error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2005/03/29

Firefox raz jeszcze...

...tym razem jednak w kontekście użytkowym. Urokiem programu jest możliwość doinstalowania do niego wielu rozszerzeń, które w znacznym stopniu ułatwiają pracę i poprawiają funkcjonalność przeglądarki.

Gdybym miał zarekomendować komuś konkretne rozwiązania, powiedziałbym, że najważniejszymi rozszerzeniami do Firefoksa są:
  • Adblock - o ile przeglądarka sama z siebie blokuje pop-upy, o tyle Adblock pozwala na usuwanie reklam z przeglądanych stron WWW. Ponieważ zapisuje adresy serwerów, z których owe reklamy pochodzą, serfowanie z dnia na dzień staje się przyjemniejsze.
  • Cookie Culler - skrupulatne zarządzanie przechowywanymi na komputerze ciasteczkami.
  • Tabbrowser Preferences - przeglądanie w panelach jest czymś absolutnie wspaniałym, szczególnie dla kogoś, kto pracuje jednocześnie na kilku okienkach, a do tego np. rozmawia przez komunikator i pisze dokument tekstowy.
  • SessionSaver - zapamiętuje bieżącą aktywność użytkownika w przeglądarce, więc przypadkowe jej zamknięcie, błąd krytyczny albo awaria prądu przestają mieć znaczenie. Ogromne ułatwienie dla wszystkich poszukiwaczy informacji w sieci.
  • Wizz RSS News Reader - czytanie RSS-ów staje się bardzo przydatne, a ten czytnik świetnie sobie z tym radzi.
Oczywiście są to wybrane rozszerzenia, a spis mógłby być dłuższy. Ciekawymi dodatkami są np. FoxyTunes czy Forecast Fox. Niewątpliwie istnieje też wiele rozszerzeń, na które nie zwróciłem uwagi...

Winien jestem natomiast jeszcze jedno wyjaśnienie. Ciekawą alternatywą dla Internet Explorera może być Opera. Z niej pożyczono np. panele i zapamiętywanie sesji. Używałem skandynawskiej przeglądarki przez kilka miesięcy, byłem z niej zadowolony, jednak ostatecznie przesiadłem się na Firefoksa - ze względu na liczne i stale aktualizowane rozszerzenia. Opera to jednak również bardzo dobry kawałek oprogramowania :)

2005/03/28

Unia temperuje Microsoft

Drugi krótki wpis, ale Święta bardzo pracowite.

Microsoft ostatecznie uległ Komisji Europejskiej, która nakazała, by gigant z Redmond sprzedawał w Europie swój Windows XP bez dołączonego do niego programu Windows Media Player.

UE już w zeszłym roku uznała, że dołączanie WMP do systemu operacyjnego jest praktyką monopolistyczną. Microsoft będzie musiał za ten proceder zapłacić niebagatelną karę - w kwocie niemal 500 mln euro.

Więcej informacji np. tutaj.

2005/03/25

OurMedia - nasze media, nasza kultura

Niedawno powstała bardzo obiecująca inicjatywa, wspierana m.in. przez Howarda Rheingolda i Lawrence'a Lessiga.

Ourmedia.org to serwis dla ruchu free culture. Inicjatywa jest firmowana takimi oto deklaracjami:

"We provide free storage and free bandwidth for your videos, audio files, photos, text or software. Forever. No catches.


Get recognized for your creativity. Make your voice heard. Register now
and join the personal media revolution."

Brzmi obiecująco?



Dlaczego Firefox?

Na niniejszej stronie znajduje się obecnie dość pokaźny banner zachęcający do korzystania z przeglądarki Mozilla Firefox. Dlaczego?

Objaśniać czym jest Firefox dziś już trochę nie pora, bo z programu korzysta ponad 25 milionów ludzi na całym świecie, a lepsze lub gorsze publikacje o nim przetoczyły się już przez wszystkie bodaj tygodniki opinii. Wszyscy pieją, że oto powrócił poważny konkurent dla Internet Explorera. Powrócił, bo korzenie Firefoksa sięgają Netscape Navigatora - a dokładniej jego kodu źródłowego.

