error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2006/11/28

(Nie) głosuj na Rory'ego

W opisie error300.org zadaję pytanie, czy internet na pewno nie jest "wielkim śmietnikiem". Pytanie to właściwie nie wymaga odpowiedzi; najprościej rzec, że Sieć jest wysypiskiem w takim samym stopniu, jak codzienność niewirtualna. Od indywidualnych wyborów, wspartych niską/wysoką kompetencją wyszukiwawczą zależy, gdzie trafiamy i jak nam się potem ta Sieć jawi.

Nie znaczy to, że internet śmietnikiem nie bywa. Strona Vote For Rory jest mało zabawnym happeningiem, mającym na celu wprowadzenie do meczu All-Star hokejowej ligi NHL niezbyt utalentowanego, 31-letniego obrońcy Rory'ego Fitzpatricka. Akcja jest przewrotnym wyrazem frustracji fanów, zdaniem których zawodnik gra fatalnie i zawinił przy (zbyt) wielu straconych golach ich drużyny, Vancouver Canucks.

Ten żałosny w sumie i destruktywny dla zespołu akt może mieć jednak ciekawe konsekwencje. Jeżeli dostatecznie wielu fanów (?) dołączy się do akcji a władze ligi nie zainterweniują, gracz wystąpi w All-Star Game. Gdyby tak się stało, internetowa akcja ośmieszyłaby ideę corocznych uroczystych spotkań, w których można podziwiać najlepszych z najlepszych. Dodajmy, że jest to tradycja wszystkich najpopularniejszych sportów zespołowych w USA i Kanadzie (ligi NBA, NFL, MLB, MLS, itd.). Oczywiście akcja ośmieszyłaby też samego Fitzpatricka. Ciekawe, co dalej. Typuję, że doczekamy się niebezpośredniej interwencji komisarza NHL.
.

Groupie ery internetu

Za Smart Mobs: fanka zespołu Linkin Park włamała się na stronę operatora sieci komórkowej jego wokalisty, skąd ukradła dane (dot. rachunków, billingów, wysyłanych MMS-ów). Podobno straszyła też żonę muzyka. Wpadła, sprawa trafiła do sądu. Sprawa jest interesująca przez linię obrony przyjętą przez adwokata owej pani. W skrócie: "This is the Internet version of a groupie hiding in Mick Jagger's dressing room. We're in a different age, and fans have more skills than they used to".

Wątek pogróżek, który nie mieści się w powyższym, powinien być decydujący. Niestety - bo ciekawi mnie konfrontacja dość naciąganej, ale całkiem błyskotliwej linii obrony z decyzją ławy przysięgłych. Interesujące będzie też wykorzystywanie (częste? rzadkie?) słowa "hakowanie" i jego wariacji przez oskarżyciela.

2006/11/14

Kononowicz w światowej czołówce YouTube

Sprawa internetowego klipu z bezrobotnym białostoczaniniem warta jest dodatkowej uwagi, niezależnie od moralnej oceny tego, z czym mamy do czynienia w tej chwili (patrz poprzedni wpis). Chodzi o to, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa YouTube nie miało jeszcze w swej historii do czynienia z takim fenomenem. Podstawowy klip z Kononowiczem - jest kilka klonów - obejrzało w ciągu sześciu dni ponad 2,5 mln osób. Chodzi dokładnie o liczbę odsłon w tak krótkim czasie.

Pospolite ruszenie polskich internautów na film z Kononowiczem sprawiło, iż jest on w momencie pisania niniejszego wpisu:

  • drugim najczęściej oglądanym klipem w tygodniu (przegrywa tylko z nieelegancką reakcją piosenkarki country Faith Hill po tym, jak jej rywalka zdobyła nagrodę Country Music Association);
  • piątym najchętniej oglądanym klipem miesiąca (mamy dopiero 14 listopada!)

oraz, co najważniejsze:

  • 76. najczęściej oglądanym klipem w historii serwisu YouTube!

Sześć dni, jeden serwis wart 1,65 miliarda dolarów (w akcjach). Jedno pospolite ruszenie jednego narodu, z circa dziesięciomilionową rzeszą internautów.
.

