error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2005/04/30

Star Wars Galaxies: bunt graczy

Arcyciekawe zjawisko w świecie jednego z MMORPG-ów. Użytkownicy Star Wars Galaxies żywiołowo zareagowali na istotną zmianę reguł gry, za którą płacą miesiąc w miesiąc. Część graczy strajkuje i czasowo wstrzymała udział w rozgrywkach, część po prostu zrezygnowała z abonamentu i skasowała konta.


(Combat Upgrade sprawił, że podzielone jest nie tylko Imperium...)

Wybuch społecznego nieposłuszeństwa w skali mikro jest związany z ogromnym rozczarowaniem, jakie przyniosło wprowadzenie w życie długo oczekiwanej aktualizacji trybu walki. Na rewolucyjny Combat Upgrade (w skrócie CU) czekano, bagatelka, 20 miesięcy. Niestety, zarządzająca cyberświatem "Gwiezdnych Wojen" firma Sony Online Entertainment zaimplementowała do systemu coś, co u większości graczy wywołało frustrację, gniew, a nawet wściekłość. Zmieniony tryb walki utrudnił życie większości odgrywanych postaci; popełniony błąd jest tym większy, że kilka profesji zostało pozbawionych zdobytych wcześniej przywilejów.

Nie potrzeba wielkiej wyobraźni, by zrozumieć frustrację użytkowników. Wiele osób na kreowanie swoich postaci poświęciło nie tylko setki godzin, ale i tysiące dolarów. Miesięczny abonament dostępu do serwerów gry to 14,99 USD. Nic dziwnego, że w graczach zawrzało - w końcu to oni utrzymują projekt ze swoich pieniędzy.

W ciągu 3 dni od wprowadzenia aktualizacji, w wątku komentującym zmianę na oficjalnym forum gry znalazło się ponad 23,500 wypowiedzi, w większości krytycznych. Taka szybkość i natężenie reakcji w społeczności internautów to prawdziwy fenomen psychospołeczny.

Ponieważ nie mam bezpośredniej styczności z SWG, a chciałbym oddać ton krytycznych wypowiedzi, przytoczę kilka z nich (pisownia oryginalna):

"I have learned that you should run away from this CU.. Run fast and run far. If you are new and haven't signed up for swg yet.. don't... don't ever! You should take your copy of swg and jtl or whatever back to the store and demand a refund."
(użytkownik rehatiel)

"This is the most hideous, stupid and worst thing the Dev's could have ever done. The new effects are annoying the icons are confusing and the entire combat system now is direct copy of World of Warcraft. This is not the game I bought nor the game I want to play. Already cancelled 2 accounts and am waiting to see if the Dev's get the hint that this is NOT WHAT THE PLAYERS WANTED! before I cancel my main account, I.E. Jedi. The only way I will stay is if the CU is removed."
(użytkownik Wheeln)

"My knowledge is that after 2 years I'm quitting and so are many others - nice try guys but as Vader would say: YOU'VE FAILED ME FOR THE LAST TIME.
(...) I've played computer games for over 30 years and this whole fiasco is the worst I've ever seen - wouldn't be too surprised if this doesn't make the mainstream press (especially this close to the launch of the movie) and send shockwaves through the whole on-line gaming world. Too bad it didnt have to end this way."

(użytkownik darkstar860)

Jestem bardzo ciekaw, jak dalej potoczą się losy gry - czy gigant Sony ugnie się pod presją graczy, którzy płacą, a zatem mają prawo wymagać? Logika wskazuje, że tak powinno się stać, ale... przecież ona raz już zawiodła. Nie trzeba było tęgich głów, by przewidzieć, że takie a nie inne przeprowadzenie reformy wzbudzi protesty. Mimo to Sony Online Entertainment postawiło klientów przed faktem dokonanym.