Firefox jest przeglądarką szybszą, bezpieczniejszą i bardziej przyjazną niż Explorer. Dicit. Mniej naraża na wirusy i trojany, blokuje pop-upy (nie cierpię sformułowania "wyskakujące okna" - to przez okna się wyskakuje, a nie odwrotnie). Ale Firefox ma jeszcze jedną ogromną zaletę - powstaje na licencji open source. Szybciej i łatwiej o aktualizacje. Piszą je sami internauci.

Oto sedno tego, czym jest Firefox. Dobrem wspólnym. Współtworzonym na dużą skalę przez ludzi z całego świata.




Firefoksa widzę jako dobro wspólne w pozytywnym rozumieniu tego sformułowania. Proszę go nie kojarzyć ze "wspólnotą wszystkiego" jak w PRL-u, która sprawiała, że wspólne było niczyje. Tu wiele osób literalnie angażuje się w kreowanie nowej rzeczywistości sieciowej, a jeszcze więcej te działania wspiera. W efekcie cała ta społeczność czuje, że współtworzy coś dużego, przełomowego, ale też - własnego.

"Jedyną drogą do kierowania własnym życiem jest aktywne przekształcanie otaczającego nas świata przedmiotów, relacji łączących nas z parnterami i wreszcie świata stosunków społecznych. Swe życie zmieniać możemy pośród innych, dla innych i wspólnie z innymi."

Tymi słowami opatrzona jest tylna część okładki "Działania", przedostatniej książki Jacka Kuronia. Jakże pasuje tu cały ruch otwartego, wolnego oprogramowania... Firefox jest świetnym przykładem tego, jak działać jeśli chcemy, by nasze komputery były bezpieczniejsze. Jeśli nie chcemy być zdani na opieszałe łatanie dziur w Internet Explorerze.

Ale także jeśli nie chcemy, by cała nasza "aktywność komputerowa" była obsługiwana przez jeden giga-koncern. I jeśli nie chcemy, by w znacznym stopniu kierowano za nas naszym życiem (internetowym).

Używam sobie tego Firefoksa, przez niego popatruję na cały ten open source i się uśmiecham. Myślę, że Pan Jacek byłby dumny z internautów.

2005/03/21

Google do sądu

Agence France Presse postanowiło pozwać Google'a za wykorzystywanie materiałów agencji bez jej zgody. Chodzi o ciągle rozwijany serwis news.google.com, którego istotą jest gromadzenie najświeższych wiadomości z różnych źródeł.

Sęk w tym, że witryna jest medialnym przedłużeniem wyszukiwarki, a nie portalem "typu Onet"; Google News wskazuje istotne wydarzenia na świecie, ale jeśli chcemy przeczytać konkretne artykuły, jesteśmy odsyłani na strony ich właścicieli. Kto chce sprawdzić jak to działa - adres powyżej.

W jaki sposób narusza to prawa autorskie, nie do końca jestem pewien, choć oczywiście sprawa jest do głębszych przemyśleń i do dyskusji. Na pewno nie jest jednoznaczna.

Francuzi muszą jednak uważać inaczej, skoro decydują się na proces. I to proces o niemałą sumę. Odszkodowanie, jakie Google musiałoby wypłacić AFP - gdyby sąd orzekł na korzyść tej drugiej firmy - wynosiłoby circa 17,5 mln USD.

Wyrok korzystny dla AFP byłby... no właśnie, jaki? Właściwy, czy nie? Według mnie niewłaściwy, a potencjalnie - z racji precedensu - wręcz niebezpieczny.

Czytałem kilka komentarzy prasowych w tej sprawie. Najczęściej są sceptyczne. Niektóre mówią o obłudzie. Bo skoro Google News linkuje artykuły i zdjęcia do ich właścicieli, to przecież generuje dodatkowy ruch dla AFP... A skoro ruch, to w jakimś stopniu na pewno i zyski.

Francuzi zapewne obawiają się, że Google News, oparty o tak nowoczesny system wyszukiwania, za jakiś czas wyrośnie na śmiertelnego rywala AFP.

Jakoś nie jestem w stanie im współczuć.

2005/03/19

Żiżek: wygrać walkę o wyobraźnię ludzi

W wywiadzie dla "Polityki" (19.03.2005; dodatek "Niezbędnik inteligenta"), Slavoj Żiżek przedstawia pokrótce swoje wątpliwości co do chwiejącego się układu demokracja-neoliberalizm. Słoweński filozof mówi o nieuchronności głębokich, być może bardzo gwałtownych i bolesnych przemian, które nas czekają. Warto przeczytać całość.

