Eurobiblioteka, Google i nasza tożsamość
Ta informacja nie trafiła na pierwsze strony gazet, ale podchwycił ją "Enter". Tekst ("E-biblioteka: Europa kontra Google") pochodzi z 3.05., przytoczę fragment a potem skomentuję:
"Przywódcy pięciu państw naszego kontynentu wystosowali do władz UE list w sprawie sfinansowania paneuropejskiej biblioteki internetowej. Apel został podpisany przez głowy państw: Polski, Niemiec, Węgier, Włoch i Hiszpanii. Jest on odpowiedzią na ogłoszoną w grudniu ubiegłego roku przez wyszukiwarkę Google inicjatywę stworzenia takiego zbioru o charakterze ogólnoamerykańskim."
O inicjatywie Google'a nie pisałem, ale było o niej głośno - w porozumieniu z trzema amerykańskimi uniwersytetami (Harvard, Michigan, Stanford), biblioteką publiczną w Nowym Jorku oraz angielskim Oxfordem, firma będzie digitalizować zbiory książkowe i udostępniać je w Internecie. Inicjatywa chwalebna, ale trochę racji trzeba też przyznać Jacques'owi Chiracowi, obawiającego się amerykocentryzmu. Francuzi nie chcą, by internetową wiedzę o Napoleonie czerpano z opracowań amerykańskich - i coś w tym jest. Czy my chcielibyśmy, by sieciowe wyszukiwarki preferowały jankeskie prace o zaborach i Powstaniu Warszawskim? Czy nie ulatywałby tu gdzieś duch naszej narodowej tożsamości? Praca kogoś z zupełnie innej kultury mogłaby być frapująca, ale nie byłoby dobrze, gdyby najpopularniejsza wyszukiwarka wskazywała ją jako najbardziej trafne źródło. Oto sedno wątpliwości znad Sekwany.
"Przywódcy pięciu państw naszego kontynentu wystosowali do władz UE list w sprawie sfinansowania paneuropejskiej biblioteki internetowej. Apel został podpisany przez głowy państw: Polski, Niemiec, Węgier, Włoch i Hiszpanii. Jest on odpowiedzią na ogłoszoną w grudniu ubiegłego roku przez wyszukiwarkę Google inicjatywę stworzenia takiego zbioru o charakterze ogólnoamerykańskim."
O inicjatywie Google'a nie pisałem, ale było o niej głośno - w porozumieniu z trzema amerykańskimi uniwersytetami (Harvard, Michigan, Stanford), biblioteką publiczną w Nowym Jorku oraz angielskim Oxfordem, firma będzie digitalizować zbiory książkowe i udostępniać je w Internecie. Inicjatywa chwalebna, ale trochę racji trzeba też przyznać Jacques'owi Chiracowi, obawiającego się amerykocentryzmu. Francuzi nie chcą, by internetową wiedzę o Napoleonie czerpano z opracowań amerykańskich - i coś w tym jest. Czy my chcielibyśmy, by sieciowe wyszukiwarki preferowały jankeskie prace o zaborach i Powstaniu Warszawskim? Czy nie ulatywałby tu gdzieś duch naszej narodowej tożsamości? Praca kogoś z zupełnie innej kultury mogłaby być frapująca, ale nie byłoby dobrze, gdyby najpopularniejsza wyszukiwarka wskazywała ją jako najbardziej trafne źródło. Oto sedno wątpliwości znad Sekwany.
* * *
W "Drugim potopie" Pierre'a Lévy'ego (patrz "Człowiek i nowe media w komunikacji społecznej w XX wieku", red. M. Hopfinger) padło kilka ważnych pytań o zagrożenia, których źródłem jest Internet. Kanadyjski profesor pytał m.in. sam siebie, czy cyberprzestrzeń może być zagrożeniem dla narodowych języków i kultur - i czy obawa przed kulturową dominacją Stanów Zjednoczonych w Sieci jest uzasadniona.
