error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2007/03/28

Wiele na raz, niekoniecznie dobrze

Nieco ponad rok temu "Time" opublikował ciekawy artykuł o Generacji M(obile) i multitaskingu. O negatywnej stronie tegoż. W tekście powoływano się na opinie kilku naukowców, a ja sam wspominałem o sprawie na blogu. Teraz mam pretekst, by wrócić do tematu - ukazał się kolejny tekst o multitaskingu. 25 marca, "The New York Times" - "Slow Down, Brave Multitasker, and Don't Read This in Traffic". Tekst tutaj, za chwilę pewnie w archiwum, fragmenty zatem przytoczę.

"Several research reports, both recently published and not yet published, provide evidence of the limits of multitasking. The findings, according to neuroscientists, psychologists and management professors, suggest that many people would be wise to curb their multitasking behavior when working in an office, studying or driving a car."

Autor cytuje badaczy z University of Michigan, Vanderbilt University, Oxfordu, University of Illinois, MIT. Dla mnie najciekawszy jest chyba ten wątek (z badania oksfordzkiego):

"A group of 18- to 21-year-olds and a group of 35- to 39-year-olds were given 90 seconds to translate images into numbers, using a simple code.

The younger group did 10 percent better when not interrupted. But when both groups were interrupted by a phone call, a cellphone short-text message or an instant message, the older group matched the younger group in speed and accuracy."

Zastanawiające, jeżeli chcieć trzymać się dominującego, weryfikowalnego w tak wielu zakresach poglądu, który przypisuje młodości lepsze zdolności adaptacyjne. Fińskie nastolatki Rheingolda z ich komórkowym "przedłużeniem dłoni", czy 17-letnie ekspertki Alexandra Barda, od których mielibyśmy uczyć się trendów w nowoczesnych technologiach - co z nimi?

"In a recent study, a group of Microsoft
workers took, on average, 15 minutes to return to serious mental tasks, like writing reports or computer code, after responding to incoming e-mail or instant messages. They strayed off to reply to other messages or browse news, sports or entertainment Web sites."

...nie brzmi aby znajomo (badania z uniwersytetu stanowego w Illinois)?

Z drugiej jednak strony (MIT):

"The researchers scrutinized the work at an unnamed executive recruiting firm, including projects and 125,000 e-mail messages. They also examined the firm revenues, people’s compensation and the use of information technology by the recruiters. (...) The recruiters who were the heaviest users of e-mail and the firm’s specialized database were the most productive in completing projects. (...) But the paper also found that 'beyond an optimum, more multitasking is associated with declining project completion rates and revenue generation'."

Konkluzja artykułu:

"Further research could help create clever technology, like sensors or smart software that workers could instruct with their preferences and priorities to serve as a high-tech


...bo od multitaskingu od pewnego momentu uciec się przecież nie da. Oby tylko te nianie nie były dla nas niczym "elektroniczne babcie" z pewnego kultowego czechosłowackiego horroru S-F... ;)
.

2007/03/26

YouTube jako Depozytorium Ważnych Treści

W nie tak dawnej "Polityce" (numeru nie pamiętam) oraz na blogu Mirek Filiciak pisał o fenomenie wymiany plików przez P2P, związanym zwłaszcza z dystrybuowaniem najnowszych odcinków seriali w kilkanaście godzin po ich premierze w stacjach (zazwyczaj) amerykańskich. Podobnie, acz na mniejszą skalę, jest np. ze świeżo rozegranymi meczami i innymi wydarzeniami sportowymi lub kulturalnymi. Dla takiej wymiany informacji, oprócz P2P, nieoceniony jest także i YouTube. Chodzi tu o dostęp do treści bardziej z kategorii "news" niż "entertainment", przynajmniej w takim sensie, że prymat ma szybkość, a nie jakość: standardowo, zamiast całego wydarzenia, przez Tubę obejrzymy jego najważniejsze wątki.

