error300: multiple choices

2008/11/05

O przemówieniach i ksobności

Zamiast "cytatu na dziś" polecam serdecznie przeczytanie transkrypcji CNN z nocnego przemówienia prezydenta-elekta Baracka Obamy. To przemówienie dobrze pasuje do wydźwięku wpisu, który umieściłem na blogu poprzednim razem.

Spicz Obamy jest rewelacyjny retorycznie, ale przede wszystkim ujmuje jego treść. Nie mogę powstrzymać się od przytoczenia kilku fragmentów. Podkreślenia moje.

*****

(o kampanii)

"It grew strength from the young people who rejected the myth of their generation's apathy who left their homes and their families for jobs that offered little pay and less sleep. It drew strength from the not-so-young people who braved the bitter cold and scorching heat to knock on doors of perfect strangers, and from the millions of Americans who volunteered (...).

This is your victory. And I know you didn't do this just to win an election. And I know you didn't do it for me. You did it because you understand the enormity of the task that lies ahead."

(o celach)

"This victory alone is not the change we seek. It is only the chance for us to make that change. And that cannot happen if we go back to the way things were.

It can't happen without you, without a new spirit of service, a new spirit of sacrifice.

So let us summon a new spirit of patriotism, of responsibility, where each of us resolves to pitch in and work harder and look after not only ourselves but each other."

*****

Społeczeństwo polskie od zawsze słyszy frazesy o sile głosu i możliwości zmiany rzeczywistości w wyborach... ale czy ci wybierani, przynajmniej w Polsce, czują się naszymi sługami? Czujecie to w ich postępowaniu albo choć w gestach? Są wiarygodni?

Gdzie podział się etos służby? Był, ale wg mnie wyparował wraz z ludźmi, którzy z poczucia patriotycznego obowiązku weszli do polskiej polityki na przełomie lat 80. i 90. - a potem się z niej wycofali, mogąc realizować się w spokoju gdzie indziej. Jednym z ostatnich, którzy pozostali, był Jacek Kuroń.

Symptomatyczny jest zresztą jego cytat z "Działania": "jedyną drogą do kierowania własnym życiem jest aktywne przekształcanie otaczającego nas świata przedmiotów, relacji łączących nas z partnerami i wreszcie świata stosunków społecznych. Swe życie zmieniać możemy pośród innych, dla innych i wspólnie z innymi".

Coś się przypomina... Yes, we can.

Moim zdaniem zmianą jakościową w kampanii politycznej Obamy jest właśnie zerwanie z ksobnością; wierzę, że to nie tylko marketing polityczny. Zresztą teraz, po wygranej, Obama mógłby mówić już nieco inaczej - jak nasz prezydent, w rozluźnieniu meldujący bratu wykonanie zadania.

We wczorajszo-dzisiejszym przemówieniu Obama jeszcze silniej podkreśla rolę wspólnoty. Bo w istocie o wspólnotę tu chodzi, czyli communitas, czyli community. Co z kolei należy trafnie połączyć z komunitarianizmem (zwanym też u nas komunitaryzmem; pomylenie lub utożsamienie z komunizmem niewybaczalne).

Nie twierdzę, że Obama jest komunitarianinem, natomiast znając nieco ten nurt mogę stwierdzić, że dostrzega problemy, na które zwraca się w nim uwagę. Bardzo słusznie zresztą.

A wracając do ksobności; warto porównać przemówienie Obamy z Misiem na skalę naszych możliwości, czyli... Oto orędzie Lecha Kaczyńskiego z 23.12.2005 (orędzie przed Zgromadzeniem Narodowym po wyborze na prezydenta), a tutaj - tekst exposé Donalda Tuska sprzed niespełna roku. Nie dokonam rozkładu tychże na części pierwsze, jeżeli mogę tylko coś zasugerować: zwróćcie uwagę, w jakim stopniu orędownicy są skupieni na sobie, a w jakim na nas. Kaczyński to rzecz jasna przykład człowieka, który wie lepiej czego chcą wyborcy (lepiej niż oni sami). Tusk - przykład samozadowolenia popartego powierzchownym, niezbyt wiarygodnym PR-em (toć już Kwaśniewski AD 1995 lepiej przekonywał Polaków, żeby wybrać przyszłość oraz styl).

