error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2007/07/30

Poznaj drapieżną Lucy

Jedna randka z Lucy nie wystarczy, trzeba się nieźle starać, aby coś z tego było. Z nią nie ma żartów - czasem zmusza do cierpliwości, gdy czekamy tam, gdzie miała być, a jej już nie ma. Czasem jest, ale w jej towarzystwie robi się niebezpiecznie. Z każdym spotkaniem dowiadujemy się o Lucy coraz więcej i więcej.

Lucy jest samicą żarłacza białego.

Do interaktywnej gry Discovery Channel nazwanej "Sharkrunners" dotarłem przez Smart Mobs. Zakładamy konto, kompletujemy wirtualną załogę wirtualnej łodzi i wypływamy z kalifornijskiej bazy badać zagrożone, cieszące się złą sławą "rekiny ludojady". Szukanie żarłaczy nie jest łatwe, a badanie bez odpowiedniego sprzętu może być bardzo groźne dla wynajętej załogi. Na sprzęt - ten bardziej wyszukany, pozwalający prowadzić lepsze obserwacje - trzeba zarobić. Tak samo jak na benzynę, by łódź mogła pływać. Funduszy będzie nam dostarczać jedna z organizacji chroniących rekiny, dla której zdecydujemy się pracować. Każdy kontakt z rekinem to szansa na zbadanie jego zachowań i poszerzenie wiedzy na jego temat.

(statek badawczy płynie na spotkanie z Lucy)

Gra toczy się w czasie rzeczywistym - wyznaczamy kurs, zamykamy okno gry, a ta powiadamia mailem lub SMSem (chyba tylko USA), kiedy łódź napotka rekina. Wyznaczony, ograniczony czas na reakcję (!) pozwala przeprowadzić badanie, zdobyć doświadczenie i pieniądze. I tak dalej. Z każdą chwilą dowiadujemy się więcej o śledzonych zwierzętach. Celem jest zdobycie przez gracza-kapitana możliwie dużej ilości informacji o żarłaczach białych i jak największych wirtualnych funduszy przeznaczonych na badanie tego zagrożonego gatunku.

Inicjatywa jest szczytna, a formuła gry bardzo ciekawa. Realnie chodzi oczywiście o to, aby gracze wynieśli z tego spotkania jak największy szacunek dla żarłaczy, w połączeniu z kiełkującą wiedzą na ich temat.

Przede wszystkim jednak "Sharkrunners" to nowa jakość, bo badane rekiny są żywe.

Ich lokalizacja w grze jest tożsama z aktualną lokalizacją w oceanie, dzięki nadajnikom GPS wykorzystanym przez prawdziwych badaczy (jak oni je wszczepiali, tego nie wiem). Mail o bliskim spotkaniu ze zwierzęciem oznacza, że kurs wirtualnej łodzi przeciął się właśnie z "kursem" obranym przez rzeczywistego rekina. Lucy jest jednym z co najmniej kilku zwierząt, z którymi możemy się zetknąć.

Świetny pomysł Discovery. Mówiąc żartem, twierdzenie "wirtualna randka nie kończy się konsumpcją" zyskało właśnie nowy wymiar. A mówiąc serio - rewelacyjny pomysł dydaktyczny. Jestem zachwycony!
.

2007/07/25

"Technologia" to ściąganie i wypalanie

Dzieci, młodzież i młodzi dorośli (8-24 lata) nie postrzegają już ponoć technologii okołokomputerowych jako czegoś autonomicznego, z czym obcowaliby na takich zasadach, jak np. ich dziadkowie lub ojcowie grzebiący przy silnikach motorów lub składający proste komplety "zrób to sam". Korzystanie z internetu (przewodowo, bezprzewodowo) i rozlicznego oprogramowania jest częścią codzienności, jest naturalne i normalne, o czym w kontekście badania raczej przypomina niż informuje "New York Times". Przedstawiciel firmy, która prowadziła badania, mówi, że technologie są już "organiczną częścią życia" przebadanych 18 tys. osób w podanym wieku, pochodzących z 16 państw świata (m.in. USA, Chiny, Japonia, Kanada, Meksyk, Wlk. Brytania).

