Gdzie oni są?
Gdzie wszystkie białe kołnierzyki? Zabraknie ich. Przynajmniej w centrum miasta. Pracowników chętnych do dojeżdżania do pracy skumulowanej w jednym, tradycyjnie pojmowanym biznesowym sercu miasta.
Tak widzi to komentator "Wired" Tony Long, określający siebie mianem luddyty (czy też, jak kto woli, luddysty). Chodzi o zabudowę centrum San Francisco nowymi drapaczami chmur. Long stawia kwestię wprost: if you build it, don't be so sure they will come. I pyta o sens takiej zabudowy:
"Why build these towers at all? Ten years from now, who is going to be working in them? Or living in them? Haven't you people heard? Technology has made the city a relic, a thing of the past.
In the information age, only a chump commutes to work in the city. And only a complete idiot actually lives in one".
Przytaczam te słowa w kontekście wczorajszej informacji, iż wraca stary plan zagospodarowania centrum Warszawy, z punktem ciężkości w postaci drapaczy chmur właśnie. Czy pytania, które zadaje Long, są adekwatne do polskich realiów, do naszej mentalności i sytuacji gospodarczej, w jakiej się znajdujemy? Czy Warszawę można porównywać z tak wyjątkowym (także w skali USA) miastem, jak San Francisco? Jak Wam się wydaje - czy warszawska władza, nieważne jakiej proweniencji, zada sobie za około 10-15 lat pytanie jak z tytułu wpisu?
Long pisze, że Amerykanie nigdy nie lubili dużych miast i że zawsze starali się ich unikać, a bezprzewodowa rzeczywistość sprzyja im jak nigdy. Polacy póki co prą jednak do Warszawy (Krakowa, Gdańska, Wrocławia). Polacy prą też do gigantycznych bloczysk tylko dlatego, że są nowe. Zdałem sobie ostatnio sprawę, że wielka, zaciemniająca całą okolicę szafa autorstwa J.W. Construction, na rogu ul. Powstańców Śląskich i Górczewskiej w Warszawie, jest znacznie brzydsza od stojących vis a vis bloków z lat osiemdziesiątych. Takich dość standardowych dziesięciopiętrowców, aczkolwiek odmalowanych. Tam zabudowę rozplanowano tak, by między domami znalazła się doświetlona, publiczna przestrzeń na parki, place zabaw i tym podobne. Na nowym, droższym osiedlu tego nie ma - chyba że w malutkiej osiedlowej "studni", do której słońce dotrzeć już nie może.
Może więc właściciele drapaczy chmur w centrum Warszawy nie będą mieli problemów z wynajmowaniem powierzchni przez długie lata. Polak jest skłonny dojeżdżać do pracy i dopiero pracuje na jakiekolwiek własne mieszkanie, a nie na dom. Nasz problem wygląda inaczej, dlatego zapewne syndromu za(lap)topionych kafejek (dopiero zaczynającego pojawiać się i u nas) nie jestem skłonny oceniać przesadnie źle. Tak zdaje się traktować to Long, piszący o chorobie. Być może jest to jednak kolejny etap, który czeka i nas.
.
Tak widzi to komentator "Wired" Tony Long, określający siebie mianem luddyty (czy też, jak kto woli, luddysty). Chodzi o zabudowę centrum San Francisco nowymi drapaczami chmur. Long stawia kwestię wprost: if you build it, don't be so sure they will come. I pyta o sens takiej zabudowy:
"Why build these towers at all? Ten years from now, who is going to be working in them? Or living in them? Haven't you people heard? Technology has made the city a relic, a thing of the past.
In the information age, only a chump commutes to work in the city. And only a complete idiot actually lives in one".
Przytaczam te słowa w kontekście wczorajszej informacji, iż wraca stary plan zagospodarowania centrum Warszawy, z punktem ciężkości w postaci drapaczy chmur właśnie. Czy pytania, które zadaje Long, są adekwatne do polskich realiów, do naszej mentalności i sytuacji gospodarczej, w jakiej się znajdujemy? Czy Warszawę można porównywać z tak wyjątkowym (także w skali USA) miastem, jak San Francisco? Jak Wam się wydaje - czy warszawska władza, nieważne jakiej proweniencji, zada sobie za około 10-15 lat pytanie jak z tytułu wpisu?
Long pisze, że Amerykanie nigdy nie lubili dużych miast i że zawsze starali się ich unikać, a bezprzewodowa rzeczywistość sprzyja im jak nigdy. Polacy póki co prą jednak do Warszawy (Krakowa, Gdańska, Wrocławia). Polacy prą też do gigantycznych bloczysk tylko dlatego, że są nowe. Zdałem sobie ostatnio sprawę, że wielka, zaciemniająca całą okolicę szafa autorstwa J.W. Construction, na rogu ul. Powstańców Śląskich i Górczewskiej w Warszawie, jest znacznie brzydsza od stojących vis a vis bloków z lat osiemdziesiątych. Takich dość standardowych dziesięciopiętrowców, aczkolwiek odmalowanych. Tam zabudowę rozplanowano tak, by między domami znalazła się doświetlona, publiczna przestrzeń na parki, place zabaw i tym podobne. Na nowym, droższym osiedlu tego nie ma - chyba że w malutkiej osiedlowej "studni", do której słońce dotrzeć już nie może.
Może więc właściciele drapaczy chmur w centrum Warszawy nie będą mieli problemów z wynajmowaniem powierzchni przez długie lata. Polak jest skłonny dojeżdżać do pracy i dopiero pracuje na jakiekolwiek własne mieszkanie, a nie na dom. Nasz problem wygląda inaczej, dlatego zapewne syndromu za(lap)topionych kafejek (dopiero zaczynającego pojawiać się i u nas) nie jestem skłonny oceniać przesadnie źle. Tak zdaje się traktować to Long, piszący o chorobie. Być może jest to jednak kolejny etap, który czeka i nas.
.




0 Comments:
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
<< Home