CD, mp3, muzycy i wartość dodana
Amerykański rynek muzyczny rządzi się innymi prawami niż polski, niemniej warto odnotować tamtejszą tendencję. Jak donosi Washington Post, sprzedaż CD z muzyką spadła w ubiegłym roku w USA o 7 procent (w zyskach = ponad 45 mln USD); jednocześnie podwoiły się dochody ze sprzedaży muzyki przez Sieć (roczny dochód ponad 300 mln USD). Tak twierdzą media, cytując ośrodek badawczy Nielsen SoundScan. Co ciekawe, nie oznacza to jeszcze zmierzchu płyt kompaktowych - CD jako nośnik zawłaszcza ciągle 95% rynku.
Trzeba jednak pamiętać, że w zestawieniach porównawczych obu kanałów dystrybucyjnych łatwo ulec pewnej atrakcyjnej iluzji; chodzi o sytuację, w której wylicza się sprzedane sztuki towaru. W Sieci jedna sztuka to zazwyczaj jeden utwór, w realu - cała płyta z kilkunastoma nagraniami. Cokolwiek by mówić, spadek o 7% i 45 milionów dolarów jest jednak zauważalny. Pieniądze powoli zmieniają pośrednika.
2.
Dla tamtejszej branży muzycznej zmienia się stosunkowo niewiele - sprzedaż jest sprzedażą. Kiedy podaję liczbę 45 mln USD, nie mówimy o "stratach finansowych", bo w warunkach amerykańskich, przy tamtejszych zarobkach, opłata 99 centów za utwór muzyczny bądź 1.99 USD za klip wideo nie jest większym problemem. Koszt ściągania utworów z iTunes czy Sony Connect jest skrojony na potrzeby okrzepłych gospodarek zachodnich i zasadniczo nie ma w tym nic złego.
Błędne koło jest związane z czymś innym. Po pierwsze z brakiem pomysłu międzynarodowych gigantów na dywersyfikację opłat, by dostosować je do siły nabywczej także mniejszych i biedniejszych rynków. Po drugie z kompletną indolencją rodzimych wydawców i sklepów, którzy trwają w przekonaniu, że stawki zachodnie (3.99 zł za ściągnięcie jednego utworu) są w stanie odwieść np. Polaków od darmowej alternatywy w postaci ściągania mp3 za darmo z sieci P2P. Nie znam szczegółów prawnoautorskich i być może punkt drugi jest bardziej związany z pierwszym niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, fakt jednak niezaprzeczalny, że mp3.pl czy iplay przy obecnych cenach Polski nie zawojują.
3.
Kwestię nieuchronnych zasadniczo przenosin sprzedaży muzyki do Sieci coraz lepiej czują sami artyści. Niektórzy dostrzegają także problem granicy stawki opłat, jaką jest w stanie zaakceptować polskie społeczeństwo. Projekt zmian legislacyjnych Jacka Skubikowskiego i SAWP jest miejscami dyskusyjny i budzi wątpliwości, ale trzeba też powiedzieć, że jest ewidentnym krokiem w dobrą stronę. Skubikowski chce wprowadzenia dobrowolnej opłaty w wysokości ok. 5 zł za ściąganie części filmów i muzyki z Sieci (szczegóły w linku). To ważne wyjście poza schemat, że internauci to piraci i nie należy z nimi rozmawiać; to także próba wypracowania jakiegoś modus vivendi (choć nie mam złudzeń, że ogranizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi kieruje pragmatyzm. Jeżeli jednak jest to pragmatyzm poszukujący, nie oderwany od realiów, chcący kompromisu - to wszystko OK. Kwestie rozliczeń z organizacjami zbiorowego zarządzania zostawmy samym artystom, nawet jeśli wiemy skądinąd, że instytucje te nie zawsze tak dzielą się pieniędzmi, jak chcieliby tego muzyk X czy aktor Y).
Podkreślmy dwie kluczowe rzeczy. Primo, dobrowolność wnoszenia opłat. Secundo, stawka w wysokości pięciu złotych. Symboliczna, innymi słowy. Taka, której uiszczenia przyzwoitej osobie trudno będzie odmówić.
I o to chodzi, i o to chodzi. Pisząc o cenie zakupu mp3 w rodzimych sklepach internetowych, zwracam uwagę właśnie na jej nieadekwatność w stosunku do polskich zarobków. Jeżeli za cały album w mp3 miałbym zapłacić 40 złotych, to dołożę 10 złotych i kupię CD, z nieustająco atrakcyjną książeczką (i samym krążkiem, którego nie stracę podczas awarii twardego dysku czy systemu operacyjnego). A jeżeli ktoś nie jest skłonny wydać 40 zł na muzykę, którą lubi, to pewnie skopiuje ją od kolegi albo ściągnie z P2P. Sklep nic nie zarobi, podobnie muzyk, który jest tu nieco bezwolny i bezbronny, chyba że może wydostać się z układu.