Gorzki fenomen Kononowicza, nielegalne wykorzystywanie wizerunku

Bezrobotny Krzysztof Kononowicz z Podlasia stał się niespodziewanie wielką "gwiazdą" polskiego internetu. Pisać o samym Kononowiczu i tym, co go rozsławiło nie ma już dzisiaj specjalnie po co; linki zostawiam dla Czytelników którzy przypadkiem byli przez ostatni tydzień za granicą i bez dostępu do Sieci. Frapujące są jednak konsekwencje wypuszczenia zabawnych filmów z Kononowiczem na serwis YouTube, gdzie do dziś zanotowały one łącznie ok. 2,8 mln odsłon (o czym w osobnym wpisie). Temat zgłębia m.in. Newsweek, wskazując, że Kononowicza wykreował działacz podrzędnej Polskiej Partii Narodowej. Bardziej interesujący jest wątek poruszony przez białostocką "Gazetę Wyborczą", zacytuję konkretną wypowiedź:

"Kononowicz jest już ikoną pop kultury. Młodzież za nim szaleje. Wkrótce pojawią się gadżety z jego podobizną m.in. koszulki i kubeczki - usłyszeliśmy od właściciela jednej ze stron internetowych".

Niewykluczone, że z tą ikoną wcale nie będzie przesady. Kononowicz może stać się fenomenem w stylu Józefa Tkaczuka, doskonale znanego dwudziestoparoletnim i starszym warszawiakom. Niestety, czasy się zmieniły i miejsce happeningowego graffiti zajmują odpłatne produkty. W ciągu tygodnia od medialnego zaistnienia szeroko pojęty wizerunek Kononowicza, który jest jego własnością, znalazł się m.in.:

  • na koszulkach,
  • na wlepkach (płatnych),
  • w nazwach domen (kononowicz.com.pl, kononowicz.eu i liczne wariacje),
  • w nazwach kont (np. prezydentkononowicz@vp.pl).
  • na plakatach,
  • na portfelach z cytatami ("Żeby nie było niczego!"),
  • na obrazach olejnych i akwarelowych (!),
  • na sprytnie zmodyfikowanych widokówkach z Białegostoku.

O nagminnie sprzedawanych swetrach nawet nie wspominam. Wszystkie powyższe przedmioty są obecnie wystawiane na aukcjach Allegro, nie zostawiam odnośników, bo po pewnym czasie i tak stałyby się nieużyteczne. Piszącemu te słowa i tak chodzi o zarysowanie zjawiska.

Dodatkowo na Allegro Kononowicza bezprawnie wykorzystuje się w jeszcze inny sposób. To aukcje obliczone na przyciągnięcie uwagi przez samo modne dzisiaj nazwisko, kompletnie niezwiązane z samym ekskandydatem. Przykłady:

  • "Bądź piękna(y) jak Kononowicz!!! Kup Solarium!!",
  • "Potwory i spółka - Plakat ( nie Kononowicz )",
  • "Kononowicz też takie będzie miał - PORSCHE" (autentyczny samochód - przyp. MPP),
  • "SEXI BLUZECZKA Z FASHION TV kononowicz",
  • "MotorolaV3.Duży i MałyNowy.Kononowicz już go Ma",
  • "Nowy Saeco Royal Cappuccino. Poleca KONONOWICZ!!" (ekspres do kawy - przyp. MPP).

Tę ostatnią grupę aukcji można jeszcze dodatkowo podzielić na te, które kontekstem nawiązują do spotów i/lub osoby Kononowicza (np. solarium) i takie, które liczą na przyciągnięcie odwiedzających modnym hasłem z przeglądarki aukcji Allegro (np. bluzeczka). Zabawa kontekstem jest dość smutna i zasadniczo nielegalna (puk, puk, Allegro?), bo przecież Kononowicz bezwiednie "zachwala" produkty, których być może wcale nie chciałby zachwalać. Dodam, że na wielu aukcjach eksploatuje się również kononowiczowski wizerunek (twarz), a to już bezapelacyjnie niedopuszczalne.

* * *

Fenomen 43-letniego ekskandydata z zasadniczym zawodowym wykształceniem jest gorzki i niesmaczny. Po pierwsze dlatego, że w całym tym komercyjnym tumulcie Kononowicz jest ofiarą. Prawie nikt nie dostrzega tego dość oczywistego faktu. Zarabia się na Kononowiczu pieniądze, z których on sam prawdopodobnie nie zobaczy ani grosza (i zapewne nie będzie już życzliwych, którzy wspomogą go w walce o swoje... chyba, że ktoś zwęszy interes w Kononowiczu na wyłączność). Jak relacjonuje białostocka "Wyborcza", "samego kandydata - choć mieszka w bardzo nędznych warunkach i utrzymuje się z mamy emerytury - sława i pieniądze nie interesują". Ciekawe dlaczego - z nieświadomości swojej dziwacznej, ale niezaprzeczalnej "potęgi", czy z altruizmu? Jak się Czytelnikom wydaje?