A ja pozwolę sobie przytoczyć tylko krótki, końcowy fragment wywiadu, dotyczący tego, jak przygotować się na rewolucyjne zmiany, by nie doszło do katastrofy:

"Musimy być otwarci. Ta rewolucja musi się dokonać w symbolicznej przestrzeni wirtualnej. Kto przejmie kontrolę nad wirtualną przestrzenią, nie będzie musiał zdobywać pałaców, koszar ani nawet mandatów w parlamencie. Wystarczy wygrać walkę o wyobraźnię ludzi i zdobyć ich umysły. Za 10-15 lat, kiedy wybuchnie cały ten wielki kryzys, który dziś zapowiada wojna z terroryzmem, napięcie z Chinami, pękanie Zachodu, erupcja świata slumsów, będziemy musieli sięgnąć po wyniki refleksji, której wciąż zbyt mało. Od tego, co zdążymy wymyślić, będzie zależała przyszłość. Bo przecież żaden porządek świata nigdy nie trwał wiecznie."

Zafrapowanym tym cytatem polecam cały wywiad z Żiżkiem.

Przy okazji, jeśli Czytelnika zainteresowało owo "pękanie Zachodu" i "erupcja świata slumsów", polecam przeczytanie błyskotliwego "Życia na przemiał" Zygmunta Baumana. Szukającym nie tylko bezlitosnej analizy, ale także propozycji rozwiązań, z całego serca proponowałbym zaś "Działanie" nieodżałowanego śp. Jacka Kuronia.

Jego Wysokość Blog

Jeszcze jeden ciąg dalszy. Pisałem o tym, że nasi politycy nie doceniają na razie roli Internetu. Jak się okazuje, jego siłę potrafią natomiast docenić niektórzy azjatyccy monarchowie.

Pod tym adresem znajduje się marcowy fragment bloga Jego Wysokości Norodoma Sihanouka, króla Kambodży.

(fot.: www.norodomsihanouk.org)

Sam król abdykował w 2004 roku, z powodu złego stanu zdrowia. Mimo to pozostaje - jak widać - aktywny. Warto rzucić okiem.

2005/03/18

New York Times o przyszłości

Kilka dni temu pisałem o futurystycznej wizji mediów, przedstawionej przez duet Sloan & Thompson. Ikoną transformacji tzw. tradycyjnej prasy była tam ostentacyjna decyzja The New York Times o rezygnacji z wersji online gazety i o drukowaniu wyłącznie wersji papierowej.



Tymczasem przedwczoraj, 16-go marca, NYT opublikował ciekawy artykuł, będący bardzo a propos tamtych rozważań. Ponieważ obawiam się o długoterminową dostępność treści na stronie gazety, przytoczę poniżej kluczowe fragmenty wzmiankowanego artykułu:

"Consumers are willing to spend millions of dollars on the Web when it comes to music services like iTunes and gaming sites like Xbox Live. But when it comes to online news, they are happy to read it but loath to pay for it. Newspaper Web sites have been so popular that at some newspapers, including The New York Times , the number of people who read the paper online now surpasses the number who buy the print edition."

Chciałoby się rzec - nieuniknione staje się rzeczywistością...

"Nearly a decade after newspapers began building and showcasing their Web sites, one of the most vexing questions in newspaper economics endures: should publishers charge for Web news, knowing that they may drive readers away and into the arms of the competition?


Of the nation's 1,456 daily newspapers, only one national paper (...) and about 40 small dailies charge readers to use their Web sites. Other papers charge for either online access to portions of their content or offer online subscribers additional features.


The New York Times on the Web, which is owned by The New York Times Company, has been considering charging for years and is expected to make an announcement soon about its plans. In January, The Times's Web site had 1.4 million unique daily visitors."

