Zamiast "cytatu na dziś" polecam serdecznie przeczytanie
transkrypcji CNN z nocnego przemówienia prezydenta-elekta Baracka Obamy. To przemówienie dobrze pasuje do wydźwięku wpisu, który umieściłem na blogu poprzednim razem.
Spicz Obamy jest rewelacyjny retorycznie, ale przede wszystkim ujmuje jego treść. Nie mogę powstrzymać się od przytoczenia kilku fragmentów. Podkreślenia moje.
*****
(o kampanii)
"It grew strength from the young people who rejected the myth of their generation's apathy who left their homes and their families for jobs that offered little pay and less sleep. It drew strength from the not-so-young people who braved the bitter cold and scorching heat to knock on doors of perfect strangers, and from the millions of Americans who volunteered (...).This is your victory. And I know you didn't do this just to win an election. And I know you didn't do it for me. You did it because you understand the enormity of the task that lies ahead."(o celach)
"This victory alone is not the change we seek. It is only the chance for us to make that change. And that cannot happen if we go back to the way things were.
It can't happen without you, without a new spirit of service, a new spirit of sacrifice.
So let us summon a new spirit of patriotism, of responsibility, where each of us resolves to pitch in and work harder and look after not only ourselves but each other."
*****
Społeczeństwo polskie od zawsze słyszy frazesy o sile głosu i możliwości zmiany rzeczywistości w wyborach... ale czy ci wybierani, przynajmniej w Polsce, czują się naszymi sługami? Czujecie to w ich postępowaniu albo choć w gestach? Są wiarygodni?
Gdzie podział się etos służby? Był, ale wg mnie wyparował wraz z ludźmi, którzy z poczucia patriotycznego obowiązku weszli do polskiej polityki na przełomie lat 80. i 90. - a potem się z niej wycofali, mogąc realizować się w spokoju gdzie indziej. Jednym z ostatnich, którzy pozostali, był Jacek Kuroń.
Symptomatyczny jest zresztą jego cytat z "Działania": "jedyną drogą do kierowania własnym życiem jest aktywne przekształcanie otaczającego nas świata przedmiotów, relacji łączących nas z partnerami i wreszcie świata stosunków społecznych. Swe życie zmieniać możemy pośród innych, dla innych i wspólnie z innymi".
Coś się przypomina... Yes, we can.
Moim zdaniem zmianą jakościową w kampanii politycznej Obamy jest właśnie zerwanie z ksobnością; wierzę, że to nie tylko marketing polityczny. Zresztą teraz, po wygranej, Obama mógłby mówić już nieco inaczej - jak nasz prezydent, w rozluźnieniu meldujący bratu wykonanie zadania.
We wczorajszo-dzisiejszym przemówieniu Obama jeszcze silniej podkreśla rolę wspólnoty. Bo w istocie o wspólnotę tu chodzi, czyli communitas, czyli community. Co z kolei należy trafnie połączyć z komunitarianizmem (zwanym też u nas komunitaryzmem; pomylenie lub utożsamienie z komunizmem niewybaczalne).
Nie twierdzę, że Obama jest komunitarianinem, natomiast znając nieco ten nurt mogę stwierdzić, że dostrzega problemy, na które zwraca się w nim uwagę. Bardzo słusznie zresztą.
A wracając do ksobności; warto porównać przemówienie Obamy z Misiem na skalę naszych możliwości, czyli... Oto orędzie Lecha Kaczyńskiego z 23.12.2005 (orędzie przed Zgromadzeniem Narodowym po wyborze na prezydenta), a tutaj - tekst exposé Donalda Tuska sprzed niespełna roku. Nie dokonam rozkładu tychże na części pierwsze, jeżeli mogę tylko coś zasugerować: zwróćcie uwagę, w jakim stopniu orędownicy są skupieni na sobie, a w jakim na nas. Kaczyński to rzecz jasna przykład człowieka, który wie lepiej czego chcą wyborcy (lepiej niż oni sami). Tusk - przykład samozadowolenia popartego powierzchownym, niezbyt wiarygodnym PR-em (toć już Kwaśniewski AD 1995 lepiej przekonywał Polaków, żeby wybrać przyszłość oraz styl).
No właśnie, wiarygodność. Czytam tu i ówdzie komentarze polskich internautów porównujących - oczywiście mało merytorycznie - Obamę do Tuska. Takie prawo każdego, niech porówna z kim chce. Używając argumentacji na poziomie ww. komentarzy mogę jednak spytać, ilu Polaków płakało ze wzruszenia po którymkolwiek orędziu rodzimego polityka w ostatnich 20 latach...?
Wystarczy włączyć teraz którąkolwiek relację amerykańskiej telewizji, aby zobaczyć, dla jak wielu Amerykanów zwycięstwo Obamy jest wielkim wydarzeniem - i wzruszeniem.
Oczywiście można brnąć dalej, skwitować, że Amerykanie są głupi, lecą na show i dali się owinąć wokół palca. Wszyscy wyborcy Obamy jak jeden mąż - w tym elity intelektualne (środowisko profesorskie w pierwszych miesiącach kampanii dotowało na rzecz Obamy 1,5 mln USD) i kulturalne. Elity, których twórczość muzyczna, filmowa, literacka jest oczywiście w Polsce bardzo rozchwytywana... Co niechybnie oznacza, że śmiejąc się z nich, śmiejemy się z siebie...
A może sami potrzebujemy Obamy, człowieka, któremu moglibyśmy wreszcie uwierzyć? Pytanie, gdzie on jest. Zazdroszczę Ameryce nie tyle Obamy, co jego osobowości i podejścia do roli, którą społeczeństwo zgodziło się mu wyznaczyć. Wiary, że działanie wspólne, łączenie zamiast dzielenia (dając jednak DOBRY przykład, a nie puste obietnice), jest podstawą nowoczesnej polityki.
Taka wiara potrzebna jest i u nas, bo postawmy sprawę jasno - od grudnia 2005 w Polsce nie spełnia się nawet tak oczywistej obietnicy:
"As Lincoln said to a nation far more divided than ours, we are not enemies but friends. (...) And to those Americans whose support I have yet to earn, I may not have won your vote tonight, but I hear your voices. I need your help. And I will be your president, too."
PS. Czy wspominałem, że Barack Obama wspiera tzw. neutralność Sieci a McCain niekoniecznie? I że "ojciec internetu" Vinton Cerf też poparł Obamę?
.