No właśnie, wiarygodność. Czytam tu i ówdzie komentarze polskich internautów porównujących - oczywiście mało merytorycznie - Obamę do Tuska. Takie prawo każdego, niech porówna z kim chce. Używając argumentacji na poziomie ww. komentarzy mogę jednak spytać, ilu Polaków płakało ze wzruszenia po którymkolwiek orędziu rodzimego polityka w ostatnich 20 latach...?

Wystarczy włączyć teraz którąkolwiek relację amerykańskiej telewizji, aby zobaczyć, dla jak wielu Amerykanów zwycięstwo Obamy jest wielkim wydarzeniem - i wzruszeniem.

Oczywiście można brnąć dalej, skwitować, że Amerykanie są głupi, lecą na show i dali się owinąć wokół palca. Wszyscy wyborcy Obamy jak jeden mąż - w tym elity intelektualne (środowisko profesorskie w pierwszych miesiącach kampanii dotowało na rzecz Obamy 1,5 mln USD) i kulturalne. Elity, których twórczość muzyczna, filmowa, literacka jest oczywiście w Polsce bardzo rozchwytywana... Co niechybnie oznacza, że śmiejąc się z nich, śmiejemy się z siebie...

A może sami potrzebujemy Obamy, człowieka, któremu moglibyśmy wreszcie uwierzyć? Pytanie, gdzie on jest. Zazdroszczę Ameryce nie tyle Obamy, co jego osobowości i podejścia do roli, którą społeczeństwo zgodziło się mu wyznaczyć. Wiary, że działanie wspólne, łączenie zamiast dzielenia (dając jednak DOBRY przykład, a nie puste obietnice), jest podstawą nowoczesnej polityki.

Taka wiara potrzebna jest i u nas, bo postawmy sprawę jasno - od grudnia 2005 w Polsce nie spełnia się nawet tak oczywistej obietnicy:

"As Lincoln said to a nation far more divided than ours, we are not enemies but friends. (...) And to those Americans whose support I have yet to earn, I may not have won your vote tonight, but I hear your voices. I need your help. And I will be your president, too."


PS. Czy wspominałem, że Barack Obama wspiera tzw. neutralność Sieci a McCain niekoniecznie? I że "ojciec internetu" Vinton Cerf też poparł Obamę?

.

15 Comments:

  • Error300 przebudziło się z drzemki! :)

    Jakoś do mnie nie trafia fascynacja wyborami z za wielkiej wody. Z drugiej strony dobrze przeczytać jakieś sensowne wnioski płynące z całego tego zamieszania.


    Btw, źle podlinkowałeś net neutrality.

    By Blogger Maciej Łebkowski, at 5/11/08 14:44  

  • Dzięki, Maciek - już poprawione!

    By Blogger Michał Piotr Pręgowski, at 5/11/08 15:00  

  • A od kiedy to współczesna cywilizacja promuje etos służby? Już dawno dawno temu zapomniano o tym podejrzewam. Ludzie są tak spragnieni władzy i wykonywania jej, że zapominają iż jest to właśnie służba. Podejrzewam, że to właśnie przez to sytuacja wygląda tak jak wygląda. Myślę, że służba powinna być wpajana od dzieciństwa, to wtedy może wyglądałoby to inaczej, a tak służymy chyba głównie sobie, ciężko jest nam pamiętać o innych. Podkreślam że nie jestem ekspertem w tej kwestii i nie przeczytałem całego posta ;) Tylko chciałem się podzielić swoim krótkim przemyśleniem :)

    By Blogger zielonobrody, at 5/11/08 15:24  

  • @zielonobrody - w wyborach 1989 i 1991 startowali m. in. ludzie, którzy porzucali tzw. bezpieczne posady (w klinikach, na uczelniach itd.) i pracę, w której się doskonale realizowali, na rzecz polityki. Nie dla pieniędzy, ale dlatego, że uważali stanięcie do wyborów za swój obywatelski obowiązek.