A zatem NYT wkrótce zacznie pobierać opłaty za dostęp do swej strony, ryzykując tym samym, że czytelnicy się od niego odwrócą. Zagrywka pokerowa? Chyba nie. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewam się takiej zdrady... na razie. Przyzwyczajenia czytelnicze zmienia się dość długo. W dalszej perspektywie z New York Timesem może być jednak gorzej. Informatyczny know-how mają w końcu inne firmy i to zapewne Google czy Microsoft będą pierwszymi, którzy zaoferują innowacyjne, gnębiące konkurencję rozwiązania...

Blogo-sławienie polityki

Coś mi się wydaje, że w polskim życiu publicznym rychło pojawi się nowa moda. Pozwolę sobie zatem ją wywieszczyć, choć mam wrażenie, że robię to na 5 albo 3 minuty przed "wejściem smoka".

Internauta lwprezydent, czyli Lech Wałęsa, komentuje od pewnego czasu wydarzenia polityczne na forum portalu Gazeta.pl. Czyni to po wałęsowsku - prosto, egocentrycznie i z megalomanią, po chłopsku i z niezłomną od czasów prezydenckich wiarą, że słowa będą znaczyć to, co ON chce, żeby znaczyły :) To wszystko jest jednak bardzo, bardzo ciekawe, bowiem Wałęsa, jaki by nie był, po raz wtóry wykazuje się ogromną intuicją. Przed innymi zjawia się tam, gdzie każdy polityk zjawić się powinien.


(fot. ze strony Instytutu Lecha Wałęsy - www.ilw.pl)

Obecne rozumienie Sieci i mentalność naszych elit politycznych kojarzą mi się z czymś w rodzaju "Panie Jasiu, pan mi zrobi stronę internetową - inni mają to ja też muszę. Nieważne jaką Pan zrobi, ważne, żeby była i żeby o mnie mówiła". Są oczywiście wyjątki - ale ciągle wyjątki.

Mam jednak przeczucie, że lada moment wszyscy ci politycy postanowią dotrzeć w wirtualnej przestrzeni do swoich potencjalnych, a całkiem realnych wyborców. Jedni na pewno zrobią to z wyczuciem i pomysłem, inni mniej - skoro zaśmiecają nam tradycyjne skrzynki pocztowe, nie wyczują niestosowności spamowania. Tych mniej gruboskórnych podejrzewam o dublowanie drogi Lecha Wałęsy (fora, grupy dyskusyjne), ale także o to, co tutaj...

...czyli o zakładanie blogów. Odnoszę wrażenie, że będziemy obserwować bardzo ciekawe zjawiska w sieci. Blog Kaczyńskiego. Frasyniuk.blox.pl. Mało tego, zobaczycie, że jeszcze się doczekamy blogowej listy Macierewicza! ;)

Interaktywność kontaktu z politykami i łatwiej dostrzegalna możliwość skrytykowania jego zachowania. Zastanawiam się, czy takie zjawisko nie wywołałoby aby sporego wstrząsu w obrębie polskiej kultury politycznej?

Blogi polityków niedługo się pojawią, nieważne czy pisane przez nich samych, czy przez asystentów. Jestem o tym przekonany. I to będzie właśnie tytułowe blogo-sławienie polityki. Sławienie bezkrytyczne, obliczone na interes wyborczy. Ale będzie, będzie w Internecie, wykorzysta nowy (hmm...) kanał komunikacji.

A na marginesie przemycę myśl, do rozwinięcia innym razem. Nawet lwprezydent, internauta niewątpliwie nietuzinkowy i z pewnego punktu widzenia bardzo dla nas, internautów ważny, nie został obroniony przed "podróbkami". Pseudonimy lw_prezydent albo lw-prezydent, używane wyłącznie do dyskredytowania wypowiedzi Lecha Wałęsy, nie są blokowane przez administratorów forów portali. Według mnie byłoby to działanie uprawnione. Przemawia przeze mnie legalista, ale z drugiej strony, w Internecie obrona dobrego imienia naprawdę kuleje.

2005/03/17

Eksperyment raczej sMUDny

Od roku grywam czasem w MUDa. A konkretnie w największego polskiego MUDa, czyli Arkadię. Wszedłem z naukowej ciekawości i jakoś tak zostałem.

Multi-User Dungeons mają już 27 lat - na tyle datuje się pierwszego MUDa, powstałego na uniwersytecie w Essex - a od co najmniej kilkunastu interesują nauki społeczne. To prawdziwy skarb dla badaczy komunikacji za pośrednictwem komputerów (CMC), ale wyjaśnieniem tego zjawiska zajmę się innym razem.

