Obama, partycypacja, zaufanie
Lada moment (ciągle jeszcze) najważniejsze na świecie wybory prezydenckie. Pojedynku Barack Obama kontra John McCain pewnie nie opisywałbym w tym miejscu, gdyby nie kilka zdarzeń.
Po pierwsze, bynajmniej nie najważniejsze: jakiś czas temu mój blog zmienił nieznacznie nazwę. Nie ma już "migawek z cyberprzestrzeni". Został tylko error300 - wielość wyborów. To drobny symbol zamierzonego otwarcia tematycznego; internet wtopił się w codzienność i nie wymaga już uwagi sam z siebie.
Po drugie, skoro o internecie mowa - w Sieci kampania wyborcza Obamy wyznacza nowe standardy. Witryna my.barackobama.com pozwala zwolennikom (choć także dowcipnisiom lub radykałom) prowadzić blogi, kalendarze zdarzeń, włączać się w już prowadzone akcje. Filmy z Obamą szybko trafiają na YouTube i podobne serwisy. Nie mam wątpliwości, że działania sztabu Demokratów będą w najbliższych latach naśladowane dość regularnie. Kto wie, może i przez naszych superekspertów od marketingu politycznego. To oczywiście byłby dobry omen, zważywszy, że jak dotąd kluczowym źródłem e-kscytacji były dla nas witryna Lecha Kaczyńskiego urozmaicona pogadankami wideo oraz blog żony Marka Borowskiego (prowadzony zresztą także po kampanii prezydenckiej).
Po trzecie, w sierpniu miałem okazję obejrzeć transmisję na żywo z wystąpienia Obamy podczas konferencji Demokratów. Z tego wystąpienia, w którym oficjalnie odebrał nominację partyjną. Spicz Obamy zrobił na mnie wielkie wrażenie - i to niezależnie od faktu, iż obiecał wszystko wszystkim. Styl, w jakim to zrobił, był zjawiskowy. To nie tylko świetny mówca - tych jest na pęczki; to człowiek z charyzmą lidera - tych jest mało, a ich charyzmę znać po zjednywaniu sobie osób niezaangażowanych. Nie znam innego współczesnego, żyjącego polityka, który umiałby tak przemawiać, przekazując otoczeniu tyle pozytywnych emocji. Dawniej M. L. King, Gandhi (słabszy mówca, wielki lider).
Po czwarte, kampania Obamy, w Sieci i poza Siecią, bardzo silnie zachęca Amerykanów do działania. Charakterystyczny jest zresztą wybór hasła wyborczego (Yes we can). Czy zaangażujesz się jako bloger, czy jako działacz lokalny, to mniej ważne. Koniec z marazmem! Trzeba przypomnieć sobie, że możemy aktywnie kształtować rzeczywistość biorąc sprawy w swoje ręce. Banał? Niekoniecznie; nie chodzi o idealistyczne wizje zmiany całego świata. Wystarczy zmienić coś w skali mikro. Oddolność. Restauracja zaufania społecznego.
Ten ostatni wątek można pretensjonalnie określić jako "Obama a sprawa polska". Nie trzeba czytać Sztompki, aby przyznać, że Polacy nie darzą się nawzajem przesadnym zaufaniem. Nie pomnę badań - w Europie mało który naród mniej sobie ufa. Przesadzony lęk przed kradzieżami, przed korupcją, która wbrew rojeniom niektórych nie jest w Polsce specjalnie rozbuchana (badał to mój znajomy, dr Grzegorz Makowski). Grodzone osiedla, pustoszejące miejsca wspólne. Mamy z zaufaniem problem.
Najlepszym lekiem byłoby większe zaangażowanie w działania lokalne, zmienianie wspólnego-niczyjego we wspólne-nasze. Obawiam się jednak, że najpierw powinniśmy uporać się z kompleksem niższości (co gorsze, jeszcze podsycanym przez niektórych polityków). Potrzebujemy kogoś, kto powie nam Yes we can. Ale powie to tak, abyśmy mogli w to długofalowo uwierzyć.
I tu mamy problem. W Polsce nie ma najprawdopodobniej ani jednego polityka formatu połowy Baracka Obamy.
...tym niemniej lubimy naśladować USA, więc może tym razem uda się przenieść nową jakość do naszej polityki?
...tylko kto miałby to zrobić? Raczej ktoś spoza układu (nomen omen) rządząco-opozycyjnego...
...a jeśli miałby się spełnić czarny sen, w którym Obama okazałby się tylko genialnym produktem marketingu politycznego? Primo, nie wierzę - ale niech stracę, najwyżej wyjdę na głupca, który dał się oszukać. Potem przyklasnę tym, którzy tak mnie doskonale omamili. Secundo, od prezydentów-idiotów i prezydentów-pieniaczy i tak będzie lepszy. Po tysiąckroć.
Na najbliższy, wyborczy wtorek czekam z dużą nadzieją.
.
Po pierwsze, bynajmniej nie najważniejsze: jakiś czas temu mój blog zmienił nieznacznie nazwę. Nie ma już "migawek z cyberprzestrzeni". Został tylko error300 - wielość wyborów. To drobny symbol zamierzonego otwarcia tematycznego; internet wtopił się w codzienność i nie wymaga już uwagi sam z siebie.