Wczoraj z satysfakcją odnotowałem, że Polacy tak jak Amerykanie wiernie raportują via YouTube - nie posiadam telewizora, a chciałem obejrzeć kawałek triumfu Małysza. Na iTVP niestety nic, z kolei Gazeta.pl zaoferowała mi tylko zwycięski skok, natomiast YouTube pozwolił na dostęp do znacznie bardziej obszernych treści. Wywiady, dziesięciominutowa ceremonia wręczenia Kryształowej Kuli, itp. w ciągu kilku godzin od samego zdarzenia.

Nie fascynuje mnie oczywiście sam fakt, że YT ma pewnych treści więcej i że może mieć je szybciej. Trudno porównywać dwie platformy, z których jedna obraca się w systemie prawno-licencyjnym, a druga ma tego typu restrykcji znacznie mniej, przynajmniej na razie. Wydaje mi się, że gdyby wspomniana Gazeta.pl mogła (z powodów finansowych i prawnych), to zafundowałaby nam i szybciej, i więcej takich wideotreści. O TVP nie wspominam, bo po niej niełatwo oczekiwać skwapliwego skorzystania z posiadanego potencjału.

Tak czy siak, przyszłość jest pewnie w transmisjach (i zarchiwizowanych "paczkach") dostępnych poprzez portale i strony telewizji (może coś zmieni TVN24.pl?). Dziś dla widza więcej ma do zaoferowania YouTube oraz, w mniejszym stopniu, jego polskie klony. Mnie najbardziej cieszy właśnie ten polski wątek; w ciągu kilku godzin od transmisji na YT pojawiło sie kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt filmików z zapisem 38. zwycięstwa naszego mistrza. Polak zatem nie tylko potrafi, ale z tej kompetencji korzysta i nie odstaje od takich na przykład Amerykanów.

Oglądając łzy Małysza uświadomiłem sobie, że pośród wielu funkcji pełnionych przez YouTube jest być może i taka, która czyni z niego Depozytorium Ważnych Treści. Nie chodzi mi o walkę polityczną i wątki dysydenckie (vide np. filipińscy lewicowcy protestujący przez YT przeciwko dyskryminacji), a raczej o neutralne ideologicznie (!) wątki, które są ważne dla małych społeczności (np. studniówki, o których pisałem niedawno), albo dla całych społeczeństw (np. Małysz) - i znajdują utrwalenie na YouTube. Może warto rozważyć, czy serwisy tego typu nie są nową platformą pamięci zbiorowej? YouTube jako lieu de memoire Pierre'a Nory?
.

2007/03/20

Szara strefa dziennikarstwa wg D. Rathera

Przez Blog Herald dotarłem do wywiadu z Danem Ratherem - amerykańskim dziennikarzem telewizyjnym, którego blogerzy przyłapali na korzystaniu z fałszywki podczas kampanii prezydenckiej w USA. Rather nie miał najprawdopodobniej złych intencji, ale nie dochował należytej staranności. I z tego właśnie zrobiła się Rathergate - pierwsza naprawdę duża sprawa, w której blogerzy mieli bezpośredni, kontrolny wpływ na tradycyjnie pojmowaną czwartą władzę.

W trzy lata po wydarzeniach, które zakończyły 23-letnią karierę Rathera w CBS, dziennikarz wypowiada się na temat blogów. Są to wypowiedzi ciekawe nie tylko dlatego, że padł on ofiarą blogerskiej dociekliwości. Przede wszystkim warto Rathera posłuchać, bo nie jest to nie plagiatujący podlotek Eliza Michalik (jeżeli ktoś miał to skojarzenie, proszę się go wyzbyć), ale autentyczna legenda dziennikarstwa zza oceanu.

Jak zatem Rather widzi relacje blogerów i dziennikarzy?

"Anybody who blogs, who does real reporting, which is to say, make telephone calls, go interview people, go talk to people, in a spirit of independence…and (tries) to do journalism with integrity, I would consider a journalist."

