We "Wprost" ciekawy
artykuł o blogach. Ciekawy, bo wart dyskusji albo przynajmniej paru słów komentarza.
Po pierwsze, pan Wiesław co do zasady się nie myli - większość polskich blogów oferuje taką jakość, jaką wskazał w tym tekście. Przy czym w żadnym wypadku nie jest to specyfika polska. Wracając jednak do Polski:
Alek i Justyna (a także
Kaye) przeprowadzili pod koniec 2003/na początku 2004 roku badanie polskich blogów (w domenie blog.pl); zgodnie z wynikami ok. 92% tychże miało wówczas charakter pamiętnikarski. Czyli bliski wynurzeniom, które cytował obszernie pan Kot.
Po drugie, nawet jeśli nie podnosić argumentu, że dwa lata w Sieci to bardzo długo, warto pamiętać o specjalizacji blogów, jaka w polskiej blogosferze ma miejsce teraz. Wspominałem o tym niedawno. Po trzecie, nawet to nie zmienia jednak istoty rzeczy, bo większość (%) blogów dalej będzie słaba merytorycznie. Tyle, że pan Wiesław, świadomie czy nie, dokonuje jednak nadużycia zrównując ilość z jakością. Dzieje się tak dlatego, że w tekście nie ma przykładów pozytywnych (o których istnieniu czytelników przekonywać nie muszę; o przekonywaniu jeszcze na koniec). Jeżeli nawet 9 na 10 blogów jest bez większej społecznej wartości, ciągle pozostaje ten jeden, który warto przeczytać. I w tekście należało o tym, dla rzetelności, wspomnieć. Gdyby bowiem bawić się w jakąś tam analogię, bloger mógłby napisać o żenującym poziomie polskiego dziennikarstwa popierając swoją tezę relacjami z tej prasy, której nakłady są w tym kraju najwyższe ("Fakt" plus kolorowa prasa kobieca, zwłaszcza niższego lotu). Idiotyczne? Oczywiście. Upraszcza temat, w jakimś sensie manipuluje? No pewnie.
Po czwarte, wedle pewnych spiskowych założeń można by sobie przyjąć, że prześmiewczy ton wypowiedzi na temat blogów to sposób dziennikarzy na "eliminowanie konkurencji". Podkreślę, że dla mnie to czysta hipoteza, nie wierzę, by dotyczyło to przypadku "Wprost". Wiesław Kot jest krytykiem, nieprzywykłym według mnie do obiektywizacji wydarzeń - opisuje rzecz tak, jak sam ją ocenia, nie starając się weryfikować faktów. Bynajmniej go to nie broni. Z drugiej strony jednak, mówiąc o "konkurencji", trzeba przyznać jedno - nam, polskim blogerom, brakuje pierwszego medialnego sukcesu, jakiejś wydobytej afery, sensacyjnej wiadomości, itd. W Stanach Zjednoczonych zostało to już gruntownie przerobione (znowuż coś, o czym wspominałem w przeszłości).
Przykre w tym wszystkim jest coś innego. W przypadku tekstu pana Kota i wszelkich ewentualnych komentarzy w blogosferze konstatacja będzie taka:
no, to sobie pogadali. Kot do swoich czytelników, blogerzy do swoich. Czytelnicy Kota, którzy nie znają blogów, zapewne się uprzedzą. Ci, którzy blogi znają, czytują albo nawet prowadzą - po przeczytaniu tekstu raczej pokręcą głową z mniej lub bardziej pobłażliwym uśmiechem. Czytelnicy blogów tematycznych zrobią to samo.
Z jedną różnicą - Kot pisze do obu publiczności, ja do jednej. W efekcie biję nieco głową w mur, przekonując już przekonanych. Chociaż w tym przypadku Paryż wart jest mszy...
.