I po drugie, cytując znowuż białostocki dodatek "Wyborczej", "lekarze, po obejrzeniu wyborczego klipu Kononowicza nie wykluczają, że kandydat na prezydenta Białegostoku może mieć kłopoty z psychiką". Czy to prawda, czy nie, pozostawię to bez komentarza, do indywidualnej refleksji.
.

2006/11/09

Blogerzy a cisza wyborcza; zasada dobrej woli

Blogerzy z Piątej Władzy pytają, czy blogi obowiązuje cisza wyborcza. Problem jest faktycznie ciekawy, ale pytanie wygląda jak przewrotna prowokacja. Wydaje mi się, że jeżeli nie chcemy kolejnego martwego prawa, to nie warto prowokować decydentów, by się ciszy wyborczej w Sieci bliżej przyglądali. Wspomniane przez Piątą Władzę wątpliwości dotyczące np. kasowania wpisów na forach (czyja odpowiedzialność? Właścicieli? Administratorów? Moderatorów?) doskonale pokazują, co z tego wyjdzie.

Odnośnie obowiązywania ciszy wyborczej na blogach, uważam, że zagadnienie należy obejrzeć z innej perspektywy. Jeżeli problem zostanie postawiony tak, jak chcą tego Twórcy Piątej Władzy, odpowiedź powinna być dość oczywista. Ma rację Magdalena Górak pisząc, że za sprawą internetu cisza wyborcza staje się umowna. Ergo, zakaz agitacji w Internecie - z racji rozproszenia treści, możliwości hostowania danych poza granicami kraju, itp. - może być prowadzony tylko w oparciu o zasadę dobrej woli. Zgodnie z zasadą dobrej woli zdają się funkcjonować portale (i niektóre wortale regionalne), które dochowują ciszy wyborczej. Jest to w pełni zrozumiałe, bo pełną parą aspirują one do miana szeroko, ale po staremu rozumianych, mediów.

Blogerzy tematyczni, w tym blogerzy polscy, często wyrażają aspiracje do bycia dziennikarzami i oczekują analogicznych praw. Jeżeli tak jest w istocie, czeka na nich pełne dobrodziejstwo inwentarza. Blogerzy powinni sami z siebie przestrzegać porządku prawnego i etycznego, który dotyczy dziennikarzy właśnie. Tak widziałbym rozwiązanie kwestii, o którą pyta Piąta Władza. Pytanie, które należy sobie zadać, nie powinno brzmieć "czy jeśli w sobotę poprę w swoim blogu którąś z partii, albo któregoś z kandydatów, to złamię w ten sposób ciszę wyborczą czy nie?". Wystarczy zapytać siebie o to, jak postąpiłby w danej sytuacji dziennikarz, zgodnie z obowiązującym go prawem i etyką zawodową. Myślę zresztą, że etyka jest tutaj kluczowa. Tam, gdzie prawo nie sięga, właśnie ona zawsze pozostaje pomocna.
.

2006/11/04

Internet w roku 2020 - perspektywy, obawy

Pod koniec września opublikowany został drugi raport Pew Internet & American Life Project dotyczący przyszłości internetu. W badaniu brało udział 742 respondentów zajmujących się profesjonalnie Siecią (informatycy, naukowcy, hakerzy, pionierzy-twórcy sieci komputerowych, kadra zarządzająca głównych firm z Doliny Krzemowej itp.). Ekspertom przedstawiono siedem scenariuszy potencjalnej przyszłości internetu w roku 2020, prosząc ich następnie o komentarze i własne opinie. Wnioski są ciekawe, warto ściągnąć i przeczytać cały raport z badania (PDF).