(C3PO rozkłada bezradnie ręce, gracze postanowili być bardziej stanowczy. Screenshot ze strony oficjalnej)

Czy fenomen buntu nagłośni prasa? A może, jak spodziewa się darkstar860, temat nie przebije się do niej ze względu na ogólnoświatową ekscytację premierą "Zemsty Sithów"? Dla mnie to właściwie mniej istotne od samego zaistnienia buntu - i jego natężenia.
error300.org

2005/04/29

Polacy lubią Operę

Opera to bardzo przyjazna przeglądarka - szybka, doskonale zaprojektowana, wyposażona w rozbudowany pakiet narzędzi (np. program pocztowy czy świetny IRC). Bardzo dobry produkt, choć na ogólnoświatowym rynku przeglądarek zajmuje dopiero piąte miejsce - operowe brzmienia tłumi nie tylko Internet Explorer i Mozilla Firefox, ale także Apple Safari i... stary Netscape.

Zgoła odmiennie wygląda sytuacja na rynku polskim. Serwis Ranking.pl prowadzi zaawansowane badania ruchu internetowego i na tej podstawie stwierdza, że Opera jest trzecią z najczęściej użytkowanych przeglądarek - za Explorerem i Firefoksem. Pod koniec kwietnia, z omawianego programu (w dowolnej wersji) korzystało ponad 5% użytkowników. Z Internet Explorera - 83%, z Firefoksa - niemal 10%.


(Tak reklamowana jest najnowsza wersja norweskiej przeglądarki)

Obie niezależne przeglądarki prezentują dynamiczną tendencję wzrostową; kto się orientuje w rynku, ten wie, że owych z pozoru marnych procentów nie należy lekceważyć. Produkt spod znaku Mozilli ściągnęło już 50 milionów użytkowników, a najnowsza, ósma wersja Opery w ciągu 4 dni została pobrana 1 milion razy.

Według Ranking.pl, Opery używa ponad 450 tysięcy Polaków. Wielu z nich odwiedza przyjazną, rozbudowaną stronę Moja Opera. Miejsce w sam raz dla kogoś, kto szuka praktycznych informacji i porównań z innymi przeglądarkami.

Przy okazji spostrzeżenie. Polscy zwolennicy Opery zdążyli już skłócić się z miłośnikami Firefoksa - widziałem kilka dość nieprzyjemnych dyskusji, głównie na temat tego, który produkt jest lepszy. Nie wydaje mi się zasadne, by generować konflikty między użytkownikami obu przeglądarek, a już na pewno nie w czasie, gdy dominant ciągle ma tak duży udział w rynku. Jedyny wniosek z obserwacji, który można nazwać pozytywnym: konflikt Firefox vs. Opera przez obie strony prowadzony jest z przeświadczeniem, że Internet Explorer w ogóle nie zasługuje na dyskusję; stąd też jego pomijanie.

Cieszą natomiast takie inicjatywy, jak np. Osiołki Polskiego Internetu czy Browse Happy. Łączą we wspólnej sprawie, zamiast niepotrzebnie dzielić.

A Opera faktycznie da się lubić. Prezes firmy, Jon S. von Tetzchner, nie bardzo chciał wierzyć w to, że milion użytkowników ściągnie "ósemkę" w niespełna 100 godzin.
Zadeklarował wręcz żartobliwie, że jeśli tak się stanie, przepłynie wpław z Norwegii do USA. Et voila - słowo ciałem się stało, a prezes, rad nierad, musiał jakoś wybrnąć ze swego ekstrawaganckiego zobowiązania. Wraz z pracownikami uczynił to fantastycznie, na luzie i bardzo dowcipnie.


(Z Norwegii do Stanów Zjednoczonych, z przerwą na czekoladę...)

Mniejsza o to, czy "zakład o milion" był spontaniczny. Prawdopodobnie wymyślił go dział PR, ale jeśli nawet, to tylko pogratulować jego pracownikom swobody twórczej i wspaniałego pomysłu, a von Tetzchnerowi - dystansu do siebie. Nie wiem jak czytelnicy, ale ja lubię firmy, które stronią od sztywnych norm biznesu i jeszcze są w tym wiarygodne.
.

