error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2006/05/29

Patton przedpremierowo na MySpace i YouTube

Miło widzieć, gdy uznana - i, jak w tym przypadku, hiperaktywna - gwiazda w pełni docenia siłę nowych kanałów przekazu (i promocji). Chyba nawet tych dwazero.

Debiutancka płyta projektu Peeping Tom będzie miała swoją premierę 30 maja, ale już od kilku dni można przesłuchać wszystkie utwory, które się na tę płytę składają. Wystarczy znaleźć profil zespołu w serwisie MySpace i włączyć głośniki. (Dla niezorientowanych: MySpace to swoisty fenomen - serwis gromadzący miliony amerykańskich nastolatków oraz... tysiące zespołów muzycznych z całego świata; dlaczego akurat te dwie grupy akurat w tym miejscu razem, pozostaje pewną, acz niezbyt wysublimowaną - jak się dłużej zastanowić - tajemnicą).

Tak wykorzystany MySpace daje zespołowi to, czego nie może dać radio - sieciowe audytorium może w spokoju wysłuchać calutkiej płyty, w tym przypadku nawet przed premierą. Potem wystarczy już pobiec do sklepu, nie trzeba koniecznie ściągać z P2P mp3, aby się ewentualnie przekonać przed zakupem, czy fajne.

Wizytówka na "majspejsie" linkuje także do komputerowego zrzutu z występu zespołu u Conana O'Briena. Jak łatwo wnieść po tytule wpisu, plik został wystawiony na coraz modniejszym YouTube. Gdyby Peeping Tom miał przygotowany wideoklip, zapewne i on zostałby intencjonalnie podrzucony do tego serwisu, a następnie rozreklamowany. Fajna, idąca z duchem czasu autopromocja.




2006/05/28

Precedensowy wyrok

Bloger może zasłaniać się tajemnicą dziennikarską - tak orzekł Sąd Apelacyjny Stanu Kalifornia w Apple vs. Does, głośnej sprawie dotyczącej przecieku tajemnic firmowych do internetu (i prasy). Temat śledził i po sentencji pilnie zaraportował VaGla, rozszerzając zresztą karnie wątek o polskie prawne poletko (i dobrze!).

Symbolicznie jest to prawne usankcjonowanie tego, że w USA blogując można być dziennikarzem. Praktycznie, choć wyrok jest ważny, wybuchów euforii chyba być nie powinno. Jak skonstatował Piotr, "nie oznacza to zawsze i w każdym przypadku, że w USA bloger nie będzie musiał ujawnić źródeł" (informacji). Warto to podkreślić zawczasu, bo spodziewam się wielu entuzjastycznych komentarzy ze zbyt daleko idącymi wnioskami. Niezależnie od specyfiki anglosaskiego, precedensowego systemu prawnego, to tylko jeden krok do przodu.

2006/05/22

"Polityka" o blogach, Edwin Bendyk

W ostatniej "Polityce" cały raport poświęcony blogowaniu (krótki, ale niezbyt reprezentatywny fragment tutaj). Mogę powiedzieć, że to bardzo sensowny tekst, który prezentuje zjawisko w dostatecznie wielu barwach. Mogę, ale... nieco mi niezręcznie chwalić materiał, w którym jestem trzykrotnie przywoływany przez autorów. Co z kolei samo w sobie bardzo miłe jest, a i owszem.

W każdej sytuacji cieszyłbym się jednak tak samo, że w naszej prasie opiniotwórczej/opiniodawczej ktoś wreszcie potraktował temat rzeczowo i możliwie holistycznie. I że był to ktoś inny niż zawsze rzeczowy Edwin Bendyk... który z kolei przeszedł z Bloggera do Wordpressa w domenie "Polityki" i obiecuje bardziej systematyczne pisanie na swoim blogu. Nowy blog jest tutaj. Z miejsca dodaję też do działu blog-linków.

P.S. W raporcie "Polityki" niestety przypętało się trochę drobnych błędów. Technorati a nie Technokrati; blog hokejowy Sixthsens a nie Sithsens. Ja z kolei najpierw jestem Michałem a dopiero później Piotrem, niemniej w kontekście udanego, rzeczowego artykułu pozostaje to rzeczą mało istotną.

