De-friending
Na Mashable'u doskonały wpis Davida Sparka o de-friendingu, czyli usuwaniu użytkowników z grona przyjaciół na serwisach społecznościowych i pokrewnych. Naprawdę warto przeczytać te 12 opowiastek o symbolicznym zrywaniu kontaktów - niektóre są zabawne ("He just really loves the Vikings" to doskonałe wyjaśnienie, dlaczego nie zamęczam tu nikogo informacjami o Vancouver Canucks), inne wbrew wesołej stylistyce zupełnie poważne.
Można byłoby odnieść się do stereotypów, które pewnie odgrywają w de-friendingu niepoślednią rolę - akurat opublikowałem trzy wpisy nawiązujące do Baracka Obamy, co w komentarzach zaowocowało tą czy ową etykietką :) - ale przecież offline polityka też dzieli, nierzadko całe rodziny. Bardziej intrygująca jest więc presja wywierana przez daną grupę na jednostce ("Don’t leave or we’ll all de-friend you") i relacje rodzice-dzieci na tych platformach komunikacyjnych, z których korzystają razem. Co jak co, ale usunąć rodziciela z kontaktów (czy, nie daj Bóg, z grupy przyjaciół) to już faktycznie duża sprawa.
Zresztą ta z pozoru prosta czynność - usunąć kogoś z kontaktów w tym czy innym serwisie - ma naprawdę spory ciężar psychologiczny, szczególnie jeżeli druga osoba może łatwo dowiedzieć się o zmianie swojego statusu. O nadinterpretacje zdarzenia raczej nietrudno... a i tłumaczyć się z nieprzyjacielskich gestów przecież nie lubimy (chyba, że ktoś w ewidentny sposób na taki gest zasłużył).
Albo jeszcze inna perspektywa; wymiar symboliczny de-friendingu: usuwam niewygodną osobę, anuluję ją w związku z tym czy innym przewinieniem, wyobrażonym lub prawdziwym. Kliknięcie jako namiastka społecznego wykluczenia? Rytuał wymazania?
.
Można byłoby odnieść się do stereotypów, które pewnie odgrywają w de-friendingu niepoślednią rolę - akurat opublikowałem trzy wpisy nawiązujące do Baracka Obamy, co w komentarzach zaowocowało tą czy ową etykietką :) - ale przecież offline polityka też dzieli, nierzadko całe rodziny. Bardziej intrygująca jest więc presja wywierana przez daną grupę na jednostce ("Don’t leave or we’ll all de-friend you") i relacje rodzice-dzieci na tych platformach komunikacyjnych, z których korzystają razem. Co jak co, ale usunąć rodziciela z kontaktów (czy, nie daj Bóg, z grupy przyjaciół) to już faktycznie duża sprawa.
Zresztą ta z pozoru prosta czynność - usunąć kogoś z kontaktów w tym czy innym serwisie - ma naprawdę spory ciężar psychologiczny, szczególnie jeżeli druga osoba może łatwo dowiedzieć się o zmianie swojego statusu. O nadinterpretacje zdarzenia raczej nietrudno... a i tłumaczyć się z nieprzyjacielskich gestów przecież nie lubimy (chyba, że ktoś w ewidentny sposób na taki gest zasłużył).
Albo jeszcze inna perspektywa; wymiar symboliczny de-friendingu: usuwam niewygodną osobę, anuluję ją w związku z tym czy innym przewinieniem, wyobrażonym lub prawdziwym. Kliknięcie jako namiastka społecznego wykluczenia? Rytuał wymazania?
.




3 Comments:
Relacja rodzicie-dzieci - czyż nie jest tym samym, co ma miejsce w "realu"? Nastolatki wstydzą się "swoich starych", bo są "obciachowi". Może tylko tutaj jest to bardziej uwypuklone i formalne (jakaś konkretna więź - chociażby systemowe połączenie w bazie danych - została zerwana, czego na żywo nie da się zaobserwować)
By
Maciej Łebkowski, at 27/11/08 12:33
Podobnie funkcjonuje, nie wiem jak to określić w angielskiej terminologii, może "unfriending"? Kiedy nie dodajemy osób, które uważają, że powinniśmy je dorzucić do grona znajomych. I nie chodzi tu o osoby nieznane, ale takie, z którymi kiedyś, gdzieś mieliśmy kontakt.
Spotkało mnie coś podobnego, kiedy po braku odpowiedzi na zaproszenie w naszej klasie dostałem mail z zapytaniem "nie pamiętasz mnie?". A po wyjaśnieniu, że podobnych znajomych miałbym kilka tysięcy nastąpiło oburzenie. Oczywiście, skala opisywanego przeze mnie zjawiska jest raczej dużo niższa i mniej niesie konsekwencji niż "defriending".
By
GDS, at 27/11/08 16:07
Dobre uzupełnienie, Grzesiek. To pokazuje - tak samo, jak wstydzenie się "starych" u Maćka - jak drobne niuanse mogą zmieniać percepcję sytuacyjną... W "realu" rodziców można, a nawet trzeba się do pewnego stopnia wstydzić, w Sieci (tj. w danym serwisie) pewnie głupio nie zaprosić ich do znajomych - a jeszcze głupiej wyprosić.
O ile jednak jestem w stanie wyobrazić sobie dziecko tłumaczące rodzicom, że nie doda ich w Fejsbuku bo to obciach, o tyle trudniej o taktowne wyjaśnienie dawnemu, dalekiemu znajomemu, dlaczego go "nie chcemy"... przy czym nie w takcie lub jego braku rzecz, ale w tym, co się za taktowne uznaje. Nagabywanie najdalszych znajomych, czy odmawianie najdalszym znajomym?
Definicje nowego savoir-vivre'u tworzą się na naszych oczach...
By
Michał Piotr Pręgowski, at 27/11/08 16:42
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
<< Home