Zanik dziennikarstwa czy luka pokoleniowa?
Należę do entuzjastów dziennikarstwa obywatelskiego, które przeżywa renesans (i ekspansję) dzięki internetowi. Z jednej strony jeszcze wiele przed nim - warto obejrzeć wideo z sondy ulicznej na jego temat (Wiadomości24). Z drugiej - łatwo dziś popaść w przesadny entuzjazm (wideo stawia do pionu).
Thomas D. Williams związany z "Hartford Courant" to dziennikarz o prawie czterdziestoletnim stażu, wielokrotnie nagradzany. Zajmował się m.in. reportażami politycznymi i dziennikarstwem śledczym, zwłaszcza w kontekście korupcji. Warto przy tym nadmienić specyfikę rynku medialnego Stanów Zjednoczonych, na którym codzienna prasa lokalna odgrywa niepoślednią rolę - nawet jeżeli z pozoru, z perspektywy Polski, dyskursem rządzą "New York Times" i "Washington Post". "Boston Globe" czy "Hartford Courant" celowały w rozbudowane informacje lokalne, ale jednocześnie utrzymywały skutecznych dziennikarzy śledczych zajmujących się polityką ogólnonarodową i uosabiających pojęcie "czwartej władzy".
Przemiany zachodzące obecne w mediach Williams określa mianem zaniku dziennikarstwa. Teza jest związana z implikacjami cięć kadrowych i budżetowych. Po pierwsze drastyczne odmłodzenie kadr i odpływ doświadczenia. Utytułowani i doświadczeni dziennikarze często odchodzą m.in. do public relations (lepsze płace i stabilność zawodowa), a ich miejsce zajmują młode, głodne sukcesu - ale jednak niedoświadczone, dopiero budujące bazę kontaktów wilczki. W przypadku dziennikarstwa śledczego jest to bardzo dotkliwe, przy czym akurat w tym kontekście i Polska jest smutnym polem obserwacji.
Jeszcze ważniejsza implikacja: mniej osób w redakcji to więcej obowiązków przypadających na jednostkę, co - według Williamsa - oznacza z kolei większą powierzchowność tekstów i spadek ilości wartościowych treści o charakterze lokalnym. Tych właśnie informacji, jak zauważa Williams, oczekują lokalni amerykańscy czytelnicy, tymczasem obarczonemu obowiązkami żurnaliście łatwiej jest opisać krótko ogólnodostępną sensację znalezioną w internecie ("oddities can be easily collected by a reporter from the Internet and rewritten, a task that saves the reporter the time it takes to explore on the street for a more fascinating, readable local feature").
Williams nie wini przy tym samych dziennikarzy, a raczej decydentów, zauważając, że nie jest tak źle z przychodami dużych graczy. "In spite of the Internet's allure (...) many competing newspapers are still making 20 percent profits. That is five percent more than used to be acceptable in the decades when publishers understood the costly but essential responsibility of being part of the Fourth Estate, while scrutinizing and reporting on government and corporate corruption.". Williams uderza także w nieco populistyczny ton ("zyski są wszystkim"), ale stara się pokazać rzecz najważniejszą - cięcia kadrowo-płacowe raczej nie są w stanie odwrócić złej passy tytułu w dobie internetu. Przez wzgląd na media elektroniczne i to, jak się rozwijają, postępujące redukcje w prasie tradycyjnej to zazwyczaj równia pochyła.
Williamsa martwi jednak nie tylko spadek jakości local coverage, ale i to, czym zajmował się sam. Innymi słowy wyraża troskę o sukcesywne zanikanie kontrolnej roli czwartej władzy. Cytowana koleżanka dziennikarza, Michele Jacklin (27-letni staż), zauważa: "In the 1980s, the Courant staffed its Capitol bureau [covering the state legislature] with five reporters. [Still] other reporters were assigned to cover the full panoply of state agencies, from the Department of Transportation to the Properties Review Board. Today, there are fewer reporters in the Capitol bureau and many of the state and regional beats have been dismantled".
Duch wierności ideom (hołdowanie wysokiej jakości pracy; poczucie pełnienia misji społecznej) jest więc tu konfrontowany z regułami pieniądza, akcjonariatu i giełdy. Nam, internautom, powinno to coś przypominać... Zresztą, na dłuższą metę, taki konflikt gra - jak sądzę - na rzecz dziennikarstwa obywatelskiego w Sieci. Sęk w tym, że jeżeli wielu starszych amerykańskich dziennikarzy faktycznie słabo odnajduje się w Sieci, to w zawodzie powstaje/powstanie pewna istotna luka pokoleniowa. Chodzi tu w moim przekonaniu nie tylko o kapitał doświadczeń, ale i wyuczony styl pracy, working ethics. To oczywiste, że jestem entuzjastą internetu i jego potencjału wyszukiwawczego, ale też trochę boję się, że za dobrym "węszeniem" w realu jeszcze przyjdzie nam zatęsknić. Celowo zostawiam to memento we wpisie następującym po tym, w którym życzę polskiemu dziennikarstwu obywatelskiemu pierwszego prawdziwego "skalpu".
.