Takie doniesienia nie są szczerze mówiąc specjalnie zaskakujące, stąd piszę o przypominaniu tematu przez NYT. Intuicyjnie czuło się to wszystko, moim zdaniem, od pewnego czasu. Badanie potwierdza zresztą wątki, o których pisał Howard Rheingold w "Smart Mobs". Dobrze jednak, że przeprowadzono projekt na tak dużą skalę. Ciekawy wydaje się w nim m.in. fragment, który dotyczy różnic między krajami, a które w formie hasłowej przedstawiono w artykule:

- "average Chinese computer user has 37 online friends they have never met, Indian youth are most likely to see cell phones as a status symbol, while one-in-three UK and U.S. teenagers say they cannot live without games consoles"
;
- "the key digital device for Japan's young is the cell phone because of the privacy and portability it offers those who live in small homes with limited privacy";
- "Japanese children aged eight to 14 have only one online friend they have not met, compared to a global average of five. Some 93 percent of Chinese computer users aged 8-14 have more than one friend online they have never met".

I jeszcze jedna rzecz, tym razem wspólna dla badanych: "terms most frequently used by the young when talking about technology related to accessing content for free, notably 'download' and 'burn' ".

Zawierzmy tym słowom... jakieś wnioski? Mnie nasuwałby się taki, że misja dawnych technoelit i hakerów chyba się w pewnym stopniu powiodła - młodzi kojarzą technologię z darmowym, nieskrępowanym dostępem do treści. Ciekawi mnie tylko, zapewne nie ujęty przez autorów, wątek stosunku do owych treści - czy młodzi uważają, że im się należy (roszczeniowość), czy też dostrzegają w internecie jakieś wspólne dobro, z którego korzystają. A może, skoro technologia i dostęp są takie oczywiste, nie ma już miejsca na refleksję? Jeżeli tak, to stara, dobra netykieta jeszcze nieraz się nam wszystkim przyda. Bezrefleksyjność jest według mnie wrogiem takich inicjatyw, jak open source czy creative commons. Aby je zrozumieć i docenić, trzeba mieć dobre etyczne podstawy; od tego, mówiąc górnolotnie, może zależeć przyszłość Sieci, to, w którą stronę skręci.

Drugi wątek: skojarzenie młodych, że technologia to ściąganie i wypalanie. Warto zastanowić się po raz wtóry, czy w szeroko pojętym biznesie lepsze jest wydatkowanie energii na hamowanie przemian, czy może na przewidzenie (dostrzeżenie?) ich kierunku i przystosowanie się - szczególnie, jeśli charakter tych przemian ujawnia się w badaniach. Oczywiście znajdą się i tacy, którzy uznają taki stan rzeczy za dowód moralnego upadku świata, a może nawet ingerencję szatanów.
.

2007/07/24

Koniec serwisów społecznościowych?

Marta Klimowicz nie jest pierwsza twierdząc na swoim bardzo dobrym blogu, że serwisy społecznościowe się przejadają. Jest ich w rodzimym internecie coraz więcej, zaczyna się robić nieco ciasno, a gdzie ciasno, tam nawet i nieprzyjemnie. Zdaniem Marty, "smutny koniec wisi w powietrzu". Oglądanie nowych tworów, jak choćby przywoływane przez nią Weblisko, faktycznie przyprawia o małe deja vu. Cofnijmy się o 7-8 lat - Arena, YoYo, Ahoj.pl... można odnieść wrażenie, że ludzie są bardzo uparci w powtarzaniu cudzych błędów. Albo tak głęboko wierzą w innowacyjność i powodzenie swojego projektu, że na przekór realiom rynku próbują wykroić z niego część dla siebie.