Jednymi z najbardziej frapujących zagadnień społecznych w MUDach są mroczne strony niewinnej gry. Zwłaszcza te, które zahaczają o problem ludzkiej seksualności. Mam tu na myśli zarówno "gry płcią" (odgrywanie przez kobiety postaci męskich i postaci kobiecych przez mężczyzn - nieakceptowane przez większość graczy), jak i to, co kojarzymy z molestowaniem seksualnym i z cybergwałtem. Na czym polega i jak wygląda cybergwałt na MUDzie, pokazała J.C. Herz w swojej książce "Wędrówki po Internecie" i tam odsyłam zainteresowanych - barwna książka, ciekawy opis sytuacji.



(okładka polskiego wydania książki J.C. Herz, wyd. Zysk i S-ka, 1999)


Zjawisko cybergwałtu, podobnie jak aspekty molestowania, w bardzo dużym stopniu związane jest z tym, że większość grających - a zatem i większość postaci w MUDach - to mężczyźni. Molestowanie kobiet-graczy zdarzało mi się widzieć na własne oczy (a raczej oczami mojej męskiej postaci w Arkadii). Niestety, zdarzało mi się również słyszeć o cybergwałtach. Długo nosiłem się z przeprowadzeniem choćby małych badań na własne potrzeby; wreszcie zdecydowałem się na pewien eksperyment.

W tym celu stworzyłem żeńską postać - migdałowooką halflinkę o imieniu Iskierka. Dla niezorientowanych, halflinka to żeński odpowiednik Froda Bagginsa; niziutka, uśmiechnięta członkini beztroskiego ludku. Na początek postanowiłem sprawdzić, ile czasu nowonarodzona Iskierka i ja będziemy potrzebowali, by spotkać się z przejawami molestowania i jak one będą wyglądać.

Wyglądały tak (log ze skrótami, pisownia oryginalna):

>Bladoskory porywczy mezczyzna mowi: Czolem mala.. masz moze olej ?
Usmiechasz sie ladnie.
> Bladoskory porywczy mezczyzna usmiecha sie nieprzyjemnie.
Zaprzeczasz zdecydowanie.
> Bladoskory porywczy mezczyzna wzdycha ze smutkiem.
(...)
>Bladoskory porywczy mezczyzna mowi: A pochodnie?
Rozkladasz rece bezradnie.
> Lysy srebrnobrody krasnolud dudni: A wolnom chate ?
>Lysy srebrnobrody krasnolud zaczyna sie nagle trzasc. Z jego gardla wydobywa sie dziwny charkot, ktory prawdopodobnie ma uchodzic za smiech.
>Bladoskory porywczy mezczyzna smieje sie ponuro.
Nadymasz policzki naburmuszona.
> Bladoskory porywczy mezczyzna glaszcze cie delikatnie.
>Bladoskory porywczy mezczyzna mowi do lysego srebrnobrodego krasnoluda: Zawsze lubilem dzieci.
(...)
> Bladoskory porywczy mezczyzna spoglada na ciebie lekko.
> Lysy srebrnobrody krasnolud dudni: No ja tez, okazywac milosc ojcowska..
> Lysy srebrnobrody krasnolud wzdycha marzycielsko.
> Lysy srebrnobrody krasnolud dudni cicho do siebie: Z penetracja
> Bladoskory porywczy mezczyzna mowi: To wez moze mala na kolana.

Oczywiście jest to nic nie znacząca próbka, ale wynik - chyba szokujący. Dodajmy, że na doświadczenie powyższego wystarczyło 70 minut... W tym czasie zdążyłem wejść w interakcje z pięcioma osobami. Włączywszy wymienione w logu.

Niestety, dosłownie chwilę potem Iskierka umarła śmiercią tragiczną; trafił ją piorun Bogów, czyli została skasowana przez administratorów Arkadii. Albo uznali jej imię za nie trzymające klimatu fantasy, albo zbyt przypominało imię innej postaci. Dobrze chociaż, że mała, biedna halflinka poświęciła swoje życie doniosłym celom.

Ja tymczasem przewiduję dalszy, poważniejszy ciąg eksperymentu...