2006/05/18

Amatorskie próby filmowe a gry komputerowe

Od czasu do czasu na niniejszym blogu wraca temat gier. Mam wrażenie, że w społecznej świadomości Polaków coraz rzadziej dominuje aspekt niesionych przez nie zagrożeń - i dobrze - jednak niedostatecznie, moim zdaniem, opisuje się związane z grami zjawiska pozytywne. Wydaje się, że jest takowym wpływ gier na kulturę popularną. Od pewnego czasu wokół gier wyrastają inicjatywy poboczne "noszące znamiona" kreatywności i twórczości indywidualnej. Nawiązując do słynnego cytatu, pojawiają się nowi twórcy i nowe tworzywa.

Nurt, który mam na myśli jest jak najbardziej amatorski. Mam wrażenie, że miejscami pojawia się w nim nawet duch nikiforyzmu. Chodzi o tworzone prywatnie, a inspirowane grami amatorskie filmy. (O profesjonalnych, które są ekranizacjami gier komputerowych, jak pierwszy z brzegu "Mortal Kombat" - nie piszę). Owe amatorskie próby filmowe są dwojakiego rodzaju. Chodzi o filmy sensu stricto (a zważywszy na długość - filmiki) oraz o komputerowe animacje, nie wymagające pracy z tradycyjną kamerą czy mikrofonem.

Pierwsze są zapisami wideo parodiującymi lub wprost odtwarzającymi wydarzenia z gier komputerowych. Wymagają, jak tradycyjny film, aktorów i/lub statystów, dekoracji, rekwizytów, itd. Technika komputerowa jest tutaj wtórna, choć często potrzebna. Przykładami takiej twórczości są fanowskie potyczki np. z Mortal Kombat i z Grand Theft Auto. Niektóre są autentycznie zabawne i przemyślane. Więcej odnośników do filmów tego typu można znaleźć u Azraela, który zasygnalizował na swoim blogu ten temat. Największa frajda będzie oczywiście dla osób, które znają skowerowane gry.

Drugą kategorię stanowią animacje, które moim zdaniem doskonale wpisują się w kulturę remiksu. Mówimy o autorskich zbitkach obrazu pochodzącego z gry oraz dźwięku, na który najczęściej składa się powszechnie rozpoznawalny utwór muzyczny. Efekt tej pracy można nazwać alternatywnym teledyskiem, którego akcja toczy się w świecie danej gry.

Wracając do kultury remiksu: realnym autorem tego, co kwalifikujemy jako obraz, jest producent gier i zatrudniony przezeń sztab animacji. Realnym autorem dźwięku jest znany muzyk X czy zespół Y. Fan, który konstruuje z tego nową całość, również staje się w jakimś stopniu autorem - dobiera stosowne fragmenty animacji, synchronizuje je tak, by współgrały z muzyką, itd. (Wyłączamy z tych rozważań tematykę praw autorskich).

Twórczość z tej drugiej kategorii jest, jak się wydaje, znacznie bardziej rozpowszechniona (zainteresowanym polecam YouTube lub Google Video). Także dlatego, że komputerowa obróbka obrazu i dźwięku sama w sobie jest znacznie łatwiejsza niż bieganie z kamerą i inscenizowanie czegoś z żywymi autorami. Myliłby się jednak ten, kto uzna, że remiksowe animacje są nudne i niedopracowane. Przy niektórych można się pośmiać, a przede wszystkim widać, że włożono w nie niemało pracy. Kilka przykładów takich właśnie remiksowych animacji:

Nie jest przypadkiem, iż najwięcej twórczości tego typu powstaje w oparciu o gry online (MMOG). Pytanie, kiedy poważny muzyczny zespół z krwi i kości przygotuje z własnej inicjatywy teledysk oparty o motywy z którejś z gier? Fachowo przygotowany byłby prawdopodobnie wielkim hitem, szczególnie jeśli przypomnimy sobie popularność szkaradztwa o nazwie Crazy Frog.

2006/05/15

Do ut des i linkowanie

Rozbudowany dział linków uchodzi za atut większości internetowych serwisów tematycznych. Podnosi renomę witryny, może sugerować nie tylko "oczytanie" autorów, ale także ich bardzo dobre kontakty w dziedzinie, o której traktuje strona (abstrahuję, realne czy nie). Niewątpliwie uchodzi także za ukłon w stronę czytelnika, któremu ułatwia dalsze sieciowe poszukiwania w interesującym go temacie. Problem w tym, że starym zwyczajem twórców stron, wywodzącym się jeszcze z tzw. zamierzchłych czasów internetu, jest honorowanie zasady wzajemności (do ut des, "daję abyś dawał"). Mówiąc krótko - Ty linkujesz do mnie, ja linkuję do Ciebie. Zasada ta nie jest zła sama w sobie, jednak nie sprawdza się, moim zdaniem, w przypadku blogów tematycznych. I o tym ten krótki wpis.