4.
Od kilku lat powtarzam, że usieciowiony świat muzyki wymaga adaptacji również ze strony samych artystów. Jeżeli nie ma się uznanej marki i nie jest się sztucznie pompowanym produktem, trudno dziś zdobyć masową popularność - także dlatego, że świetnych zespołów na najwyższym poziomie jest naprawdę bardzo wiele. Również w Polsce (polecam na próbę post-crimsonowskie Indukti albo równie oryginalny Psychotropic Transcendental).
Internet stwarza dla nich szansę. Rzeczoną adaptacją ze strony muzyków powinno być oferowanie słuchaczowi wartości dodanej, którą dzisiaj rozumieją i praktykują już kontrkulturowi, choć względnie mainstreamowi wielcy. Mówię zarówno o efektownych wizualizacjach na koncertach (Tool), jak i o ekskluzywnych stronach WWW dostępnych tylko dla tych osób, które kupią daną płytę/singiel/mp3 (np. Nine Inch Nails i promocja [with_teeth]). Warto pamiętać, że wartością dodaną może być też - w pewnym zakresie - większa niż kiedykolwiek dostępność muzyków dla fanów (np. via forum). To jednak osobne zagadnienie.
Wracając do wątku biznesowego. Jeżeli jest coś, co może przyspieszyć znacznie zgon CD (a nie jest on tak oczywisty, zdaniem m.in. badaczy z Harvardu), to niższa niż obecnie cena mp3 i właśnie wartość dodana. Wielokrotnie powtarzanym argumentem przeciwko mp3 jest jego "ubóstwo dramaturgiczne" (cechujące zresztą tekstową cyberprzestrzeń). Oto jesteśmy my i muzyka zawarta w pliku, pozbawiona wszelako książeczki z tekstami, zdjęć muzyków i całej, często bardzo symbolicznej, szaty graficznej. Muzyka w formie czystej - ale przecież myśmy już przywykli do dodatków graficznych. Ich obecność to siła CD. Tyle, że ów artwork z książeczki prawdopodobnie wystarczy zastąpić ekskluzywnymi animacjami flash, filmami wideo lub innymi atrakcjami dostępnymi *tylko* dla nabywców danego utworu lub płyty. I w tę stronę powinna moim zdaniem iść zaangażowana, czująca Internet muzyka.
error300.org
Trzeba jednak pamiętać, że w zestawieniach porównawczych obu kanałów dystrybucyjnych łatwo ulec pewnej atrakcyjnej iluzji; chodzi o sytuację, w której wylicza się sprzedane sztuki towaru. W Sieci jedna sztuka to zazwyczaj jeden utwór, w realu - cała płyta z kilkunastoma nagraniami. Cokolwiek by mówić, spadek o 7% i 45 milionów dolarów jest jednak zauważalny. Pieniądze powoli zmieniają pośrednika.
2.
Dla tamtejszej branży muzycznej zmienia się stosunkowo niewiele - sprzedaż jest sprzedażą. Kiedy podaję liczbę 45 mln USD, nie mówimy o "stratach finansowych", bo w warunkach amerykańskich, przy tamtejszych zarobkach, opłata 99 centów za utwór muzyczny bądź 1.99 USD za klip wideo nie jest większym problemem. Koszt ściągania utworów z iTunes czy Sony Connect jest skrojony na potrzeby okrzepłych gospodarek zachodnich i zasadniczo nie ma w tym nic złego.
Błędne koło jest związane z czymś innym. Po pierwsze z brakiem pomysłu międzynarodowych gigantów na dywersyfikację opłat, by dostosować je do siły nabywczej także mniejszych i biedniejszych rynków. Po drugie z kompletną indolencją rodzimych wydawców i sklepów, którzy trwają w przekonaniu, że stawki zachodnie (3.99 zł za ściągnięcie jednego utworu) są w stanie odwieść np. Polaków od darmowej alternatywy w postaci ściągania mp3 za darmo z sieci P2P. Nie znam szczegółów prawnoautorskich i być może punkt drugi jest bardziej związany z pierwszym niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, fakt jednak niezaprzeczalny, że mp3.pl czy iplay przy obecnych cenach Polski nie zawojują.
3.