Ile lat ma Internet?

Ile zatem? Trudno powiedzieć. Odpowiedzi jest tyle, ilu dyskutantów. Z biegiem czasu padło wiele dat, każdej jednak czegoś brakowało. Nie ma "tej jednej" - powstawanie Internetu to proces, często wypełniony chodzeniem po omacku. Proces, w którym większość kluczowych zdarzeń - i ich kolejność - trudno było przewidzieć. A należałoby podkreślić, że wiele rewolucyjnych przemian dokonało się niemal niepostrzeżenie dla ówczesnych obserwatorów (w sensie: nie dostrzeżono lub nie dosyć doceniono wagę danego wynalazku).

W takiej sytuacji przywołam kilka dat z historii Internetu, do których najczęściej padają odwołania.

  • 1957 - w tym roku powstała Advanced Research Project Agency, czyli ARPA. Z niej wyłonił się ARPANet, a z niego z kolei - coś, co zwiemy Internetem.
  • 1969 - rodzi się ARPANet, czyli komputerowa sieć akademicka, składająca się z czterech węzłów komunikacyjnych (UCLA - University of California, Los Angeles; Stanford Research Institute - późniejszy Uniwersytet Stanforda; University of Utah; UCSB - University of California, Santa Barbara).
  • 1974 - Vinton Cerf i Robert Kahn opracowują standard komunikacji między komputerami, odpowiedzialny za kontrolę transmisji. Standard ów nazywa się TCP (Transmission Control Protocol), a Cerf dostaje zaszczytną etykietkę "ojca Internetu". Fakt, że to w raporcie badawczym obu panów po raz pierwszy uzyto określenia "Internet".
  • 1978 - powstaje IP (Internet Protocol), służący efektywnemu i dokładnemu przekazywaniu informacji w sieci. W połączeniu z TCP daje TCP/IP, wewnątrzsieciowy standard komunikacyjny znany doskonale do dziś. Pozwolił on na ekspansję sieci komputerowych i popularyzację prac w nich i nad nimi. Gdyby Sieć była gatunkiem żywego organizmu, powiedzielibyśmy, że dzięki TCP/IP wykonała znaczący skok ewolucyjny.


(ARPANet w roku 1980. Warto odnotować, że węzły sieci były rozlokowane także w Europie, np. w Wlk. Brytanii i Norwegii)

  • 1983 - ARPANet zostaje podzielony na dwie odrębne sieci - wojskowy Milnet i akademicki ARPA-Internet. Była to wówczas sieć zamknięta dla osób spoza środowisk uczelnianych, które jeszcze przez jakiś czas musiały realizować swe komputerowe pomysły głównie za pomocą BBS-ów. Zwracam jednak uwagę na nazwę: ARPA-Internet, potocznie nazywane już wtedy Internetem (mimo wąskiego dostępu).
  • 1991 - Tim Berners-Lee buduje i umieszcza w Sieci pierwszą stronę WWW. Proponuje też pierwszą przeglądarkę plików hipertekstowych oraz edytor. Jest to kolejny wielki przełom.
  • 1995 - prywatyzacja i uwolnienie Internetu przez National Science Foundation. Gwoli wyjaśnienia, NSF to organizacja, której wiatr dziejów przekazał pod opiekę Internet (ARPA wróciła do zadań militarnych). Prywatyzacja stała się koniecznością, bo zdecentralizowane prace nad sieciami komputerowymi były już bardzo zaawansowane (BITNET, CSNET, UUCCP). Internet uwolniony spod kontroli rozpoczął niepostrzeżenie dla otoczenia swą najważniejszą fazę. Nie tylko zaczął się w szybkim tempie wypełniać, ale stał się dobrem wspólnym całej ludzkości.