2005/03/13

Czwarta władza w 2014 roku

Kilka miesięcy temu obejrzałem bardzo ciekawy film we Flashu, wizja prezentująca potencjalną przyszłość mediów - od najbliższych lat aż do roku 2014. Ponieważ w ostatnich dniach ten sam film trafił do mnie ponownie, postanowiłem napisać o nim parę słów. Najpierw jednak zapraszam do obejrzenia.

Coś jest w tym małym dziełku, jako żywo przypominającym intro do kultowego, postnuklearnego RPG-a o nazwie "Fallout"... Futurystyczność EPIC 2014 unika szczęśliwie sztampowego fetyszyzowania rewolucyjności tego-co-nastąpi, nie kładzie też nacisku na chwalebne lub fatalistyczne konsekwencje owej zmiany. Autorzy zostawili nam, widzom, naprawdę dużo przestrzeni na własne przemyślenia - i za to ogromne im dzięki.

Przyszłość czwartej (i piątej) władzy widziana oczami Robina Sloana i Matta Thompsona jest frapująca. Do poszczególnych etapów - np. do kwestii TiVo - można mieć trochę zastrzeżeń. Mniejsza jednak o to; najważniejszy, najbardziej znamienny jest dla mnie fragment końcowy. W 2014 New York Times demonstracyjnie schodzi offline i wydaje się jedynie w wersji papierowej. Dodajmy, że nie e-papierowej...

Czy wkrótce czeka nas upadek czwartej władzy? To wizja chyba zbyt śmiała, a rodzime mariaże portali z telewizjami (Onet-TVN, WP-Polsat) zdają się potwierdzać, że instytucjonalni nadawcy jeszcze nie do końca zaspali i chcą dla siebie znaleźć miejsce w Sieci. Mają ogromny kapitał i świetne technologie - ja bym ich nie lekceważył, tym bardziej, że poważna internetowa telewizja to jeszcze ciągle pieśń przyszłości. Zgadzam się natomiast z tym, co zdaniem Sloana i Thompsona czeka prasę codzienną. Byłbym nawet skłonny dać przeciętnemu dziennikowi nie więcej niż 5 lat. Rok 2010...

Wracając do filmu. Niewątpliwie rodzi nam się, na naszych oczach i przy naszym udziale, władza piąta. My, internauci. Nasze wortale, Wiki, nasze indymedia, nasz open source. Nasze blogi. Nasze VoIP.

Kto wie, czy to właśnie nie jest najbardziej wartościowy element tego filmu. Budzenie świadomości internautów - tego, co znaczą lub co mogą znaczyć. To arcyważne i mniemam, że także dla przyszłych losów demokracji, czyli spraw najważniejszych. Jest to jednak ważne również w skali mikro - budzenie świadomości w kontekście szacunku do Sieci jako wspólnego dobra, choćby po to, by jej bezmyślnie nie zaśmiecać.

Czyli jednak koniec czwartej władzy i hegemonia piątej? Zapewne. Tyle tylko, że piąta władza będzie rosnąć w siłę - moim zdaniem - dłużej niż chcieliby tego Sloan i Thompson. Wzrost ten będzie równoległy i komplementarny do władzy czwartej. Ta ostatnia będzie się znacząco zmieniać i zostanie naznaczona wieloma spektakularnymi upadkami - ale nie odda tak tanio skóry, jak można by przypuszczać.

2005/03/09

O domenach

Sieć, lokalność i globalność. O co chodzi i dlaczego ma to związek z tytułem?

Internet jako superdrożny i wszechstronny kanał komunikacyjny daje nam - na tak wielu płaszczyznach! - łatwy dostęp do globalnego nurtu informacji. Nie musimy już czytać Wyborczej tudzież "Rzepy"; poranna kawa może być łączona z lekturą najnowszych wiadomości z "Timesa" albo "Washington Post". Oczywiście przed monitorem, bo mało kogo stać na stałą prenumeratę świeżej prasy codziennej z Zachodu... Sięganie przez Internet do źródeł niedostępnych lub słabiej dostępnych drogą tradycyjną jest jednak codziennością wielu, o ile nie większości internautów. Wyliczanie dobrodziejstw Sieci w kontekście tego, jak wiele oferuje nam ona na wyciągnięcie ręki, wydaje mi się więc zbędne. Jak będę chciał jednak pokazać, istotą nie są może tyle potencjalne dobrodziejstwa sieci, ile to, w jakim stopniu my sami chcemy/umiemy z nich korzystać.