Lévy wskazywał, że "groźba uniformizacji nie jest tak wielka, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Technologiczna i ekonomiczna struktura komunikowania w cyberprzestrzeni znacznie różni się od struktur kina czy telewizji. Zwłaszcza wytwarzanie i transmitowanie informacji jest znacznie bardziej dostępne jednostkom lub grupom dysponującym niewielkimi środkami". Filozof opisał też cztery ważne cechy Sieci; skracając, są to:
Lévy wskazywał, że "groźba uniformizacji nie jest tak wielka, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Technologiczna i ekonomiczna struktura komunikowania w cyberprzestrzeni znacznie różni się od struktur kina czy telewizji. Zwłaszcza wytwarzanie i transmitowanie informacji jest znacznie bardziej dostępne jednostkom lub grupom dysponującym niewielkimi środkami". Filozof opisał też cztery ważne cechy Sieci; skracając, są to:
- zanik monopolu przekazu publicznego,
- rosnąca różnorodność sposobów ekspresji,
- rosnące możliwości sprzętu umożliwiającego poruszanie się wśród zalewających nas informacji i ich odsiew,
- rozwój wirtualnych wspólnot i międzyludzkich kontaktów na odległość w poszukiwaniu zaspokojenia wspólnych zainteresowań.
Jeśli spojrzymy na punkt trzeci, powinniśmy skojarzyć z nim wyszukiwarki. Od wyszukiwarek skojarzenie biegnie do Google'a, od Google'a do jego współpracy z pięcioma wielkimi bibliotekami, a stąd... No właśnie. Nie ma wątpliwości, że selekcja informacji jest nieodzowna, a wyszukiwarki są bardzo przydatnymi narzędziami. Jeśli jednak będą sortować literaturę naukową, rodzi się zagrożenie, że pewne zjawiska będziemy oglądać dość jednostronnie...

(Google nie daje wielu podstaw do obaw o amerykocentryzm, dba nawet o drobiazgi - tu logo w irlandzkiej symbolice, przygotowanej na Świętego Patryka)
Przy całej mojej sympatii do największej przeglądarki oraz niechęci do spiskowych teorii dziejów, muszę stwierdzić, że eurobiblioteka internetowa jest naprawdę dobrym pomysłem. To po prostu nasza polisa bezpieczeństwa, "na wypadek gdyby"... Ani trochę nie podejrzewam Larry'ego Page'a i Sergey'a Brina o wspieranie amerykańskiego imperializmu, ale jestem pewien, że ich szczytną w założeniu inicjatywę można nieetycznie wykorzystać.
List, o którym napisał "Enter", bardzo mnie więc cieszy - tym bardziej, że "nasi tam byli". Brawo.
Pierre Lévy konstatował, że hamulcem dla rozprzestrzeniania różnorodności w Sieci mogą być kwestie techniczne (np. implementacja złożonych alfabetów niełacińskich), ale oprócz nich "nic w Internecie nie zagraża różnorodności z wyjątkiem braku inicjatywy lub braku rozmówców posługujących się takim czy innym językiem mniejszościowym".
I cóż powiedzieć... Lévy ma rację. Ostatecznie wszystko sprowadza się właśnie do braku inicjatywy. Prezydenckie komentarze nie są konstruktywne, jeśli nie idą za nimi działania. Dobrze więc, że pierwsze kroki już postawiono.
error300.org
List, o którym napisał "Enter", bardzo mnie więc cieszy - tym bardziej, że "nasi tam byli". Brawo.
Pierre Lévy konstatował, że hamulcem dla rozprzestrzeniania różnorodności w Sieci mogą być kwestie techniczne (np. implementacja złożonych alfabetów niełacińskich), ale oprócz nich "nic w Internecie nie zagraża różnorodności z wyjątkiem braku inicjatywy lub braku rozmówców posługujących się takim czy innym językiem mniejszościowym".
I cóż powiedzieć... Lévy ma rację. Ostatecznie wszystko sprowadza się właśnie do braku inicjatywy. Prezydenckie komentarze nie są konstruktywne, jeśli nie idą za nimi działania. Dobrze więc, że pierwsze kroki już postawiono.
error300.org




0 Comments:
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
<< Home