Specyfika badania daje jednak szansę na samodzielne zmierzenie się z wizjami Sieci za lat 14. Wydaje mi się to na tyle stymulujące, że warto o tej hipotetycznej przyszłości wspólnie podebatować. Przybliżę kilka z siedmiu scenariuszy, które uznaję za najważniejsze, spróbuję się też do nich wyrywkowo odnieść. I czekam na opinie Czytelników. Pew Internet & American Life Project snuje przed respondentami m.in. następujące wizje roku 2020:

  1. Doskonały rozwój taniej globalnej sieci komputerowej - w 2020 roku świetnie funkcjonuje bezprzewodowa globalna sieć, cechująca się bardzo niskimi kosztami eksploatacji, także dla końcowego użytkownika;
  2. Autonomiczność technologii staje się problemem - rozwój technologii sprawi, że w roku 2020 ludzie jeszcze bardziej uzależnią się od maszyn, cedując na nie wiele obowiązków, w tym w kluczowych systemach nadzoru, bezpieczeństwa i śledzenia. Utrata kontroli nad technologią przyniesie nowe, nieznane dotąd zagrożenia;
  3. Luddyci, technoabnegaci (refuseniks) i przemoc - do roku 2020 powstaną nowe formacje społeczne złożone z osób nie nadążających za rozwojem technologii informacyjnych i komunikacyjnych. Znaczna część z nich wyprze się postępu z własnej woli, formując kontrkulturę technologicznej abnegacji. Niektórzy przedstawiciele tego nurtu będą skłonni sięgać po przemoc jako sposób zamanifestowania antytechnologizmu.

Problem pierwszy wydaje mi się ciekawy choćby w kontekście niedawnej zapowiedzi p.o. prezydenta Warszawy Kazimierza Marcinkiewicza: Warszawa już teraz, zaraz, ma mieć swój darmowy internet. Jeżeli nawet potraktować to w kategorii kiełbasy wyborczej, warto pamiętać, że mamy dopiero rok 2006. Wizje Pew Internet dotyczą świata za lat 14. Technologicznie tani, albo wręcz darmowy dostęp do Sieci (pytanie jakiej jakości ten dostęp...) nie jest problemem, problemem są - podkreślali to niektórzy respondenci - relacje na styku interesu władzy, interesu społecznego i interesu podmiotów komercyjnych. Jeżeli spojrzeć z perspektywy globalnej, trzeba pamiętać, że wiele rządów będzie zainteresowanych utrzymaniem albo zwiększeniem kontroli nad informacją dostępną w Sieci. Opór mogą również stawiać gracze komercyjni - nie trzeba sięgać do przykładów zamorskich, spójrzmy jakie "wrażenie" robią na TP S.A. kolejne wielomilionowe kary UOKiK-u. Tego typu firmy to także lobbying. Miejmy nadzieję, że ostatecznie nie on przeważy. Historia alternatywnych modeli biznesowych wykształconych w epoce pre- i internetowej (Free Software, Open Source, Linux, ale także - a może przede wszystkim - Google i firmy jej podobne) naprawdę dobrze rokuje.

Z drugiej strony patrząc, pozostaje potężny problem cyfrowego wykluczenia (digital divide). Nawet jeżeli bezprzewodowa sieć będzie wkrótce opinać cały glob, czy naprawdę wszyscy będą w stanie z niej korzystać? Czy do tego czasu rozprawimy się ostatecznie z globalnym ubóstwem, aby najważniejszym zmartwieniem stał się dostęp do Sieci? To zasadnicza wątpliwość, z którą też się zgadzam. W tym konkretnym scenariuszu przygotowanym przez Pew Internet przebija według mnie "zaabsorbowanie sobą", któremu często ulegają przedstawiciele cywilizacji zachodniej. Nasz pryzmat i nasze problemy. Jonathan Zittrain z Oxfordu słusznie zauważa, że nawet w dobie globalnego dostępu do Sieci najprawdopodobniej mówilibyśmy o 20% populacji dysponującej 80% zasobów. A to rodziłoby w dalszej perspektywie analogiczne problemy do tych, które znamy dzisiaj z globalnej makroekonomii.

