Second Life to strata pieniędzy?
Do takiego wniosku doszedł ostatnio Chris Anderson, autor teorii długiego ogona i książki o tym samym tytule ("The Long Tail"). Wydawanie pieniędzy przez firmy na wirtualną aktywność w Second Life nie musi popłacać i często nie popłaca, jest natomiast wynikiem tego, co zwykliśmy określać mianem hype. W podobnym tonie pisze w "Wired" Frank Rose, opisując m.in. perypetie Coca-Coli w świecie Drugiego Życia. Wydźwięk artykułu dobrze oddaje tytuł, w którym czytamy o "marnowanych milionach".
Warto wyrobić sobie własne zdanie. Być może to Coca-Cola nie rozumie, że potrzebny jest nowy model marketingowy, a być może to SL jest szpetną wydmuszką. Być może nie warto inwestować w kolejne wirtualne biznes-wyspy, których nikt nie odwiedzi, a być może ma to sens, podobnie jak płacenie linden-dolarami użytkownikom (tj. właściwie ich awatarom) za przebywanie i imprezowanie w wirtualnym przybytku biznesu (jak czyni T-Mobile)?
Z mojej strony jedynie uwaga, że nawet godząc się z Rose i Andersonem trzeba ująć to w konkretny kontekst. Biznesowy. Nie tak dawno Kraków chwalił się swoją wizualizacją w SL, nazwaną mało błyskotliwie Second Krakow. Czy to źle, że urząd wydaje pieniądze na obecność w świecie, w którym bardzo fajną (ponoć) wyspę Coca-Coli odwiedziło dotąd niespełna 1500 osób? Według mnie nie, bo taka forma marketingu miasta/instytucji państwowej/państwa ma - albo powinna mieć - inne cele. Ilość odwiedzin nie jest tu, jak sądzę, kluczowa, tak samo jak w przypadku stawianych w SL wirtualnych ambasad. Ważne, że Kraków w SL jest i że wygląda ładnie.
Ale tak między nami, to Second Life naprawdę budzi wątpliwości. Parę miesięcy temu sam byłem innego zdania. Jeżeli jednak spojrzeć na ten wirtualny świat przez pryzmat zewnętrznych inwestycji, które są w nim prowadzone, może dojdzie się do wniosku, że rośnie nam bańka internetowa 2.0. Na razie jest niemal pewne, że nadmucha ją amerykańska kampania prezydencka, która już się zaczęła (demokratyczny kandydat na kandydata John Edwards). W tym sensie Second Life jest ważny, ale czy będzie ważny w "długim trwaniu"...?
.
Warto wyrobić sobie własne zdanie. Być może to Coca-Cola nie rozumie, że potrzebny jest nowy model marketingowy, a być może to SL jest szpetną wydmuszką. Być może nie warto inwestować w kolejne wirtualne biznes-wyspy, których nikt nie odwiedzi, a być może ma to sens, podobnie jak płacenie linden-dolarami użytkownikom (tj. właściwie ich awatarom) za przebywanie i imprezowanie w wirtualnym przybytku biznesu (jak czyni T-Mobile)?
Z mojej strony jedynie uwaga, że nawet godząc się z Rose i Andersonem trzeba ująć to w konkretny kontekst. Biznesowy. Nie tak dawno Kraków chwalił się swoją wizualizacją w SL, nazwaną mało błyskotliwie Second Krakow. Czy to źle, że urząd wydaje pieniądze na obecność w świecie, w którym bardzo fajną (ponoć) wyspę Coca-Coli odwiedziło dotąd niespełna 1500 osób? Według mnie nie, bo taka forma marketingu miasta/instytucji państwowej/państwa ma - albo powinna mieć - inne cele. Ilość odwiedzin nie jest tu, jak sądzę, kluczowa, tak samo jak w przypadku stawianych w SL wirtualnych ambasad. Ważne, że Kraków w SL jest i że wygląda ładnie.
Ale tak między nami, to Second Life naprawdę budzi wątpliwości. Parę miesięcy temu sam byłem innego zdania. Jeżeli jednak spojrzeć na ten wirtualny świat przez pryzmat zewnętrznych inwestycji, które są w nim prowadzone, może dojdzie się do wniosku, że rośnie nam bańka internetowa 2.0. Na razie jest niemal pewne, że nadmucha ją amerykańska kampania prezydencka, która już się zaczęła (demokratyczny kandydat na kandydata John Edwards). W tym sensie Second Life jest ważny, ale czy będzie ważny w "długim trwaniu"...?
.




1 Comments:
SL jest przereklamowany, ale niestety łatwy do opisywania przez tradycyjne media - stąd ma taki PR, pisałem o tym w kwietniu: http://kaznowski.blox.pl/2007/04/Second-Life-mit-nowoczesnosci.html
i na początku czerwca: http://kaznowski.blox.pl/2007/06/Second-Life-duzo-krzyku-o-nic.html
Pozdr,
D.
By
domino00, at 7/8/07 22:12
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
<< Home