Siedem dat, choć na pewno można by jeszcze coś dodać. Jeśli by kto pytał, mnie najbliżej do Genesis, która wskazuje na rok 1983. Tym niemniej aż nie wypada nie zwrócić uwagi, że ostatnie z wymienionych wydarzeń miało miejsce dokładnie 30 kwietnia 1995 roku... Jutro minie dziesięć lat. Taka mała rocznica.

.

2005/04/25

Jak modelowo położyć otwarcie: eBay.pl i Sigma

W piątek ruszył z dawna oczekiwany serwis eBay.pl. Tylko pozazdrościć okoliczności startu - na rynku drobnica plus jeden dominant, właściwie monopolista (nic tylko dobierać mu się do tyłka). Silna marka własna, świetnie rozpoznawana i pozytywnie kojarzona w Polsce. Do tego duże oczekiwania rynku, z bardzo przychylnym nastawieniem internautów.


(eBay wzmocnił...)

W tak pięknych okolicznościach przyrody, eBay pokazał czarno na białym jak położyć otwarcie. A także - co nawet ważniejsze - jak na wejściu podrzucić sobie samemu parę kłód pod nogi.

Kto był na eBay.pl, ten wie o czym mowa. Bardzo uproszczony układ pierwszej strony. Brak podstawowych opcji, jak np. obserwowanie aukcji czy dodawanie do ulubionych. Wreszcie brak tak bardzo oczekiwanego PayPala (własność eBay'a). To dzięki niemu w znacznym stopniu eBay miał zakasować Allegro. Tymczasem nic się tu nie wydarzyło, a do listy grzechów głównych nowego serwisu przyszło jeszcze dorzucić jego niestabilność w pierwszych dniach działalności.


(...konkurencję)

Przypomnijmy, że eBay.pl miał pierwotnie wystartować 5 kwietnia, jednak inaugurację przesunięto ze względu na śmierć Papieża Jana Pawła II. Polska ekipa miała więc dodatkowy czas na przygotowania i usunięcie usterek. Ich obecność 22-go jest dowodem, że "tak miało być" i że w ogóle nie spodziewano się dezaprobaty! A przecież dostaliśmy koślawy produkt, który stał się powodem do śmiechu (nie wytrzymali nawet dziennikarze). Najwyraźniej za wprowadzenie eBay'a do Polski wzięli się niewłaściwi ludzie.

* * *

Przy okazji parę cierpkich słów w stronę agencji public relations Sigma, która kreuje się (skutecznie) na numer 1 na polskim rynku. W moim przekonaniu właśnie "kreuje", czyli bardzo dobrze dba o własny PR. Aż dziw bierze, jak długo i bezwstydnie można jechać na opinii nie popartej faktami.

Dlaczego? Dlatego, że nie po raz pierwszy widzę kiepską informację prasową spod jej szyldu - a informacja prasowa to chleb powszedni public relations. Oto dwa fragmenty tekstu dla prasy, mówiącego o starcie eBay.pl:

"Warszawa, Polska, 22 kwietnia 2005 - eBay, największa giełda internetowa świata, dziś ogłasza uruchomienie polskiego serwisu eBay (www.ebay.pl) - nowego portalu, na którym kupujący i sprzedający z Polski będą mogli spotykać się i handlować po polsku, za złotówki."

Przyzwyczaiłem się już, że grubo ciosane strony internetowe samorządów gminnych czy organizacji lokalnych, bywają przez twórców nazywane portalami. Można to zrzucić na karb niewiedzy i nieobycia w Internecie. Taka niewiedza nie przystoi jednak PR-owcowi. A już na pewno nie PR-owcowi obsługującemu eBay.