Wizja druga na dobrą sprawę wcale nie jest bliska wizjom z "Matriksa", "Terminatora" czy "Ja, robot". Nie chodzi o literalne uciemiężenie ludzi przez maszyny, nawet jeśli w popkulturze lęk przed technologią zdumiewająco często przybiera właśnie taką formę. Punkt ciężkości leży według mnie na tym, co Andy Clark nazywa przezroczystością technologii (technological transparency). Czy w swojej naturze nie mamy owego "genu lenistwa", który z jednej strony był bodźcem rozwoju cywilizacyjnego, a z drugiej jest dla tej cywilizacji zagrożeniem...? W ludzkiej naturze leży ułatwianie sobie życia, w czym wydatnie pomaga nam technologia. Dążenie do jej ulepszania jest więc w pewnym sensie naturalne. Potencjalne niebezpieczeństwo zaczyna się wtedy, gdy niektóre urządzenia oferują tak doskonałe działanie "w tle", że z wolna tracimy poczucie ich obecności. Boleśnie doświadczamy tej symbiozy dopiero wtedy, gdy maszyna zawodzi - i to dzieje się także dzisiaj. Frustracja po awarii karty SIM, oznaczającej utratę wszystkich danych adresowych (kto by dzisiaj znał na pamięć dziesiątki numerów do znajomych?). Frustracja, gdy nagle, nawet na chwilę, zostaniemy odcięci od dostępu do internetu i nie mamy go hic et nunc. Kiedy myślę o Sieci roku 2020 obawiam się o skalę takiej frustracji. Mam również wrażenie, że rozwój technologiczny tzw. Zachodu (do którego wypada wliczyć także Australię) oraz Wschodniej, wysoce usieciowionej Azji, raczej przyczyni się do pogłębienia międzynarodowych konfliktów wartości.

Wyobraźmy sobie teraz uzależnienie od technologii w szerszej skali. Delegowanie obowiązków na maszyny, w tym szczególnie na maszyny skomputeryzowane i zinternetyzowane, jest problemem równie poważnym w skali makro. Nie chodzi o ryzyko utraty kontroli nad tymi urządzeniami przez gatunek ludzki - ewentualna samoświadomość maszyn ciągle jest pieśnią dalszej przyszłości - ale o utratę kontroli przez organy, które powinny ją sprawować. Jeżeli w przyszłości maszyny miałyby przejąć opiekę nad złożonymi systemami bezpieczeństwa czy nadzoru, zwłaszcza w Sieci, ciągle będą wymagać ludzkiej kontroli i "konserwacji". Analogicznie, nadal będą narażone na ataki z zewnątrz. Zapewne znacznie poważniejsze niż dziś, o co boi się wielu ekspertów. Mówiąc o atakach zdolnych sparaliżować całe systemy (frustracja jednostek! Co z gospodarką?) warto postawić pytanie o poziom wiedzy decydentów - obecny i przyszły. Na jakie wsparcie decyzyjne i legislacyjne (!) eksperci mogą liczyć dziś? Czy rokowania na jutro są na pewno lepsze? Czy knowledge gap między ekspertami a decydentami nie wzrośnie?

Kwestia trzecia dotyka moim zdaniem problemu znacznie poważniejszego niż nowe grupy społeczne, które zrezygnują z korzystania z nowych technologii. Cała wizja wydaje mi się bardzo prawdopodobna, przy czym faktycznie technoabnegaci społeczeństw zachodnich zapewne podzielą się na biernych i aktywnych. Bierni technoabnegaci odrzucą technologię, oczekując, że bez niej będą żyć w spokoju ducha. To także odrzucenie szumu informacyjnego w szerszym jego rozumieniu. Nie zdziwi mnie, jeżeli taki ruch kontrkulturowy będzie nawiązywać do ruchu hipisowskiego. Technoabnegaci aktywni będą głosić silniej zideologizowany sprzeciw wobec technologii (technosceptycyzm), być może - jak zauważa Benjamin Ben-Baruch - także w zakresie poczucia utraty wolności, prywatności i autonomii. Może to tutaj narodzą się nowe formy obywatelskiego nieposłuszeństwa.

Miejscami ruch technoabnegacji będzie zapewne przesiąkać technofobią, prawdopodobnie prowadząc do aktów terroru, tak offline jak online. Podkreślę, że i to wydaje mi się prawdopodobne. Nawiasem mówiąc, sądzę, że działalność crackerów w którymś momencie zostanie prawnie uznana nie tylko za przestępstwo, ale i - w stosownym zakresie - za terroryzm. Wątpię jednak, by legislacja wyprzedziła dramatyczne wydarzenia. To raczej one (powód: knowledge gap) staną się bodźcem do podjęcia zmian w prawie.