W przeciwieństwie do pamiętnikarskich blogów osobistych, blogi tematyczne bazują na pogłębionej wiedzy autora w jakimś konkretnym temacie. Stopień pogłębienia jest w tych rozważaniach mniej istotny od skupienia się na konkretnym zagadnieniu i drążenia go. W sferze merytorycznej dobry blog tego typu nie będzie się znacząco różnił od serwisu tematycznego; wszystko jest kwestią nakładów pracy. To, czym blog różni się natomiast od przeciętnego serwisu, jest większe wyeksponowanie autora. W blogu tematycznym "ja" eksponuje się zazwyczaj bardziej, chyba że bloger programowo chce pozostać enigmą. Rzeczowa autoprezentacja i gra w otwarte karty z czytelnikami wzmacniają jednak reputację i wiarygodność blogów tematycznych, toteż anonimowość należałoby tu uznać za raczej rzecz niepożądaną, a może nawet za nieuświadamiany błąd założenia.

Skoro bloger w bardzo naoczny sposób firmuje pisane teksty (zrobione zdjęcia, nagrane podcasty, itd.), musi mieć świadomość, że swoją osobą firmuje również te strony internetowe, które ukryje pod stosownymi odnośnikami w dziale im poświęconym. Oto i wysłużony marketingowy endorsement w działaniu. W Stanach Zjednoczonych blogi eksperckie (już nawet nie tematyczne, ale eksperckie - podkreślam) rzadko kiedy są opatrywane litanią linków do mniej lub bardziej pokrewnych stron. Działa tu stara angielska zasada less is more: wskazuje się źródła, które są autorowi najbliższe i z których realnie korzysta.

W szczególności dotyczy to innych polecanych blogów, których treść jest zazwyczaj bardziej dynamiczna niż statycznych serwisów z, dajmy na to, artykułami naukowymi z interesującej nas dziedziny. Linkując daję znać nie tylko o tym, że korzystam, ale również o tym, że wiem, co tam się dzieje. W jakimś sensie "czuwam" nad tym. Dlatego jestem zdania, że w reprezentacyjnym miejscu warto linkować te blogi, do których się realnie zagląda. Znakomite narzędzia w stylu del.icio.us pozwalają zapisywać kolejne odnośniki, tylko w nieco inny sposób. Ciągle mamy do nich dostęp (jeżeli linkujemy nie tylko dla czytelników, ale i dla siebie), ciągle możemy podrzucić je czytelnikom. Różnica polega na eksponowaniu.

Uważam, że bloger, który linkuje bezpośrednio ze swojego bloga do 60 innych, nie zyskuje takim działaniem na wiarygodności - trudno przypuszczać aby sukcesywnie czytał ichnie wpisy. A jednak - puk, puk, endorsement - firmuje je swoim nazwiskiem. (Wyjątki się zdarzają, jasne na pewno będą osoby, które znajdą czas na sumienne czytywanie kilkudziesięciu blogów). Nieprzypadkowo jednak owe litanie linków są domeną blogów osobistych; charakter tych ostatnich jest inny, zazwyczaj mniej trzymany w ryzach autorskiego widzimisię ("czym ma być i co ma sobą reprezentować mój blog", pytanie powracające w przypadku prowadzenia bloga tematycznego). I tam właśnie rządzi do ut des. Ty linkujesz do mnie, jest mi miło, zatem podlinkuję do Ciebie. O czym piszesz? To już mniej ważne. Podtrzymaliśmy rytuał.

Myślę, że na blogach tematycznych nie ma miejsca na "jest mi miło". Ani na "jest mi przykro", gdy ja kogoś polecam, a ten ktoś mnie - nie. To trochę tak, jak z dawaniem jałmużny; jak się głębiej zastanowić, dla darowującego najbardziej istotny jest sam akt dawania, a nie to, co obdarowany potem z podarunkiem zrobi. Daję bo chcę.

Tak powinno to funkcjonować i tak, wedle moich obserwacji, w wielu blogach tematycznych funkcjonuje. Fajnie tylko, gdyby stało się niepisaną zasadą. A może właśnie pisaną?

2006/05/01

Dwa światopoglądy, dwa światy

Z przyczyn osobistych ostatnio nie jestem przesadnie na bieżąco, w efekcie dopiero teraz trafiłem na sprawę cytatu z Pawła Tkaczyka w niedawnym tekście Bogdana Misia w "Polityce". Cytatu, którego praktycznie rzecz biorąc nie było, bo Pawła "opędzlowano" beznamiętnym terminem "jeden z dyskutujących internautów".