"Skala wykorzystania Internetu w Polsce rośnie w fenomenalnym tempie, z góry się więc cieszymy na rozwój polskiej społeczności eBay. Dzięki gromadzonej przez lata globalnej wiedzy będziemy mogli dostarczyć polskim użytkownikom eBay'a giełdę pełną życia i radości, na której będzie można polegać w równie wysokim stopniu, co na każdej innej giełdzie eBay na całym świecie - powiedział Philipp Justus, wiceprezes i dyrektor generalny eBay Europe."

Ja rozumiem. Okrągłe wypowiedzi, "wata słowna" - tak, to się w informacjach prasowych zdarza. Czasami trzeba mieć w tekście wypowiedź ważnego przedstawiciela firmy, a bywa, że nie ma jej z czego ulepić i właśnie wtedy wpycha się taką watę. Co zrobić.

Są jednak dwie sytuacje, w których jest to niedopuszczalne: wtedy, gdy mamy do czynienia z kryzysem i wtedy, gdy przedsiębiorstwo/produkt wchodzi na rynek.

Jestem przekonany, że Sigma doskonale o tym wie i jednocześnie że to ich człowiek jest autorem wypowiedzi włożonych w usta notabli z eBay'a (druga wypowiedź, której nie cytowałem, jest równie "elokwentna"). Jeżeli ów człek autorem nie jest, to... niewiele lepiej - bo wiedzieć i nie uświadomić klientowi, że popełnia duży błąd w kluczowej informacji prasowej...?

* * *

Drobny disclaimer: ani osobiście, ani zawodowo nie miałem nigdy nic wspólnego z Sigmą. Jest mi przykro, bo kiedyś była to naprawdę bardzo dobra agencja. Widzę czasem jej "produkcje" i przecieram oczy ze zdumienia. Coś jest nie tak. Nie mam już orientacji w rynku, ale podejrzewam, że najlepsi pracownicy Sigmy pouciekali. A zostali tacy, co obsługując światowego lidera aukcji internetowych nazywają go portalem i w tekście inaugurującym działalność owej firmy nie mają dla jego szefów nic do powiedzenia.

Kompromitacja eBay.pl to także kompromitacja agencji. Bez dwóch zdań.

2005/04/22

Dwadzieścia lat dotcomu

Ile lat ma najstarszy dotcom? Jeśli patrzeć po dacie rejestracji, to dokładnie 20 lat, miesiąc i 7 dni.


(dzisiejsze logo pierwszego zarejestrowanego dotcomu - 22.04.2005)

Za pierwszy zarejestrowany adres w domenie uznaje się symbolics.com. Pamiętna data to 15 marca 1985. Warto odnotować, że dopiero rok później zarejestrowały się takie giganty, jak Hewlett-Packard, IBM czy Intel. Nawet Xerox, bardzo aktywny na ówczesnym etapie komputeryzacji, stracił do bliżej nieznanego Symbolicsa niemal 10 miesięcy.

Dziś Symbolics.com wygląda bardzo skromnie w porównaniu z milionami innych witryn, ale znaczy coś więcej. Jest częścią historii Internetu.
...

2005/04/21

Powrót do korzeni - dwa słowa o ASCII

Na portalu Onet.pl obejrzałem ostatnio - mimo woli, za sprawą Internet Explorera - dwie krótkie filmowe reklamówki. Jedna prezentowała Microsoft Office (całkiem zabawne), druga konto w ING Banku Śląskim. Nie skłoniło mnie to bynajmniej do głębszych refleksji, bo przenikanie reklamy telewizyjnej do Internetu na Zachodzie jest faktem od kilku lat. Nie da się jednak ukryć, że skoro już się zaczęło, to powinniśmy przygotować się na więcej.

Tymczasem wzięła mnie nostalgia i wróciłem pamięcią do czasów, gdy grafika komputerowa była zajęciem zupełnie innego formatu. ASCII - to było coś. Ponieważ Error300 to także migawki z historii cyberprzestrzeni, postanowiłem przypomnieć jak wyglądało życie sieci bez stałych łącz, streamingu i kamerek internetowych?