Najciekawszy wątek dotyczy jednak tego, co Rather nazywa "szarą strefą" dziennikarstwa.

"Of course there are an increasing number of bloggers now who by any definition are reporters, or journalists. There are some others who in my opinion would fit into a gray area. They may do good reporting, but they mix in their own opinion, their own point of view, without clearly signifying the difference. Now that’s not a kind of journalism that I practice. It’s not one that I’m going to damn either."

Mieszanie opinii z prezentowaniem informacji, tak częste dla blogów, spycha je zatem - zdaniem Rathera - do dziennikarskiej "szarej strefy". Wydaje mi się, że Amerykanin ma trochę racji i warto tak to postrzegać (jeżeli mówimy o blogach, które w jakimś stopniu pretendują do miana informacyjnych, a nie stricte komentatorskich). Zamknąłbym to jednak smutną konkluzją, iż w obecnych czasach mieszanie opinii z informacją jest nagminne także w mediach zgoła tradycyjnych, jak na przykład dzienniki. Przynajmniej w Polsce. Czy aby zatem nie wyszarza się w ogóle samo dziennikarstwo?

2007/03/13

Polonezy na YouTube

Zapragnąłem przypomnieć sobie osławiony test, jaki Jeremy Clarkson przeprowadził na Polonezie z FSO. Spodziewałem się łatwo znaleźć na YouTube pliku z nagraniem (nie ma, jest tutaj), a tymczasem natrafiłem na coś zupełnie innego, co całkiem mnie zafrapowało :) Otóż na YT jest co najmniej kilkadziesiąt nagrań polonezów... tańczonych na studniówkach. Albo na próbach przed tym balem. Niektóre pliki mają nawet opisy sugerujące, że to nie tylko upubliczniona pamiątka dla zainteresowanych (mój ulubiony: "the traditional dance performed at studniówka"). Inne oczywiście skierowane są przede wszystkim do bezpośrednich uczestników rejestrowanych wydarzeń ("fragmenty poloneza ze studniówki 2007 1LO, nagrywane przez rodziców Marcina chyba sądząc po tym, kogo kamerzysta stara się uchwycić ;]"). Ot, taka ciekawostka.

Idąc tym prywatnym tropem dalej, postanowiłem spojrzeć, czy na YT jest wiele nagrań z pogrzebów. Niewiele i do tego głównie pogrzeb Papieża. Jest natomiast sporo polskich ślubów. Co ciekawe, tutaj opisy są zazwyczaj obszerne, zazwyczaj angielszczyzną (dobrą), przeznaczone dla osób trzecich. Chwalimy się przez Tubę studniówkami, chwalimy się ślubami?
.

2007/03/09

Dwa lata

Dziś mijają dwa lata od dnia, w którym założyłem error300: multiple choices. W tym czasie powstało tutaj niemal dwieście wpisów. Druga rocznica zostanie być może uczczona zmianą layoutu, czas pokaże. Od początku nie wygląd był tu istotny; częstotliwość pojawiania się wpisów, wybaczcie, także niekoniecznie... Za zaglądanie, czytanie i komentowanie wszystkim oczywiście dziękuję!

Rok temu w podsumowaniu napisałem coś, co i dziś wydaje mi się zasadne, zatem tę wypowiedź przytoczę:

"Pewną skazą blogów jest to, że żywotność przekazywanych w nich informacji przypomina publikowanie w dziennikach. Świeża wiadomość z dzisiaj jutro jest już czerstwa, że posłużę się bezpośrednim, ale obrazowym tłumaczeniem z angielskiego. Mam wrażenie, że tak samo jest z wpisami na blogach: to, co było miesiąc temu, jest oczywiście w archiwum, ale większość osób nie uzna za stosowne/wartościowe/warte uwagi zaglądanie do tegoż."

