error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2006/02/17

Grożą regulacjami

"Computerworld" (nie nasz) donosi, a ja via Slashdot również, że przedstawiciele amerykańskiego Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego pogrozili palcem koncernowi Sony BMG. I nie tylko. Cytuję: "if software distributors continue to sell products with dangerous rootkit software, as Sony BMG Music Entertainment recently did, legislation or regulation could follow". Oby nie skończyło się na grożeniu palcem.

Finowie z F-Secure ujawnili tymczasem na firmowym blogu obecność szkodliwego oprogramowania na niemieckiej płycie DVD z filmem "Mr. and Mrs. Smith". Przekaz Speców z Misją dla twórców software'u warto zacytować:

"Our message to software companies producing any software (not just copy protection products) is clear. You should always avoid hiding anything from the user, especially the administrator. It rarely serves the needs of the user, and in many cases it's very easy to create a security vulnerability this way".

Dicit.

* * *

Nieco innymi regulacjami grożą Yahoo! i AOL - grożą oczywiście nam. Mam na myśli zakusy na wprowadzenie opłat za e-maile, w zamian za pewność, że dojdą do adresata mimo licznych zapor antyspamowych w tych serwisach. Gazety rodzime ocknęły się gdzieś tak w dwa miesiące po urośnięciu sprawy do rangi problemu. Ciekawsze informacje na ten temat i tak oferują blogi, niniejszym polecam ledwo co zainaugurowany blog o spamie, prowadzony przez tonida. Znajdziecie tam, ciekawsze niż w tzw. mainstreamie, informacje o potencjalnych zagrożeniach, jakie niosą wzmiankowane zakusy gigantów.

Osobiście mam nadzieję na szybki rozwój tego bloga. Kolego Nidecki, ruszcie się, ważne rzeczy macie do powiedzenia.

2006/02/13

Nie kochasz Google'a?

Wraca nam ta wyszukiwarka nieustannie. Korzystając z okazji propagowanego, rychłego bojkotu Google'a ("za Chiny", patrz ten wpis) i widząc proponowane "alternatywne rozwiązania", warto dorzucić swoje trzy grosze.

Właściwie miałem to zrobić już jakiś czas temu. Otóż protestujący proponują odgrzewane kluchy w postaci Altavisty czy Askjeeves. Ja proponuję produkt zwany Icerocket, jedno z wielu dzieci ekscentryka Cubana. Bo Icerocket całkiem niezły jest. Szczególnie przyjemne jest wyszukiwanie blogów.

Wpis króciutki, bo i czasu brak, toteż spodziewanej zapewne oceny inicjatywy bojkotu - nie będzie :)

2006/02/08

Nowy fenomen - lifehacking

W Ameryce Północnej ostatnim krzykiem cybermody jest lifehacking, czyli na dłuższą metę - sposoby na ułatwianie sobie życia. Życia na wielu płaszczyznach dodajmy, bo choć zaczęło się od iPodów, to dziś "hakowanie życia" dotyczy niemal wszystkiego. Chcesz usprawnić Windowsa? Nie ma sprawy. Nie wiesz jak obsługiwać nowego iPoda 5G bez iTunes, a chciałbyś móc wgrywać doń podcasty i filmy? Zaraz ci pomożemy. Nurtuje cię, jaki sen jest najbardziej efektywny? No problem. A może nie wiesz też, która pora roku jest najlepsza na zakup sprzętu AGD, a która na zakup zabawek? Chwileczkę, zaraz będzie odpowiedź.

Złośliwie można by powiedzieć, że lifehacking to taki usieciowiony Adam Słodowy w tysiącach osób - i będzie w tym trochę racji. Niektóre porady publikowane lub linkowane przez Lifehacker.com i lifehack.org faktycznie są trywialne. To jednak zdecydowana mniejszość. Większość porad ma znaczenie, jest poważna i z pewnością pomaga ludziom w życiu. Nic dziwnego, że Amerykanie tak chętnie zajmują się lifehackingiem, a zjawisko dostrzegła plejada anglojęzycznych periodyków. Lifehacker.com był polecany m.in. w takich tytułach, jak "The Wall Street Journal", "Guardian", "Time" czy "Forbes". Nośność zjawiska i opisującego je słowa została dostrzeżona także przez mądre językoznawcze głowy z Oxfordu, o czym pisałem na początku stycznia. Lifehack został nominowany do słowa roku 2005 w języku angielskim przez redaktorów New Oxford Dictionary.

Dla mnie lifehacking jest zjawiskiem arcyciekawym z kilku względów, bynajmniej nie dlatego, że dostrzegły go media. Najważniejszy powód: chociaż lifehacking ma charakter masowy i stało się ewidentnie modą, wyrasta z idei przyświecających prawdziwemu hakingowi. Jak pisał ESR w "How To Become A Hacker": "Hackers solve problems and build things, and they believe in freedom and voluntary mutual help". I to się akuratnie przekłada na temat dzisiejszego wpisu, przy zachowaniu pewnych proporcji oczywiście. Lifehacking działa na zupełnie innej płaszczyźnie, ale zasadnicza idea jest taka sama, jak w przypadku hakingu.