A jednak nie do końca się zgadzam z tym rychłym końcem. Serwisy społecznościowe jako takie mają się, jak sądzę, całkiem dobrze. Zdaje się, że tort jest już faktycznie podzielony - tylko, że to nie jest problem użytkowników, a tych twórców, którzy zbyt późno nabrali apetytu na kawałek smakowitego ciasta. I rzecz ważniejsza, którą niestety trudno ubrać w metaforę wypieku... Google. Rynek wyszukiwarek. Przecież wyszukiwarki działały przed Google'em, działały nie tak znowu krótko - a jednak Brin i Page przybyli, zobaczyli i skasowali całą resztę.

Czyli jednak innowacja: wymyśl coś, co przedefiniuje rynek. Bardzo trudne, w niektórych przypadkach trudne wręcz piekielnie, ale nie niemożliwe. Dlatego o smutnym końcu serwisów społecznościowych bym nie pisał, po pierwsze dlatego, że największe jednak chyba nie są w kryzysie, a po drugie dlatego, że nie znamy dnia ani godziny, w którym ktoś nas zaskoczy. (Przyznaję jednak, że w realną innowacyjność miast odtwórczości na rodzimym podwórku trudno wierzyć...).

Weblisko deklaruje w pewnym sensie chęć zadbania wspólnotę i samo to przysparza mu sympatii z mojej strony, aczkolwiek "lokalne społeczności" są tutaj traktowane bardzo szeroko a sam temat - dość niekonsekwetnie. Wspomnę jednak, że dobrze funkcjonujące społeczności lokalne to podstawa porządku świata dla wielu komunitarian/komunitarystów (np. moi ulubieni Michael J. Sandel, Alasdair MacIntyre), a przy tym wzmacnianie czy też odbudowywanie więzi w takich wspólnotach jest dobrym kierunkiem zmieniania rzeczywistości. Weblisko nie jest oczywiście rewolucyjne, potencjał wzmacniania wspólnot lokalnych jest w internecie od lat.

Mam zatem, mimo wszystko, odczucia podobne do odczuć Marty - jakoś nie wierzę w sukces tej inicjatywy. Nie dostrzegam w Weblisku owej burzącej porządek innowacyjności, która co prawda nie skazuje nikogo z góry na sukces, ale daje szansę na jego osiągnięcie, kiedy karty zostały już dawno rozdane.

Weblisko kieruje zresztą uwagę na 16 największych miast Polski. Czy nie nazbyt obszerna ta "lokalna społeczność"? Jak sądzę, internautów - jeżeli w ogóle - interesuje zupełnie inny wymiar lokalności. Wspólnoty, te węziej rozumiane i sprofilowane, w polskim internecie nie mają się najgorzej. Twórcy Webliska powinni na przykład rozważyć, jak przekonać do zmiany "adresu" aktywnych użytkowników ponad 300 for osiedli i wspólnot mieszkaniowych z całej Polski, umiejscowionych na Gazeta.pl, jak również użytkowników całkiem prywatnych for o podobnej tematyce. To wszystko żyje i działa, sprawiając, że w jakimś stopniu odtwarza się na co dzień eksperyment Netville Barry'ego Wellmana [PDF z artykułem o badaniu z jego strony], mam nadzieję, że z równie pozytywnymi skutkami.

Oczywiście te 300 forów w najmniejszym stopniu nie wyczerpuje tematu. Ludzi zainteresowanych swoją pozasieciową rzeczywistością lokalną jest bardzo wielu - ale nie jestem pewny, czy będą mieli motywację do przeniesienia się na nowe, niesprawdzone i chyba zbyt ogólne Weblisko. Czy przekona ich system "przyprowadź znajomych i zarób na tym" - nie sądzę. Kojarzy mi się, tak jak Marcie, z firmą Amway albo inną piramidą finansową.