Humanistyczne potyczki z Internetem toczyły się w kilku fazach, charakteryzujących się możliwie regularną naprzemiennością podejść optymistycznych i pesymistycznych. W jednej z nich, dość wczesnej, niektórzy naukowcy zachwycali się, że oto znikają wszelkie granice i bariery, a sieciowa rzeczywistość jest początkiem nowego, lepszego Człowieka. Podczas rozmów z przyjaciółmi, względnie na zajęciach ze studentami, więcej miejsca jestem skłonny poświęcać koncepcjom bardziej przyziemnym. W oparciu o nie można stwierdzić, że globalność w pigułce na razie za rogiem nie czeka, a do drzwi puka raczej swojska, czasem przaśna lokalność.

Powołam się tu przykład z rodzimego ogródka. Piotr Sitarski, badacz Internetu i filmoznawca z Uniwersytetu Łódzkiego, zauważył w jednym ze swoich artykułów pewien znamienny paradoks dotyczący polskich portali internetowych. Jedną z podstawowych funkcji, jakie powinny spełniać portale, jest rozumne, spersonalizowane pokierowanie użytkownika dalej - na szerokie wody Internetu i w objęcia mniejszych, większych, transnarodowych społeczności. Czy tak się jednak dzieje? Sitarski twierdzi, że w dużo większym stopniu portale starają się nas u siebie zatrzymać. Zgadzam się z tą tezą.

Popatrzmy.

Stale pęczniejąca oferta portali - od darmowej poczty i kont WWW, przez czytniki grup dyskusyjnych i czaty, na blogach kończąc. Coraz częstsze i bardziej natarczywe reklamy, z którymi portale w znacznym stopniu wiążą swoją finansową przyszłość. Z góry przesądzona rywalizacja z prasą o szybkość podawania najświeższych wiadomości... Portale walczą o nas tak samo, jak każde inne medium masowe w kapitalistycznym systemie własności (pominąwszy może media opłacane z abonamentu tudzież datków wiernych ;).

W artykule "MUDy bez znaków diakrytycznych. O nowej tożsamości narodowej tworzonej przez internet" Sitarski pisze o naszych portalach: "zapewniają bezpieczną, narodową enklawę, zaspokajającą większość potrzeb internautów. Nawet wyszukiwarki, pozwalające odnajdywać pożądane informacje, są w nich spolonizowane, to znaczy wyszukują domyślnie strony polskie (z domeny *.pl albo w języku polskim)".

Czy tak ma wyglądać nasze użytkowanie globalnej sieci? Przygnębiające, ale bardzo często tak właśnie jest. I tu nawiązanie do tytułu niniejszej notki...

Domena "error300.org" kosztowała mnie 57 złotych brutto. Dużo to czy mało? Mało. I to nie dlatego, że w popularnych serwisach Home.pl i Nazwa.pl zapłaciłbym o 4 złote więcej. Mało dlatego, że owe 57 złotych to opłata za dwa lata.

Jak to możliwe? Czy nie ocieramy się o jakąś formę dumpingu, skoro tak duże i uznane firmy oferują cenę dwa razy wyższą, o ofercie mniejszych providerów nie wspominając?

Jeśli trzeźwe uzasadnienie - domena została wykupiona za granicą - nie przemyka szybko przez głowę, oto potencjalny symptom tego, jak łatwo o mentalne zastanie się w polskich realiach Sieci... Internet oferuje moc rozwiązań i od nas tylko zależy, czy do nich dotrzemy. Korzyści, jak widać, mogą mieć czasem charakter czysto materialny.

Odpowiedź na pytanie dlaczego polscy providerzy za usługę nie generującą kosztów pobierają dwukrotność opłaty amerykańskiej, pozostawię do rozważań własnych. A owa tajemnicza firma od tańszych domen działa od 1997 roku, zdobywa liczne nagrody i nazywa się GoDaddy.

Początek

Bez fanfar i bez odliczania. Bez deklaracji na temat (przyszłej) zawartości. Po prostu start.

"Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy..."