Więcej na ten temat na razie się nie rozpiszę - dłuższy tekst ma się ukazać w drugim tegorocznym numerze "hakin9u", który ukaże się bodaj w marcu.


***
P.S. Europa lifehackingu praktycznie nie zna. A na pewno nie zna go Polska. Warto zadać więc pytanie, kiedy pozna...

P.P.S. Nie mam pomysłu na nośne polskojęzyczne tłumaczenie terminu. Połowiczne spolszczenie (lifehaking) to koszmar, a hakowanie życia brzmi cokolwiek dziwnie. Póki co używam więc słowa angielskiego.

2006/02/06

Niezbędniki, część druga

Miesiąc temu opisałem pewien pakiet-niezbędnik z darmowym oprogramowaniem. Ponieważ nieco nań narzekałem, postanowiłem podzielić się dwoma innymi niezbędnikami, znalezionymi przeze mnie w Sieci. Są one zwyczajnie ciekawsze.

Pierwszy z nich to Portable Apps Suite. Pakiet zawiera Firefoksa, Thunderbirda i FileZillę, cały pakiet Open Office.org, edytor tekstowy AbiWord, program do edycji sieciowych NVU, Sunbirda (kalendarz-organizer) oraz Gaim (komunikator). Dobór jest naprawdę przemyślany. Ciekawe, że serwis promuje kompilację przede wszystkim jej przenośnością: weź swój pendrive i zapisz tam instalki.

(zawartość Portable Apps Suite)

Drugi z pakietów, Pegtop PStart, również proponuje kombo Firefox+Thunderbird+FileZilla, dokładając do nich m.in. takie programy, jak PhotoFiltre i FastStone Image Viewer, SoundEditor i winLAME, czy wreszcie Process Explorer i System Information for Windows. Wszystkie programy są oczywiście darmowe. Sam PStart również jest zresztą prostym programem.

Cały "niezbędnikowski" nurt promocji darmowego oprogramowania mieści się doskonale w fenomenie nazywanym lifehackingiem. Pośród wielu zobowiązań nieakademickich było i napisanie artykułu na jego temat. Właśnie go skończyłem, a samo zjawisko opiszę oczywiście także tu, na blogu.

2006/02/05

Wideoke: "niech cały świat wie, jaki jestem zabawny"

Mój ostatni, przedatowany zresztą wpis, był bardzo krytyczny wobec Google'a. Aby było urozmaicenie, tym razem dla odmiany pochwalę tę firmę. Jej wyszukiwarka Google Video jest bowiem całkiem ciekawym instrumentem badawczym, dzięki któremu - nie ukrywam, że nieco przypadkiem - odkryłem ciekawą tendencję. Być może wyłącznie na własny i Czytelnika użytek, być może nie tylko.

W swoich sieciowych podróżach nie spotkałem się w każdym razie z opisem mody na coś, co najprościej określić mianem "wideo karaoke". A skracając: wideoke. Dodajmy, że z motywami Big Brothera.

Chodzi o absolutne zatrzęsienie prywatnych, amatorskich, często fatalnej jakości filmików, których bohaterowie - internauci z całego świata - robią dla anonimowego widza prywatny, a jednocześnie publiczny show. Ludzie ci nagrywają się podczas wykonywania mniej lub bardziej śmiesznych czynności, a następnie, co oczywiste (skoro wyłapał je Google) udostępniają te treści w Internecie.

(zrzut ekranowy pierwszej strony wyników Google Video na hasło "numa numa")

Wygłupy, które szczególnie zwróciły moją uwagę, były związane z wykonywaniem własnych wersji głupkowatych przebojów. Najlepszym przykładem są amatorskie klipy z tańcem numa numa - tak na Zachodzie określa się podrygi do utworu "Dragostea Din Tei" zespołu O-Zone. Na dzisiaj Google Video znajduje, drobnostka, ok. 260 takich klipów! Pamiętajmy, że interesuje nas przede wszystkim skala przedsięwzięcia... Popróbujcie zresztą z innymi "hitami" ostatnich lat, np. z "Call On Me" Erica Prydza. To może nawet ciekawszy przykład.

Nurtujące jest jedno pytanie. Ilu autorów wspomnianych filmów usunie je, gdy zorientuje się, jak szybki i łatwy dostęp do nich daje całemu światu google'owska wyszukiwarka plików wideo? Myślę, że pozostanie ono otwarte, przynajmniej na razie. Nie spodziewałbym się jednak masowego usuwania tych treści z Sieci. Na pewno udało się uchwycić pewien rodzaj transgranicznej i nieco ekshibicjonistycznej "mody". Z czegom bardzo rad.
error300.org