.com pozwala zwolennikom (choć także dowcipnisiom lub radykałom) prowadzić blogi, kalendarze zdarzeń, włączać się w już prowadzone akcje. Filmy z Obamą szybko trafiają na YouTube i podobne serwisy. Nie mam wątpliwości, że działania sztabu Demokratów będą w najbliższych latach naśladowane dość regularnie. Kto wie, może i przez naszych superekspertów od marketingu politycznego. To oczywiście byłby dobry omen, zważywszy, że jak dotąd kluczowym źródłem e-kscytacji były dla nas witryna Lecha Kaczyńskiego urozmaicona pogadankami wideo oraz blog żony Marka Borowskiego (prowadzony zresztą także po kampanii prezydenckiej).

Po trzecie, w sierpniu miałem okazję obejrzeć transmisję na żywo z wystąpienia Obamy podczas konferencji Demokratów. Z tego wystąpienia, w którym oficjalnie odebrał nominację partyjną. Spicz Obamy zrobił na mnie wielkie wrażenie - i to niezależnie od faktu, iż obiecał wszystko wszystkim. Styl, w jakim to zrobił, był zjawiskowy. To nie tylko świetny mówca - tych jest na pęczki; to człowiek z charyzmą lidera - tych jest mało, a ich charyzmę znać po zjednywaniu sobie osób niezaangażowanych. Nie znam innego współczesnego, żyjącego polityka, który umiałby tak przemawiać, przekazując otoczeniu tyle pozytywnych emocji. Dawniej M. L. King, Gandhi (słabszy mówca, wielki lider).

Po czwarte, kampania Obamy, w Sieci i poza Siecią, bardzo silnie zachęca Amerykanów do działania. Charakterystyczny jest zresztą wybór hasła wyborczego (Yes we can). Czy zaangażujesz się jako bloger, czy jako działacz lokalny, to mniej ważne. Koniec z marazmem! Trzeba przypomnieć sobie, że możemy aktywnie kształtować rzeczywistość biorąc sprawy w swoje ręce. Banał? Niekoniecznie; nie chodzi o idealistyczne wizje zmiany całego świata. Wystarczy zmienić coś w skali mikro. Oddolność. Restauracja zaufania społecznego.

Ten ostatni wątek można pretensjonalnie określić jako "Obama a sprawa polska". Nie trzeba czytać Sztompki, aby przyznać, że Polacy nie darzą się nawzajem przesadnym zaufaniem. Nie pomnę badań - w Europie mało który naród mniej sobie ufa. Przesadzony lęk przed kradzieżami, przed korupcją, która wbrew rojeniom niektórych nie jest w Polsce specjalnie rozbuchana (badał to mój znajomy, dr Grzegorz Makowski). Grodzone osiedla, pustoszejące miejsca wspólne. Mamy z zaufaniem problem.

Najlepszym lekiem byłoby większe zaangażowanie w działania lokalne, zmienianie wspólnego-niczyjego we wspólne-nasze. Obawiam się jednak, że najpierw powinniśmy uporać się z kompleksem niższości (co gorsze, jeszcze podsycanym przez niektórych polityków). Potrzebujemy kogoś, kto powie nam Yes we can. Ale powie to tak, abyśmy mogli w to długofalowo uwierzyć.

I tu mamy problem. W Polsce nie ma najprawdopodobniej ani jednego polityka formatu połowy Baracka Obamy.

...tym niemniej lubimy naśladować USA, więc może tym razem uda się przenieść nową jakość do naszej polityki?

...tylko kto miałby to zrobić? Raczej ktoś spoza układu (nomen omen) rządząco-opozycyjnego...

...a jeśli miałby się spełnić czarny sen, w którym Obama okazałby się tylko genialnym produktem marketingu politycznego? Primo, nie wierzę - ale niech stracę, najwyżej wyjdę na głupca, który dał się oszukać. Potem przyklasnę tym, którzy tak mnie doskonale omamili. Secundo, od prezydentów-idiotów i prezydentów-pieniaczy i tak będzie lepszy. Po tysiąckroć.

Na najbliższy, wyborczy wtorek czekam z dużą nadzieją.
.