Po drugie, skoro o internecie mowa - w Sieci kampania wyborcza Obamy wyznacza nowe standardy. Witryna my.barackobama.com pozwala zwolennikom (choć także dowcipnisiom lub radykałom) prowadzić blogi, kalendarze zdarzeń, włączać się w już prowadzone akcje. Filmy z Obamą szybko trafiają na YouTube i podobne serwisy. Nie mam wątpliwości, że działania sztabu Demokratów będą w najbliższych latach naśladowane dość regularnie. Kto wie, może i przez naszych superekspertów od marketingu politycznego. To oczywiście byłby dobry omen, zważywszy, że jak dotąd kluczowym źródłem e-kscytacji były dla nas witryna Lecha Kaczyńskiego urozmaicona pogadankami wideo oraz blog żony Marka Borowskiego (prowadzony zresztą także po kampanii prezydenckiej).
Po trzecie, w sierpniu miałem okazję obejrzeć transmisję na żywo z wystąpienia Obamy podczas konferencji Demokratów. Z tego wystąpienia, w którym oficjalnie odebrał nominację partyjną. Spicz Obamy zrobił na mnie wielkie wrażenie - i to niezależnie od faktu, iż obiecał wszystko wszystkim. Styl, w jakim to zrobił, był zjawiskowy. To nie tylko świetny mówca - tych jest na pęczki; to człowiek z charyzmą lidera - tych jest mało, a ich charyzmę znać po zjednywaniu sobie osób niezaangażowanych. Nie znam innego współczesnego, żyjącego polityka, który umiałby tak przemawiać, przekazując otoczeniu tyle pozytywnych emocji. Dawniej M. L. King, Gandhi (słabszy mówca, wielki lider).
Po czwarte, kampania Obamy, w Sieci i poza Siecią, bardzo silnie zachęca Amerykanów do działania. Charakterystyczny jest zresztą wybór hasła wyborczego (Yes we can). Czy zaangażujesz się jako bloger, czy jako działacz lokalny, to mniej ważne. Koniec z marazmem! Trzeba przypomnieć sobie, że możemy aktywnie kształtować rzeczywistość biorąc sprawy w swoje ręce. Banał? Niekoniecznie; nie chodzi o idealistyczne wizje zmiany całego świata. Wystarczy zmienić coś w skali mikro. Oddolność. Restauracja zaufania społecznego.
Ten ostatni wątek można pretensjonalnie określić jako "Obama a sprawa polska". Nie trzeba czytać Sztompki, aby przyznać, że Polacy nie darzą się nawzajem przesadnym zaufaniem. Nie pomnę badań - w Europie mało który naród mniej sobie ufa. Przesadzony lęk przed kradzieżami, przed korupcją, która wbrew rojeniom niektórych nie jest w Polsce specjalnie rozbuchana (badał to mój znajomy, dr Grzegorz Makowski). Grodzone osiedla, pustoszejące miejsca wspólne. Mamy z zaufaniem problem.
Najlepszym lekiem byłoby większe zaangażowanie w działania lokalne, zmienianie wspólnego-niczyjego we wspólne-nasze. Obawiam się jednak, że najpierw powinniśmy uporać się z kompleksem niższości (co gorsze, jeszcze podsycanym przez niektórych polityków). Potrzebujemy kogoś, kto powie nam Yes we can. Ale powie to tak, abyśmy mogli w to długofalowo uwierzyć.
I tu mamy problem. W Polsce nie ma najprawdopodobniej ani jednego polityka formatu połowy Baracka Obamy.
...tym niemniej lubimy naśladować USA, więc może tym razem uda się przenieść nową jakość do naszej polityki?
...tylko kto miałby to zrobić? Raczej ktoś spoza układu (nomen omen) rządząco-opozycyjnego...
...a jeśli miałby się spełnić czarny sen, w którym Obama okazałby się tylko genialnym produktem marketingu politycznego? Primo, nie wierzę - ale niech stracę, najwyżej wyjdę na głupca, który dał się oszukać. Potem przyklasnę tym, którzy tak mnie doskonale omamili. Secundo, od prezydentów-idiotów i prezydentów-pieniaczy i tak będzie lepszy. Po tysiąckroć.
Na najbliższy, wyborczy wtorek czekam z dużą nadzieją.
.




2 Comments:
Myślę, że kampania Rona Paula o nominację republikanów była zdecydowanie bardziej innowacyjna jeśli chodzi o działania w internecie. Jednak jako antysocjalista był starannie przemilczany przez mainstreamowe media. Dziwne, że nic na ten temat nie przeczytałem na error300...
Ale cóż, liczy się tylko Obama - ikona nowoczesnego lewicowca z książką Naomi Klein pod pachą...
By
Anonimowy, at 26/11/08 16:34
@anonimowy - dziękuję za komentarz, aczkolwiek myślę, że kiedy biega się przyklejać etykietki, warto samemu dać z siebie więcej :) Nie było tutaj o Ronie Paulu, a powinno być? Serdecznie zapraszam do dyskusji, wskazania argumentów na rzecz wyjątkowości kampanii internetowej tego ekskandydata. Chętnie poznam też wyjątkowość jego kampanii w kontekście odbudowy społecznego zaufania w USA, bo w końcu o tym był wpis.
Naprawdę serdecznie zapraszam, w końcu ludzie lepiej uczą się polemizując niż obklejając etykietkami...
By
Michał Piotr Pręgowski, at 26/11/08 17:14
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
<< Home