Thomas D. Williams związany z "Hartford Courant" to dziennikarz o prawie czterdziestoletnim stażu, wielokrotnie nagradzany. Zajmował się m.in. reportażami politycznymi i dziennikarstwem śledczym, zwłaszcza w kontekście korupcji. Warto przy tym nadmienić specyfikę rynku medialnego Stanów Zjednoczonych, na którym codzienna prasa lokalna odgrywa niepoślednią rolę - nawet jeżeli z pozoru, z perspektywy Polski, dyskursem rządzą "New York Times" i "Washington Post". "Boston Globe" czy "Hartford Courant" celowały w rozbudowane informacje lokalne, ale jednocześnie utrzymywały skutecznych dziennikarzy śledczych zajmujących się polityką ogólnonarodową i uosabiających pojęcie "czwartej władzy".
Przemiany zachodzące obecne w mediach Williams określa mianem zaniku dziennikarstwa. Teza jest związana z implikacjami cięć kadrowych i budżetowych. Po pierwsze drastyczne odmłodzenie kadr i odpływ doświadczenia. Utytułowani i doświadczeni dziennikarze często odchodzą m.in. do public relations (lepsze płace i stabilność zawodowa), a ich miejsce zajmują młode, głodne sukcesu - ale jednak niedoświadczone, dopiero budujące bazę kontaktów wilczki. W przypadku dziennikarstwa śledczego jest to bardzo dotkliwe, przy czym akurat w tym kontekście i Polska jest smutnym polem obserwacji.
Jeszcze ważniejsza implikacja: mniej osób w redakcji to więcej obowiązków przypadających na jednostkę, co - według Williamsa - oznacza z kolei większą powierzchowność tekstów i spadek ilości wartościowych treści o charakterze lokalnym. Tych właśnie informacji, jak zauważa Williams, oczekują lokalni amerykańscy czytelnicy, tymczasem obarczonemu obowiązkami żurnaliście łatwiej jest opisać krótko ogólnodostępną sensację znalezioną w internecie ("oddities can be easily collected by a reporter from the Internet and rewritten, a task that saves the reporter the time it takes to explore on the street for a more fascinating, readable local feature").
Williams nie wini przy tym samych dziennikarzy, a raczej decydentów, zauważając, że nie jest tak źle z przychodami dużych graczy. "In spite of the Internet's allure (...) many competing newspapers are still making 20 percent profits. That is five percent more than used to be acceptable in the decades when publishers understood the costly but essential responsibility of being part of the Fourth Estate, while scrutinizing and reporting on government and corporate corruption.". Williams uderza także w nieco populistyczny ton ("zyski są wszystkim"), ale stara się pokazać rzecz najważniejszą - cięcia kadrowo-płacowe raczej nie są w stanie odwrócić złej passy tytułu w dobie internetu. Przez wzgląd na media elektroniczne i to, jak się rozwijają, postępujące redukcje w prasie tradycyjnej to zazwyczaj równia pochyła.
Williamsa martwi jednak nie tylko spadek jakości local coverage, ale i to, czym zajmował się sam. Innymi słowy wyraża troskę o sukcesywne zanikanie kontrolnej roli czwartej władzy. Cytowana koleżanka dziennikarza, Michele Jacklin (27-letni staż), zauważa: "In the 1980s, the Courant staffed its Capitol bureau [covering the state legislature] with five reporters. [Still] other reporters were assigned to cover the full panoply of state agencies, from the Department of Transportation to the Properties Review Board. Today, there are fewer reporters in the Capitol bureau and many of the state and regional beats have been dismantled".
Duch wierności ideom (hołdowanie wysokiej jakości pracy; poczucie pełnienia misji społecznej) jest więc tu konfrontowany z regułami pieniądza, akcjonariatu i giełdy. Nam, internautom, powinno to coś przypominać... Zresztą, na dłuższą metę, taki konflikt gra - jak sądzę - na rzecz dziennikarstwa obywatelskiego w Sieci. Sęk w tym, że jeżeli wielu starszych amerykańskich dziennikarzy faktycznie słabo odnajduje się w Sieci, to w zawodzie powstaje/powstanie pewna istotna luka pokoleniowa. Chodzi tu w moim przekonaniu nie tylko o kapitał doświadczeń, ale i wyuczony styl pracy, working ethics. To oczywiste, że jestem entuzjastą internetu i jego potencjału wyszukiwawczego, ale też trochę boję się, że za dobrym "węszeniem" w realu jeszcze przyjdzie nam zatęsknić. Celowo zostawiam to memento we wpisie następującym po tym, w którym życzę polskiemu dziennikarstwu obywatelskiemu pierwszego prawdziwego "skalpu".
.




1 Comments:
W gazetach regionalnych mamy do czynienia z tym samym trendem, jaki opisujesz.
W "Gazecie Olsztyńskiej" już kilka lat temu zwolniono grupę bardzo doświadczonych dziennikarzy, co zaowocowało coraz płytszymi i gorszymi tekstami i spadkiem liczby odbiorców.
Nie można już w "GO" oczekiwać krytyki lokalnej władzy czy choćby nawet kontroli lokalnego biznesu - w obu przypadkach z powodu przychodów z reklam. Brak takiej kontroli oznacza zajmowanie się mało znaczącymi sprawami, które z kolei nie interesują czytelników, co oznacza kolejny spadek czytelnictwa.
Obecnie w "GO" prowadzone są kolejne "reformy". "Reformator" traktowany jest przez zarządzających gazetą niczym "car i bóg" w jednym, choć dziennikarze i osoby z zewnątrz widzą, że jego działania coraz bardziej tabloidyzują gazetę z ponad stuletnią tradycją. Szykują się kolejne zwolnienia w wyniku których zostaną kiepsko opłacani najmłodsi i najmniej doświadczeni dziennikarze.
By
Mikołaj, at 10/1/07 15:12
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
<< Home