Końca serwisów społecznościowych bym jeszcze nie obwieszczał, myślę nawet, że nie można jeszcze mówić o końcu formuły tych serwisów. Pomysłów, które wydają się nieadekwatne i pomylone, na pewno jeszcze trochę będzie, ale ciągle wierzę, że otrzymamy jakiś brylancik. Myślę tylko, czy w uszczęśliwianiu internautów nie potrzeba nieco mniej... egocentryzmu? Więcej dystansu? Może w wielu zakresach użytkownikom nie są wcale potrzebne do szczęścia Sieci 2.0, 2.01, 3.0 i 19.84, z ich wyższą funkcjonalnością? Więcej opcji to także więcej czasu wydatkowanego na ich poznawanie, a nie każdy żyje Siecią.

2007/07/19

Jak pościć medialnie i odpocząć

Niedawna wizyta w czytelni wydziałowej dała mi do myślenia. Bibliotek i czytelni zasadniczo nie lubię, bo czytając mażę i robię notatki na marginesach, a w cudzych książkach nie wypada. Gościem jestem zatem rzadkim, szczególnie czytelni, w których bywałem dobre 6-7 lat temu. Ostatnio miałem jednak okazję popracować nieco w jednej z nich - z dala od internetu, RSS-ów i licznych źródeł online, także naukowych. Z dala od przedłużeń zmysłowych, takich jak np. słownik angielskiego wywoływany przez zaznaczenie słowa i kliknięcie PPM, na co dzień bardzo przydatny (także w przypadku tekstu drukowanego, książkowego, bo komputerowy słownik obsługuje mi się szybciej niż opasłe tomisko z półki).

Okazało się, że bez tego instrumentarium pracuje się bardzo dobrze. Czytelnia - odkryta teraz na nowo po kilku latach - wyrwała mnie z codziennego, medialnego kontekstu, pozwalając doskonale pracować. Skupienie, mała ilość rozpraszających bodźców, dobra, efektywna praca. Niby oczywiste, niby łatwe do przewidzenia, a jednak nie do końca.

Powyższa refleksja nawiązuje do propozycji Zen Habits, którą uważam za wartą (małego, blogowego) nagłośnienia. Serwis ten proponuje post medialny - próbę powstrzymania się od korzystania z mediów (lub wybranego medium) przez dzień, dwa, tydzień. Ile kto może, na próbę. W założeniu ma on pomóc dostrzec przeładowanie informacyjne, przesyt, który sprawia, że tracimy codziennie sporo czasu, a przy okazji nierzadko także spokój ducha. Zresztą właśnie sspokój ducha, a nie czas, jest tu najistotniejszy.

Próba wygląda następująco: wybieramy medium (np. internet) i czas, przez jaki powstrzymamy się od korzystania z niego (np. doba); następnie planujemy zadania, które wykonamy w czasie tego postu. Istotne, aby zająć się czymś konkretnym, ważnym, a nie zastępczym rozpraszaczem, bo inaczej nie dostrzeżemy specjalnej różnicy - radzi Zen Habits.

Spodziewany efekt: uświadomienie sobie, jak bardzo się rozpraszamy przez natłok bodźców i informacji, jak mało pomocny może być na dobrą sprawę multitasking (pisałem już o nim na blogu kilka razy). Oraz to, że najprawdopodobniej bez rozpraszaczy, do których obecności przywykliśmy, zaplanowane zadania wykonamy znacznie szybciej. Co pozostawi nam wiele czasu wolnego dla nas samych, przekładając się na wyższy poziom szczęścia - mówiąc w pewnym uproszczeniu. Do takich właśnie z pozoru prostych i banalnych, ale wcale nieoczywistych odkryć, prowadzi powyższa propozycja.
.