Sprawa jest poważniejsza, niżby się wydawało. Nie chodzi o czyjeś ego, naprawdę. Chodzi o starcie dwóch światopoglądów - przestarzałego i tego, który po prostu jest na czasie. Światopogląd na czasie to świadomość dywersyfikacji kanałów komunikacyjnych w Sieci, świadomość różnic między publikowaniem w Usenecie, na forum bądź blogu, wreszcie na portalu, itd. Światopogląd przestarzały to ten, zgodnie z którym internet to anonimowa wszechnica informacji wszelakiej. "Wziąłem to z internetu" i temat zamknięty? Tak zdaje się przyjmować to, choć zauważmy, że z wątpliwościami, pan Bogdan Miś. Cytuję go z komentarzy do wpisu Pawła:

"Podawanie nazwiska osoby cytowanej stosuje się w redakcjach tylko wówczas, gdy osoba ta jest już powszechnie znana i jej zacytowanie jest dla redakcji zaszczytne lub gdy osoba ta w publikowanym tekście jednoznacznie to zastrzegła; przyjmuje się w wypadkach analogicznych do niniejszego, że stwierdzenie, iż źródłem jest ogólnie 'Internet', nawet bez podania nazwy portalu czy blogu (jeśli to nie jest zastzreżone) jest wystarczające. Jest to praktyka powszechna; osobiście mam wątpliwości, czy do końca słuszna - ale koledzy twierdzą, że gdyby było inaczej, to cała prasa składałaby się wyłącznie z oznaczeń cytatów."

Czy możemy sobie wyobrazić pracę zaliczeniową studenta, który powołuje się na to, że korzystał "z książek"? Dlaczego nie? Dlatego, że wymaga tego rzetelność i wiarygodność. Te pojęcia dziwnym trafem znajdują się również w tezaurusie etycznego dziennikarstwa. Tłumaczenie, że "cała prasa składałaby się wyłącznie z oznaczeń cytatów" to uproszczenie i pójście na łatwiznę. Czasami dziennikarze w ogóle są na bakier z cytatami i podawaniem źródeł - polecam poczytać historię artykułu z "wypowiedziami" Marii Cywińskiej.

Podkreślę, że w całej tej sprawie nie o pana Misia chodzi. W komentarzach przeprosił Pawła Tkaczyka, sam dystansuje się nieco od ww. stwierdzeń i chwała mu za to. Chodzi mi przede wszystkim o mentalność starszych dziennikarzy. Pan Wiesław Kot z "Wprost", państwo redaktorostwo z "Polityki", pan Krzysztof Łoziński (chodzi o sprawę) i tak dalej. Nie nadążać za szybkimi zmianami to naprawdę żaden wstyd - wstydem jest, gdy obok niewiedzy kroczy bezkrytyczność i pewność siebie. Na ten duet/trio woła się bowiem "ignorancja".

Panu Bogdanowi Misiowi dedykuję w tym wszystkim jedynie informację, że w amerykańskiej prasie niektórzy blogerzy (jak ja to nazywam, tematyczni) mają już swoje regularne kolumny komentatorskie.

* * *

Przy okazji "Wprost" pisałem o "pierwszym skalpie" polskiej blogosfery, na który jeszcze czekamy. Skalp ów legitymizowałby medialny byt dobrych, merytorycznych blogów i zwrócił uwagę na to, co ich autorzy mają do powiedzenia. W ten sposób być może udałoby się wyleczyć niektóre osoby ze światopoglądu, który nazwałem przestarzałym.

Sęk w tym, że zaczyna mnie prześladować pewna smutna myśl. Obawiam się, że nasz skalp nie zostanie zdobyty kosztem polityków lub innych urzędników państwowych a w interesie całego społeczeństwa, jak miało to miejsce np. w Stanach Zjednoczonych. Zdobędziemy go kosztem dziennikarzy, w interesie stricte własnym. Skalpem będzie przegrany przez dziennikarza proces o plagiat, względnie zjawisko pokrewne. Proces ów, jako powód, wytoczy mu bloger, a pozwany być może będzie powoływał się na kompromitujący przed majestatem prawa argument "moim źródłem był internet". Wyrok bedzie jednoznaczny, a zaraz po nim rozgorzeją dyskusje. Wtedy też zapóźnieni redaktorzy prominentnych pism odkryją (z nieodłączną pewnością, że opisują novum), iż blogosfera to nie tylko wynurzenia nastolatków.

Obym się mylił.