Starsze wpisy można oczywiście wyeksponować, zastanowię się nad umieszczeniem pewnego cream of the crop w menu, w okolicach archiwum. Jeszcze nie jestem do tego pomysłu ostatecznie przekonany. Robiąc podsumowanie roku na blogu, pozwolę sobie jednak przytoczyć parę wpisów - takich, które wydają mi się ważne. I tak np. pisałem swego czasu o dwóch światopoglądach w kontekście internetu (luka światopoglądowa, zdaje się, jest od tamtego czasu w mediach nieco mniejsza); o blogerskim do ut des; o wyszukiwarkach traktowanych jak wyrocznie; o wojnie, jaką Interia wydała prawom marketingu; o dobrej woli, jaką blogerzy powinni wykazywać w kontekście ciszy wyborczej; wreszcie o nieszczęsnym "bloggowaniu".

Czasami relacjonuję także prace innych, które w moim przekonaniu warto czytelnikom przybliżyć pomimo, że Szanowni Wspomniani mogliby w danym temacie podrążyć sami. Jedno zresztą nigdy drugiemu nie przeczy, a w takich właśnie wpisach ujawnia się konwencja edukacyjna, która snuje się wokół error300.org od samego początku... Spośród wpisów z tej kategorii szczególnie bliskie mi są rozważania nad internetem w 2020 roku oraz zanikiem dziennikarstwa.

Wpis niniejszy jest wyjątkowo ksobny jak na blog tematyczny. To jednak tutaj rzadkość i niech rzadkością pozostanie. Kończę, raz jeszcze dziękując za odwiedziny - szczególnie te powtarzane.
.

2007/03/08

Jean Baudrillard

Zmarł Jean Baudrillard, a ja uznałem, że choćby symbolicznie warto o tym wspomnieć. Rozpisywać się nie będę, inni stosownie tę postać przywołali. Trzy odnośniki w związku z tym. Dla nieortodoksów krótko o tym, kim był Baudrillard. O tym samym pisze także Mirek Filiciak.

Dla osób bliżej zainteresowanych myślą Baudrillarda przeznaczony jest natomiast wpis Lisy Galarneau, współautorki Terra Novy - bloga kolektywnego o ludologii. Jest co poczytać, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę odnośniki tematyczne zaproponowane w tekście.
.

"Przekrój" w Second Life

W dzisiejszym, świeżutkim "Przekroju" znajdziemy informację o tym, że redakcja otworzyła swoje biuro w świecie Second Life. Przepisuję z papieru: w najbliższą niedzielę, 11 marca o godz. 18 odbędzie się spotkanie z redaktorem naczelnym i dziennikarzami. Oczywiście w wirtualu (do SL to sformułowanie dobrze pasuje).

Jak trafić do biura "Przekroju"? Znajdźcie mały domek w regionie Manifest. W wyszukiwarce miejsc SL wystarczy wpisać nazwę tygodnika. Ponoć "czekają niespodzianki".

Malkontenci powiedzą, że biuro polskiego tygodnika w SL to nic takiego. Z perspektywy globalnej innowacja to to nie jest, fakt. Jeżeli jednak popatrzymy na to zdarzenie z perspektywy właściwej, czyli krajowej, myślę, że rzecz jest warta wpisu. I delikatnych braw kierowanych w stronę redakcji.
.

2007/03/05

Eklund: bloger, który został "ekspertem"

Bloger ukrywający się pod pseudonimem Eklund nie ma zbyt wiele wspólnego z Sigge Eklundem, wspomnianym w poprzednim wpisie. Nie łączą ich narodowość ani zainteresowania. Bloger o którym piszę teraz, jest czterdziestoparoletnim Amerykaninem. W ciągu niespełna dwóch lat zrobił sporą karierę medialną bazując na spekulacjach i, najprawdopodobniej, konfabulacjach. Daniem firmowym Eklunda jest rażąco niska skuteczność. Mimo to człowiek ten stał się ostatnio ekspertem ogólnokrajowej kanadyjskiej telewizji. I właśnie dlatego jego kariera warta jest wpisu.