2007/07/12

W kulturze keitai czytanie jest modne

Czytanie książek wraca do mody, co samo w sobie jest tematem nienowym, bo i cykl "Harry'ego Pottera" powoli dobiega końca, a niektórzy ów nawrót mody właśnie z nim utożsamiają. Podczas gdy Amerykanie zastanawiają się, czy książki naprawdę są w stanie konkurować u ichniej młodzieży z grami komputerowymi, a Polacy nieufnie podchodzą do e-książek, w Japonii nowym trendem jest czytanie książek za pośrednictwem telefonów komórkowych. "The Economist" przywołuje przykład autora - Mica Naitoh - którego książki przeznaczone dla keitai sprzedają się w setkach tysięcy egzemplarzy (tj. ściągnięć).

Proces jest wielowymiarowy: jak donosi "The Economist", jedna z najbardziej popularnych książek komórkowych (?) sprzedała się później doskonale także w postaci papierowej (2,7 miliona egzemplarzy), a jednocześnie doczekała ekranizacji.

Czy taki trend ma szansę przyjąć się w Polsce? A może: czy ten trend ma szansę przyjąć się poza Japonią, Koreą Płd. i innymi wysoko usieciowionymi krajami tamtej kultury/tamtych kultur?

2007/07/11

PTI po raz 23. jesienią

W dniach 16-18 października w Wiśle odbędą się XXIII Jesienne Spotkania Polskiego Towarzystwa Informatycznego, które z perspektywy badacza Sieci są interesujące choćby dlatego, że ich formuła ma być bardzo heterogeniczna. Organizatorzy dokładają wszelkich starań, by zakres tematyczny był szeroki i zapraszają do uczestnictwa.

Wstępną informację o programie pozwolę sobie przekleić, bo lepiej sam tego nie ujmę, a w raportowaniu najważniejsza jest wierność. A zatem pozwólmy dojść do głosu państwu Control-C i Control-V. Konferencja ma umożliwić:

  • osiąganie przewagi biznesowej przy pomocy narzędzi informatycznych,
  • sprawniejsze zarządzanie infrastrukturą informatyczną w organizacjach,
  • podniesienie efektywności firmy przy zastosowaniu środków informatyki,
  • lepszą komunikację z informatykami, zarówno ich rozumienie, jak wydawanie poleceń, które będą lepiej wykonane,
  • zrozumienie możliwych zastosowań współczesnych technik i rozwiązań informatycznych,
  • a zwłaszcza skorzystanie z doświadczeń i ich wymiana z innymi osobami na podobnych stanowiskach.
Tematyka jest imponująco szeroka: od megatrendów technologicznych (otwarte standardy, Vista, Web 2.0, Always connected), przez aspekty zarządzania zespołem w kontekście informatycznym, aspekty prawne (DRM, open source, itp.), internet obywatelski, aż po socjologię i ekonomikę rynku IT w Polsce. Warto będzie zjawić się w Wiśle, choć sam nie jestem pewny, czy się uda w związku z wcześniejszymi obligacjami. Było mi bardzo miło gościć na jednym ze spotkań mazowieckiego oddziału PTI i jeżeli jest to mini-zapowiedź atmosfery zjazdu, to tym bardziej zachęcam.

Więcej informacji na stronach Spotkań, sam również postaram się jeszcze informować o zjeździe.

2007/07/09

Konferencja o nowych mediach w Rzeszowie

"Nowe media a współczesne dziennikarstwo" to tytuł i temat przewodni konferencji naukowej, która odbędzie się 15 listopada 2007 roku w rzeszowskiej Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania. Zapowiada się jeszcze ciekawiej niż zeszłoroczna konferencja "Media a polityka". Zresztą rzeszowska jednostka jest znana z organizowania niezłych spotkań (popularno)naukowych, co z pewnością potwierdzą także teoretycy i praktycy public relations...

Więcej informacji na stronie konferencji; wiem, że część czytelników może ona zainteresować. W Rzeszowie warto będzie się też, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pojawić.