    Ci ludzie, z różnych ugrupowań zresztą, stopniowo poodchodzili z polityki, kiedy sytuacja przestała wymagać ich poświęcenia. Innymi słowy, spełnili obowiązek i wrócili do robienia tego, co ich ożywiało. Zostali tacy, których ożywia władza dla władzy. Czy mogło być inaczej? Według mnie raczej nie. Pytanie, jak długo potrwa ten męczący etap.

    By Blogger Michał Piotr Pręgowski, at 5/11/08 15:39  

  • z drugiej strony niektórzy oczekują że w politykę będą zamieszani tylko ludzie którzy ukończyli studia politologiczne. Czy Ci ludzie są tam uczeni służby, czy może jak powinno państwo funkcjonować? Ciekawy jestem :)

    By Blogger zielonobrody, at 5/11/08 15:57  

  • @zielonobrody - ważne kwestie, dziękuję

    Istnieje np. Kodeks Etyki Służby Cywilnej, autorstwa prof. Jacka Kurczewskiego z ISNS UW (Wicemarszałka Sejmu III RP w jego I kadencji). Czy tego się uczy na politologii - dobre pytanie. Sam chętnie bym się dowiedział. Spodziewam się, że nie.

    Co do Twojego poprzedniego komentarza:

    "Myślę, że służba powinna być wpajana od dzieciństwa, to wtedy może wyglądałoby to inaczej, a tak służymy chyba głównie sobie, ciężko jest nam pamiętać o innych"

    --> ta nauka nie musi być mozolna i bardzo uciążliwa! Nauka elementarza służby publicznej to IMHO zwykła nauka szacunku dla tego, co wspólne. Nauka traktowania wspólnego jako naszego, a nie niczyjego. Chodzi wg mnie także o sprawy najmniejsze, typu sprzątanie po psach. Nauka odpowiedzialności, czy może raczej: reedukacja w zakresie współodpowiedzialności.

    To jest zarówno bardzo wiele, jak i bardzo mało... mawia się często, że w PRLu wszystko było wspólne i niczyje jednocześnie. Minie niedługo 20 lat od zmiany systemowej, a my nadal z tą samą mentalnością. Wspólne - niczyje.

    Jeżeli zmienimy to podejście, istnieje spora szansa, że zmienimy podejście do polityki i oczekiwań względem polityków. To, co jest problemem, to zachłystywanie się źle pojętą autonomią. I duża aktywność polityków typu Kaczyńscy, którzy na tę autonomię dybią (jak to konserwatyści starego typu)

    Wspomniałem we wpisie komunitarianizm - to pasjonujący kierunek myśli społeczno-politycznej, który stara się łączyć tzw. porządek społeczny i wartość wspólnoty z szacunkiem dla autonomii jednostki. Tradycyjny liberalizm fetyszyzuje autonomię i neguje ważną rolę porządku społecznego, a kostyczny konserwatyzm - stara się tworzyć silnie hierarchizowany porządek społeczny kosztem autonomii jednostki (zauważmy notabene, że to samo robił... komunizm).

    Obama mówi o tym, co wspólne. Takiego kogoś potrzebujemy i u nas. Powtórzę tylko: musi to być ktoś wiarygodny w słowach i czynach...

    By Blogger Michał Piotr Pręgowski, at 5/11/08 16:19  

  • Polacy mysla o Obamie tyle:

    http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,A-imie-jego-czterdziesci-i-cztery,wid,10543032,wiadomosc.html

    Nie wiem, czy bardziej wstydzic sie za tych komentatorow, czy za WP, ze schlebia takim ludziom zaszczycajac ich pelnoprawnym artykulem na glownej stronie portalu. Ze o zerowej wartosci merytorycznej, to inna sprawa.

    By Anonymous mikos, at 5/11/08 18:25  

  • No offence, ale po co pytać czytelników WP o zdanie?

    Chyba nigdy nie czytałem treści pojawiających się na portalach (może poza gazetą, kiedyś) i jestem z tego faktu bardzo zadowolony.

    By Blogger Maciej Łebkowski, at 6/11/08 08:59  

  • @ Maciek - chodzi chyba o to, że WP nie ma po co pytać, a pytając schlebia najniższym gustom... Masz rację, też rzadko czytam komentarze na portalach, a jeśli już, to z podejściem badawczym.