Eklund to skrzętnie chroniący swoją prawdziwą tożsamość bloger specjalizujący się w przekazywaniu czytelnikom wiadomości z zakresu National Hockey League (NHL), a konkretnie - wszelkiej maści plotek transferowych dotyczących graczy, klubów i trenerów. W Kanadzie, a w mniejszym stopniu także w Stanach Zjednoczonych, ludzie bardzo kochają ten sport. Informacje, jakoby Edmonton Oilers rozważali transfer Ryana Smytha (ikony klubu), a Detroit Red Wings byli zainteresowani pozyskaniem Todda Bertuzziego naprawdę wzbudzają emocje. Na plotki tego typu jest popyt, a niemało z nich się sprawdza. O ile oczywiście publikują je wiarygodne źródła.

Wiarygodnym źródłem jest np. The Fourth Period, który zbiera, selekcjonuje i publikuje plotki w oparciu o informacje prasowe z 30 północnoamerykańskich miast (odpowiednik 30 klubów NHL). Wzmiankowany TFP stara się pokazywać, skąd czerpie wiedzę - w minimalnym zakresie jest to tytuł prasowy, z którego czerpana jest informacja. Innymi słowy dziennikarz i jego kontakty w klubie. Plotki z TFP gwarantują, że coś jest na rzeczy - że menedżerowie rozmawiają, a nazwisko zawodnika X jest pośród tych dostępnych do pozyskania.

Niewiarygodnym źródłem jest Eklund. Jego "wtyczki" - zupełnie jak u likwidatora WSI - zawsze pozostają anonimowe i enigmatyczne, a eklundowe plotki niemal zawsze pozostają fikcją. "Niemal" to dyplomatyczne słowo, bo od 2005 roku Eklund trafił dosłownie 2-3 razy i bodajże jeden jedyny raz uprzedził wszystkie inne źródła ze swoją (prawdziwą) informacją. Sęk w tym, że każdy sezon NHL to z grubsza pięćdziesiąt, sześćdziesiąt transferów. Przemnóżmy to, upraszczając, przez dwa (sezony, które śledzi nasz bohater). Druga zmienna: na każdy realny transfer, także ten nietrafiony przez Eklunda, przypadają dziesiątki nietrafionych plotek i dywagacji, które generuje. Innymi słowy, zasypuje on czytelników setkami informacji, które nie mają potem żadnego przełożenia na rzeczywistość.

(Uwiarygodnienie pojawia się u Eklunda w postaci obwieszczania na blogu informacji post factum - czyli np. już ogłoszonego transferu, o którym od pewnego czasu huczą północnoamerykańskie stacje radiowe oraz najważniejsze internetowe serwisy hokejowe, a którego to ruchu Eklund wcześniej nawet nie sugerował...).

Eklund jest zatem źródłem niewiarygodnym, a dodatkowo konsekwentnie rezygnuje z budowania... wiarygodności. Jak wspomniałem, skrzętnie dba bowiem o pozostanie anonimowym. A jednak za wszystkie swoje bzdury Eklund każe sobie płacić. I znajduje nabywców. To samo w sobie nie dziwi mnie specjalnie, mało tego, daje się wpisać w konwencję gry albo przedstawienia. Eklund jest trochę jak iluzjonista, tylko pozornie przeżynający asystentkę na pół; my, widzowie, o oszustwie doskonale wiemy, ale mamy z niego frajdę i jesteśmy za nią skłonni zapłacić, bo konwencja prawdy-kłamstwa zostaje zawieszona. Tak widzę to w przypadku części eklundowych klientów. Tych, którzy Eklundowi wierzą i płacą mu za domniemaną prawdę i uczciwość - tych jest mi żal.

Eklund zrobił karierę od zera do bohatera: start na ogólnodostępnej platformie (Blogger, oto dawna strona), rozwinięcie działalności w postaci serwisu internetowego (blog Eklunda, forum, blogi towarzyszące) z abonamentem za dostęp do niektórych treści (część forum, czat, podcasty, generalizując usługi real time), wreszcie meta w postaci zaproszenia do ogólnokrajowej telewizji. Eklund został ekspertem Sportsnet TV podczas dwudniowej, gorącej transmisji związanej z zamknięciem okna transferowego w NHL. W pewnym sensie dołączył do elity.