Wiem, że wielu czytelników świetnie to pamięta, ale z pewnością nie wszyscy. Kogo ASCII zaintrygowało, powinien zajrzeć tutaj.

Jak widać, fani American Standard Code for Information Interchange nie są dinozaurami i nie wyginęli. Mało tego, czasami tworzą rzeczy zadziwiające. W tym kontekście polecam zwłaszcza stronę Romanm.ch, gdzie można obejrzeć przetworzone na ASCII fragmenty filmów fabularnych, w tym m.in. "Władcy Pierścieni", "Potworów i spółki" czy "Epoki lodowcowej". Najbardziej polecam scenki z "Terminatora"i "Matriksa". Naprawdę niezwykłe.

Z ASCII można też pobawić się samemu. Tak na przykład w kodzie wygląda autor bloga:




I po co komu 5 megapikseli? ;)

.

2005/04/19

Nadchodzi newsmaster?

Pamiętacie wizję Google Grid, Googlezon i EPIC? Jeśli ktoś przeoczył, jeszcze raz gorąco polecam - można ją obejrzeć np. tutaj. Ja sam pisałem na ten temat w jednym z marcowych wpisów ("Czwarta władza w 2014 roku").



Tym razem chciałbym wrócić do tematu, by przywołać jeden konkretny fragment tej wizji. Transkrypcja pożyczona z bardzo interesującego serwisu Robina Gooda:

"2007 - Microsoft responds to Google's mounting challenge with Newsbotster, a social news network and participatory journalism platform. Newsbotster ranks and sorts news, based on what each user's friends and colleagues are reading and viewing and it allows everyone to comment on what they see.

Sony's ePaper is cheaper than real paper this year. It's the medium of choice for Newsbotster."

Podkreślmy raz jeszcze - póki co to tylko wizja przyszłości, na razie nie ma żadnego Newsbotstera, a e-papierem zajmują się głównie naukowcy z działów R&D dużych koncernów.
Ważne jest jednak co innego. Robin Good uważa, że wkrótce - najpóźniej ok. 2014 roku - dominującą rolę w świecie mediów grać będą newsmasterzy (by zachować konsekwencję znaną z przypadku webmasterów, nie tłumaczę tego słowa na polski).


Newsmasterzy mają być najbardziej poszukiwanymi dziennikarzami, redaktorami i twórcami zarazem. O ich prominentnej roli będzie decydować umiejętność korzystania z nowych narzędzi i technik (blogi, RSS, itp.) plus ciągłe nadążanie za nowinkami technologicznymi. Do tego: wąskotematyczna specjalizacja, a także umiejętność tworzenia wyjątkowych treści. To w opozycji do dominujących obecnie, powtarzalnych komunikatów agencji prasowych wykorzystywanych do znudzenia przez portale...

Przekładając to na język medioznawców, taka wizja sugeruje nam, że dla dziennikarza przyszłości kompetencja komunikacyjna - oczytanie, szeroki zasób słów, "dobre pióro" - będą ciągle ważne, ale w ogromnym stopniu powiązane z kompetencją techniczną, którą najprościej określić jako biegłą znajomość najnowszych multimedialnych technik komputerowych. Dodajmy do tego umiejętność adekwatnego dobierania tematów oraz prezentowania ich w unikalny sposób. Tego daru nie ma każdy dziennikarz - wielu jest po prostu wyrobnikami. Tymczasem mówiąc o wyjątkowości treści i formy, zahaczamy wręcz o sztukę (użytkową co prawda, ale ciągle).

Newsmaster to ktoś więcej niż jeden z wielu pracowników mediów. To dziennikarz, spec od komputerów i artysta w jednym.

Rewolucja trwa, choć zaczęła się bez wystrzałów z "Aurory" i... bez większego zainteresowania tradycyjnych mediów.

.

2005/04/15

Spam: karać, edukować, wyśmiewać?