Uważam jednak, że problem napięć wokół postępu i nowych technologii może być w dużym stopniu zlokalizowany na zewnątrz społeczeństw zachodnich, a nie wewnątrz nich - jak de facto usytuowali go badacze z Pew Internet. Być może najistotniejsi nie będą luddyci tacy jak Ted Kaczynski (link do manifestu Unabombera), ale technoabnegackie ruchy ideologiczne z państw rozwijających się? Wracamy do zagadnień digital divide. Wracamy do konfliktu wartości, także religijnych, który już dziś jest na świecie bardzo mocno odczuwalny. Warto przy tym zauważyć znaczącą różnicę między terroryzmem offline i online. Ten pierwszy, choćby był w proteście przeciwko postępowi informatycznemu, nie musi oznaczać korzystania z jego dobrodziejstw. Aby jednak zorganizować atak online, trzeba doskonale poznać system, który się zwalcza... co prowadzi nas z powrotem do luddytów.

Na te tematy można pisać i pisać. Z punktu drugiego i trzeciego można np. wydobyć rozważania nad przyszłością prywatności (w raporcie Pew Internet - osobna kwestia). Na razie wystarczy. Zapraszam do wyrażania własnych opinii w kontekście scenariuszy badania, zarówno trzech przytoczonych, jak i czterech pozostałych.
.

2006/11/03

Sto milionów hostów, nie stron WWW

Kolejne badania Netcrafta, listopad 2006: na świecie jest 101,435,253 hostów internetowych. No właśnie - hostów, czy po prostu stron WWW? Media, jak np. Gazeta, piszą (edit: informację skorygowano) przecież o witrynach internetowych. Zaintrygowało mnie to również dlatego, że zdaniem The Blog Herald już rok temu (październik 2005 r.) na świecie było 100 milionów... samych blogów.

Nie jest to liczba w pełni wiarygodna, bo zlicza autodeklaracje serwisów hostujących blogi, które to serwisy mogą łgać ile wlezie. Prywatnie nie uważam, by było to nagminne, w przeciwieństwie do nagminnego zliczania blogów porzuconych i/lub prowadzonych bardzo krótko. Z drugiej strony - niechby nawet liczba była dwukrotnie przesadzona: 50 mln blogów w 100 milionach stron internetowych to ciągle bomba i fenomen głośny na cały świat. Gdyby oczywiście realnie istniało 100 mln witryn - a istnieje znacznie więcej.

Wracając do Netcrafta: dziennikarze się pomylili. Chodzi o hosty. Przyznaję, że z liczbą faktycznie trudno jest dojść do ładu. Na stronie Netcrafta używa się kilku pojęć, które nie są równoznaczne. Cytując badanie: "there are now more than 100 million web sites on the Internet". Czyli stron. Z drugiej strony na wykresie mamy wyrażenie "Total Sites Across All Domains August 1995 - November 2006", a niebieskiej, interesującej nas linii tegoż wykresu odpowiada słowo "hostnames". Czyli hosty. Wraz z tonidem trochę się głowiliśmy, o co dokładnie chodzi - czy przebadane zostały strony, domeny, domeny z subdomenami czy jeszcze coś innego. Netcraft nie pomaga. Dalsze wykresy na jego stronie zdają się jednak potwierdzać, że chodzi o hosty. Czyli sto milionów hostów, nie stron. Strasznie to pokomplikowane, ale jednak ważne.

Edit popołudniowy: zaleta nowych technologii - możliwość weryfikacji i zmieniania treści w locie. Powołałem się na artykuł z portalu Gazeta.pl (a pisany przez dziennikarza "Internet Standard"), a w międzyczasie informację poprawiono.
.

2006/11/01

Historia komputera w reklamie

Nawet błyskotliwa konsekwencja kampanii Apple'a (por. Make The Switch albo ostatnia, Get a Mac) nie zmieniła faktu, że telewizja to przeciętny nośnik dla reklam komputerów. Historia tych reklam jest jednak całkiem imponująca i sięga początków lat 80., kiedy w eterze zachwalano sprzęt starszy od Commodore 64. Krótką historię reklamy komputerów osobistych przedstawia na blogu Harry McCracken, redaktor naczelny PC World. Warto zauważyć, że takie wpisy - oparte o umiarkowanie krótkie wyszukiwanie - umożliwia popularyzacja i wszechobecność technologii "w stylu" YouTube. Rok, dwa lata temu ta sama notka byłby zwykłym zestawieniem.