Minęła bodaj najdłuższa przerwa w rocznych dziejach bloga. Bywa. Nic na siłę, gdy inne aktywności o uwagę się dopraszają - czasami bardzo stanowczo. A że w ostatnich dniach także serwer się zbiesił, nawet rzecz już napisana musiała poczekać; od dłuższego czasu chodził mi po głowie temat dobrego wychowania i tego, czym się przejawia naruszanie jego zasad w komunikacji synchronicznej - a już konkretnie, na wszelkiej maści komunikatorach.
Statusy dostępności. Jestem offline, bo mnie nie ma. Jestem online, ale także away tudzież zaraz wracam, względnie N/A; innym razem zastrzegam, żeby mi DND i tym podobne. Wreszcie najważniejsze: jestem niewidoczny. Czyli niby offline, ale wcale nie offline. Ty mnie nie widzisz i nie wiesz o mojej dostępności - bo ją limituję do granic - ja o Twojej dostępności wiem wszystko. Chyba, że również będziesz niewidoczny.
Właściwie należałoby zacząć od konstatacji, że permanentne przebywanie w invisible mode jest... zaprzeczeniem idei komunikatora internetowego. No proszę pomyśleć. Jestem przy tym pewny, że nie tylko ja znam osoby, które w ogóle nie bywają online, choć wykorzystują swój IM nagminnie. Pozostaje otwarte, jaka strategia psychologiczna się za tym kryje, choć według mnie chodzi głównie o próbę kontrolowania swojego czasu i zarządzania nim. Moim zdaniem często nie do końca uświadamianą. Włączam komunikator (np. w pracy), ale pozostanę niewidoczny, żeby nikt mi nie zawracał gitary niepotrzebnie - jak ja coś będę chciał od kogoś, to sam się odezwę.
Nie da się ukryć, że jest to pragmatyczne, ale także nieco niegrzeczne. Wyłączywszy zawodowe zastosowania, rozmowy via komunikator cechuje taki sam status komunikujących się stron, jak w przypadku np. towarzyskich rozmów telefonicznych. Status równości: mamy takie samo prawo mówić, słuchać, przeprosić i skończyć, oddzwonić, trzasnąć słuchawką, itd. Jak wygląda to w przypadku komunikatorów - czy równorzędność stron jest zachowana wtedy, gdy ja sygnalizuję swoją dostępność online, a mój rozmówca przez cały czas jest niewidoczny? Nie jest. Jeżeli będę chciał go zagadnąć, muszę zgadywać, czy akurat się ukrywa, czy też go faktycznie nie ma. Modyfikacje statusu online - away, N/A, DND i inne - obligują kulturalną osobę do odpowiedzi, jeżeli zostawimy jej wiadomość. Status invisible do odpowiedzi nie obliguje - bo przecież "mnie tu wcale nie ma". I najczęściej takiej odpowiedzi nie ma, choć nie ona jest tu najważniejsza.
Ważniejsza jest niepewność jednej ze stron i naruszenie równorzędności. Kontrola nad komunikacją nie jest bowiem w takiej sytuacji obustronna. Przejmuje ją ten, kto się ukrywa. A zatem pytanie, po lisiemu: co z tą grzecznością?
Pamiętajmy, że mowa jest o relacjach towarzyskich, osób, które traktują się koleżeńsko czy wręcz przyjacielsko. Ich permanentne ukrywanie warto rozróżnić np. od "pokazywania statusu tylko znajomym" - ktoś spoza naszej listy może uważać, że cały czas jesteśmy offline i że to niegrzeczne. Jest jednak jakiś powód bycia wyłączonym z listy naszych znajomych (być może nieuświadamiany przez osobę spoza niej). Kiedy jednak nie chcemy się z kimś komunikować, jest to w oczywisty sposób inna relacja stron, a zatem i inny przykład.
Bywają i relatywnie niewinne warianty niewidoczności. Ty jesteś niewidoczny, ja również - ale obaj zastrzegliśmy sobie, że z tych czy innych powodów tak robimy i obaj o tym wiemy. Będziemy się komunikować z tą świadomością. Myślę jednak, że szersze zastosowanie takiego podejścia też budzi wątpliwości - bo pozostałe osoby z listy, w tym inni przyjaciele/bliscy znajomi, będą pozbawieni owego wspomnianego już poczucia równorzędności w komunikacji. Dlatego jeżeli lista kontaktów rozrosła się nam tak bardzo, że wolimy "zniknąć" choćby dla połowy osób z tejże, warto rozważyć założenie drugiego konta. Komunikatory są w końcu darmowe, drugi numer dajmy najbliższym i po kłopocie. Rozwiązanie wyjątkowo proste, a unikamy w ten sposób naruszenia zasad grzeczności zachowując autonomię czasową (kiedy...) i personalną (...i z kim chcemy rozmawiać).
Zatwardziałym "niewidzialnym", którzy mają poczucie braku czasu i zasadniczo nie są chętni rozmawiać wtedy, gdy sami nie mają ochoty, poleciłbym jednak inne rozwiązanie. Osoby takie powinny wyłączać komunikator, kiedy pracują. Gdy chcą z kimś porozmawiać, w ciągu trzydziestu sekund mogą być online. Online - dla wszystkich - a nie invisible. Odmówić komuś, dla kogo nie mamy czasu, też przecież można i na pewno nie jest to wielki wysiłek.
Tak byłoby bardziej w porządku (zachowanie równorzędności) i pewnie grzeczniej. Mam jednak świadomość, że wiele osób będzie wolało hołdować swojej - i tylko swojej - wygodzie. Zupełnie jak w przypadku niegrzecznego zastrzegania numeru wychodzącego na komórkach. Gdyby nie zobowiązania zawodowe - a wiadomo, że zastrzeżone numery to często szeroko pojęta klientela biznesowa - nie odbierałbym tego typu rozmów. Wiem, że wiele osób nie odbiera. Jest to jakaś metoda.
P.S. Był sobie kiedyś taki fantastyczny "Za chwilę dalszy ciąg programu". Tytuł jest nawiązaniem do skeczu z tegoż.