(Dla niewtajemniczonych: trade deadline to dwa dni, w ciągu których rokrocznie zawieranych jest kilkadziesiąt transakcji. Potem, do końca sezonu, żadnych transferów robić już nie wolno, więc silne drużyny zbroją się po zęby w walce o Puchar Stanleya).

Dopiero ten wątek jest fascynujący - acz i gorzki zarazem. Eklund w telewizji pośród dziennikarzy, którzy na swoją pozycję pracowali latami, czasami na lodowisku (jak Nick Kypreos), czasami po prostu rzetelną dziennikarską pracą. Między nimi Eklund, człowiek bez twarzy, nawet w telewizji rozgrywający tę samą grę (siedział w cieniu i ukrywał twarz). Tę tajemniczość bezkrytycznie podchwycili i inni, np. telewizja NESN, która przeprowadziła z Eklundem taki oto wywiad:



Eklund doskonale umie rozgrywać swoją grę. Dziwi natomiast, jak łatwo odbywa się to kosztem instytucji. J.J. Guerrero, współsympatyk Vancouver Canucks, miał okazję oglądać na bieżąco relację Sportsnetu z ostatnich ośmiu godzin trade deadline. Głównie przełączał się jednak na inną kanadyjską telewizję - TSN. Jego przykładowe uwagi:

  • telewizja Sportsnet, podpierając się Eklundem, wykładała widzom, że weteran Gary Roberts trafi do Toronto Maple Leafs. W czasie, gdy trwały te przekonywania, konkurencyjna TSN rozmawiała już z agentem Robertsa, który potwierdził transfer do... Pittsburgh Penguins;
  • kiedy Martin Biron mówił TSN o swoim transferze do Filadelfii, na Sportsnecie przekonywano, że najprawdopodobniej trafi na Florydę;
  • Eklund i Sportsnet przekonywali, że Edmonton Oilers i Ryan Smyth porozumieli się, a gracz przedłużył kontrakt z klubem. W tym samym czasie Bob McKenzie z TSN raportował już o transferze Smytha do New York Islanders.

Transmisja Sportsnetu została bardzo surowo oceniona przez sympatyków hokeja. Wielu z nich po prostu ją wyśmiało. Wyśmiewano także Eklunda, który jednak na całym tym zamieszaniu chyba nie wyszedł najgorzej. Obecnie skupia się na pisaniu o "transferach, których nie było". Miały być, ale w ostatniej chwili zmieniono zdanie. Perfekcyjne, nieprawdaż?

* * *

Kariera Eklunda przypomina mi połączenie karier Dyzmy i Frytki z "Big Brothera". Eklund jak Dyzma, bo szarlatan. Eklund jak Frytka, bo nie ma nic (?) do powiedzenia, a ma popularność.

W Eklundzie ważne jest z jednej strony to, że rozpoczął od blogowania i wylądował jako ekspert w nie byle jakiej telewizji. Z drugiej zaś, że tak, jak Salam Pax zdobył popularność mimo blogowania bez ujawniania swojej prawdziwej tożsamości, co ciągle pozostaje całkiem wyjątkowe. (Oczywiście Pax musiał działać w zupełnie innych warunkach niż Eklund, a ujawnienie się mogłoby zagrażać jego zdrowiu i życiu. Eklund zdobył popularność i trafił do głównego nurtu w cieplarnianych warunkach, jednak fakt pozostaje faktem).

Można się także zastanawiać, dlaczego telewizja Sportsnet postanowiła konsekwentnie grać na warunkach Eklunda, płacąc za to własną reputacją. Uległa czarowi szarlatana, czy może postanowiła udostępnić masom przedstawienie iluzjonisty? I czy jest zadowolona z efektu?