    By Blogger Michał Piotr Pręgowski, at 6/11/08 10:06  

  • Ten post został usunięty przez autora.

    By Blogger Kwiatek, at 9/11/08 21:56  

  • Michał, czy Ty za bardzo nie dałeś się porwać Obamie? A czy w Polsce w czasie obalania komunizmu i czynnym przywodztwie Walesy były takie obrazki jak po wyborach w USA? Chyba nie, chyba tylko wybor Polaka na papieza spowodowal, ze w oczach niejednej osoby pojawily sie lzy... pytanie dlaczego? Mentalnosc?

    W koncu Obama jest pierwszym czarnoskorym prezydentem, a wlasnie tymi, ktorzy najzywniej plakali byli Czarni - moze dlatego, iz to ich 'papiez', a jego wybor to ich cios w 'komunizm'.

    By Blogger Kwiatek, at 9/11/08 21:58  

  • @ Kwiatek - przede wszystkim nie jestem pewny, czy fortunne jest porównywanie sytuacji państwa demokratycznego (w stanie pewnej zapaści, ale wskroś demokratycznego) z sytuacją innego systemu i działań, które były zwycięstwami *w ramach* tegoż. Przełom w obrębie systemu, który ma nadal nad Tobą ogromną władzę to jednak nie to...

    Łzy z powodu wyboru papieża, tutaj zgoda. Może właśnie dlatego dumy nie kryto, że jego nasi czerwoni ruszyć nie mogli. Wybór na stanowisko był niezagrożony. Co do Polski, myślę, że radość przełomu 1989 - wybory do sejmu kontraktowego - była zauważalna. Niezależnie, zauważmy, od średnio sprawiedliwych warunków prowadzenia ww. wyborów.

    By Blogger Michał Piotr Pręgowski, at 9/11/08 22:39  

  • P.S. Mimo wszystko stawiam votum separatum względem uproszczeń proponowanych teraz (oczywiście już po wyborach) przez rodzimych komentatorów. Żaden z Obamy papież czarnych, nie tylko oni byli wzruszeni, choć media amerykańskie w oczywisty sposób eksponowały radość Jesse Jacksona, Oprah, Magica Johnsona i innych... W każdym razie, bałbym się sprowadzenia tematu do koloru skóry i robienia z Obamy Wielkiej Nadziei Czarnych.

    By Blogger Michał Piotr Pręgowski, at 9/11/08 22:44  

  • "bałbym się sprowadzenia tematu do koloru skóry i robienia z Obamy Wielkiej Nadziei Czarnych."

    a to, że 90% Murzynów poparło Obamę nie ma według pana znaczenia?

    Poparło go również 92% urzędasów z Washington DC. To też nie ma znaczenia?

    Elita akademicka w USA to od lat 60' mniej więcej, taki socjalistyczny beton, że w Europie by się ich nie powstydzili. Kogo może dziwić, że głosowali na Obamę?

    Uczęszczając na pana zajęcia kilka lat temu, nie wiedziałem, że jest pan aż takim neo-socjalistą...

    By Anonymous Anonimowy, at 26/11/08 16:27  

  • Witam byłego, szkoda, że anonimowego, studenta ;)

    "a to, że 90% Murzynów poparło Obamę nie ma według pana znaczenia?"

    -> mieć znaczenie, a sprowadzać sprawę do jednego... to chyba nie to samo?

    "Elita akademicka w USA to od lat 60' mniej więcej, taki socjalistyczny beton, że w Europie by się ich nie powstydzili. Kogo może dziwić, że głosowali na Obamę?

    Uczęszczając na pana zajęcia kilka lat temu, nie wiedziałem, że jest pan aż takim neo-socjalistą..."

    --> jeżeli mam być wrzucony do jednego worka z elitą akademicką USA, to za ten komplement jestem skłonny przyjąć na siebie piętno neosocjalisty... ;)

    Jakże łatwo ocenia się ludzi po krótkich strzępkach informacji :)

    By Blogger Michał Piotr Pręgowski, at 26/11/08 17:05  

Prześlij komentarz

Links to this post:

Utwórz link

<< Home