Kwestię nieuchronnych zasadniczo przenosin sprzedaży muzyki do Sieci coraz lepiej czują sami artyści. Niektórzy dostrzegają także problem granicy stawki opłat, jaką jest w stanie zaakceptować polskie społeczeństwo. Projekt zmian legislacyjnych Jacka Skubikowskiego i SAWP jest miejscami dyskusyjny i budzi wątpliwości, ale trzeba też powiedzieć, że jest ewidentnym krokiem w dobrą stronę. Skubikowski chce wprowadzenia dobrowolnej opłaty w wysokości ok. 5 zł za ściąganie części filmów i muzyki z Sieci (szczegóły w linku). To ważne wyjście poza schemat, że internauci to piraci i nie należy z nimi rozmawiać; to także próba wypracowania jakiegoś modus vivendi (choć nie mam złudzeń, że ogranizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi kieruje pragmatyzm. Jeżeli jednak jest to pragmatyzm poszukujący, nie oderwany od realiów, chcący kompromisu - to wszystko OK. Kwestie rozliczeń z organizacjami zbiorowego zarządzania zostawmy samym artystom, nawet jeśli wiemy skądinąd, że instytucje te nie zawsze tak dzielą się pieniędzmi, jak chcieliby tego muzyk X czy aktor Y).
Podkreślmy dwie kluczowe rzeczy. Primo, dobrowolność wnoszenia opłat. Secundo, stawka w wysokości pięciu złotych. Symboliczna, innymi słowy. Taka, której uiszczenia przyzwoitej osobie trudno będzie odmówić.
I o to chodzi, i o to chodzi. Pisząc o cenie zakupu mp3 w rodzimych sklepach internetowych, zwracam uwagę właśnie na jej nieadekwatność w stosunku do polskich zarobków. Jeżeli za cały album w mp3 miałbym zapłacić 40 złotych, to dołożę 10 złotych i kupię CD, z nieustająco atrakcyjną książeczką (i samym krążkiem, którego nie stracę podczas awarii twardego dysku czy systemu operacyjnego). A jeżeli ktoś nie jest skłonny wydać 40 zł na muzykę, którą lubi, to pewnie skopiuje ją od kolegi albo ściągnie z P2P. Sklep nic nie zarobi, podobnie muzyk, który jest tu nieco bezwolny i bezbronny, chyba że może wydostać się z układu.
4.
Od kilku lat powtarzam, że usieciowiony świat muzyki wymaga adaptacji również ze strony samych artystów. Jeżeli nie ma się uznanej marki i nie jest się sztucznie pompowanym produktem, trudno dziś zdobyć masową popularność - także dlatego, że świetnych zespołów na najwyższym poziomie jest naprawdę bardzo wiele. Również w Polsce (polecam na próbę post-crimsonowskie Indukti albo równie oryginalny Psychotropic Transcendental).
Internet stwarza dla nich szansę. Rzeczoną adaptacją ze strony muzyków powinno być oferowanie słuchaczowi wartości dodanej, którą dzisiaj rozumieją i praktykują już kontrkulturowi, choć względnie mainstreamowi wielcy. Mówię zarówno o efektownych wizualizacjach na koncertach (Tool), jak i o ekskluzywnych stronach WWW dostępnych tylko dla tych osób, które kupią daną płytę/singiel/mp3 (np. Nine Inch Nails i promocja [with_teeth]). Warto pamiętać, że wartością dodaną może być też - w pewnym zakresie - większa niż kiedykolwiek dostępność muzyków dla fanów (np. via forum). To jednak osobne zagadnienie.
Wracając do wątku biznesowego. Jeżeli jest coś, co może przyspieszyć znacznie zgon CD (a nie jest on tak oczywisty, zdaniem m.in. badaczy z Harvardu), to niższa niż obecnie cena mp3 i właśnie wartość dodana. Wielokrotnie powtarzanym argumentem przeciwko mp3 jest jego "ubóstwo dramaturgiczne" (cechujące zresztą tekstową cyberprzestrzeń). Oto jesteśmy my i muzyka zawarta w pliku, pozbawiona wszelako książeczki z tekstami, zdjęć muzyków i całej, często bardzo symbolicznej, szaty graficznej. Muzyka w formie czystej - ale przecież myśmy już przywykli do dodatków graficznych. Ich obecność to siła CD. Tyle, że ów artwork z książeczki prawdopodobnie wystarczy zastąpić ekskluzywnymi animacjami flash, filmami wideo lub innymi atrakcjami dostępnymi *tylko* dla nabywców danego utworu lub płyty. I w tę stronę powinna moim zdaniem iść zaangażowana, czująca Internet muzyka.
* * *
W ten sposób przewędrowaliśmy od płyt CD, przez odrealnione ceny mp3 w polskich sklepach, aż po organizacje zbiorowego zarządzania i wartości dodane w muzyce doby Internetu. Przez moment było też, niemal niezauważalnie, o King Crimson. Warto więc zakończyć pewnym spostrzeżeniem. Otóż... Fripp przygotowuje muzykę do microsoftowskiej Visty. Jest więc szansa, że przynajmniej w jednym aspekcie będzie to od początku świetny produkt.error300.org




0 Comments:
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
<< Home