Co minutę na świecie wysyłanych jest grubo ponad 10 milionów wiadomości klasyfikowanych jako spam. Działa tu prosta matematyka znana od dziesięcioleci wszystkim akwizytorom: jesteś wygrany, jeśli zapukasz do drzwi stu osób i sprzedasz swój produkt trzem z nich. Tyle, że w przypadku spamerów pukanie do drzwi zajmuje sekundy, obejmuje zasięgiem cały świat i generuje miliardy niechcianych listów dziennie.

Nie będę specjalnie oryginalny mówiąc o jednogłośnej satysfakcji, jaką przyniósł internautom wyrok z 8.04.2005. Zarabiający krocie spamer Jeremy Jaynes został skazany przez sąd w Wirginii, USA, na karę dziewięciu lat pozbawienia wolności. Powód: masowe wysyłanie niechcianych wiadomości mailowych. Jaynes rozsyłał miliony listów dziennie, wykorzystując do tego szereg fałszywych, często skradzionych innym personaliów - to zresztą stanowiło podstawę skazania. Sprawę ma teraz rozpatrzyć sąd apelacyjny, jednak dotychczasowa decyzja sądu to klarowny komunikat dla spamerów: no passaran.


(Jeremy Jaynes - to zdjęcie obiegło świat; fot. AP)

Interesujący artykuł na temat Jaynesa opublikował Wired. Interesujący nie tylko dlatego, że szerzej opisuje działalność samego spamera. Wired cytuje m.in. Briana McWilliamsa, autora książki Spam Kings: The Real Story Behind the High-Rolling Hucksters Pushing Porn, Pills and %*@)# Enlargements. To dość istotna wypowiedź, toteż przytoczę ją tutaj:

"The problem is, we're getting into a war-on-drugs type of situation (...) Knocking a guy like Jeremy Jaynes out of business doesn't solve the demand side of the spam problem. There's still a significant number of people who respond favorably to spam, and as long as that's true, spammers will keep trying to reach them."

Na listy od spamerów ciągle odpowiada ok. 8% amerykańskich internautów... Jeśli codziennie wysyła się tam - minimalnym kosztem - miliony wiadomości, to widać jasno, że niestety można z tego wyżyć. Prawdziwym wyzwaniem będzie więc nie tyle karanie spamerów (jak najbardziej pożądane), ale przede wszystkim edukowanie społeczeństw, czym jest spam, dlaczego jest zły i dlaczego nie powinni z niego korzystać.

Metodą walki ze spamem jest też wyśmiewanie go. Nie żeby zniechęcało to skutecznie spamerów do kontynuowania działalności. Chodzi raczej o terapeutyczny wymiar - dla nas, ofiar. A zatem do rzeczy.

Osobom zmęczonym usuwaniem dziesiątek lub setek niechcianych wiadomości każdego dnia polecam serwis Spamusement, reklamowany przez autorów jako kiepsko rysowane kreskówki inspirowane prawdziwymi tytułami spamerskich wiadomości. Niektóre prace są rewelacyjne. Próbka humoru:

1-4 extra inches makes a massive difference



How To Live Without Fear In America




Prawda, że dowcipne? Spamusement.com zaprasza.

.

2005/04/14

Internet a dorobek kulturowy

W drugim tygodniu kwietnia miałem okazję uczestniczyć w International Seminar COMTOOCI: Computational Tools for the Librarian and Philological Work, międzynarodowym sympozjum w Bułgarii, poświęconym digitalizacji dziedzictwa kulturowego. Chociaż nie jest to bezpośrednie pole moich zainteresowań naukowych, cieszę się, że mogłem poznać doświadczenia z innych krajów.

A dzieje się dużo. Rozpadające się starodruki ratuje się przed ostatecznym unicestwieniem. Porządkuje się zbiory. Wreszcie - i tu miałem okazję dorzucić swoje trzy grosze - trwają debaty nad sposobem popularyzowania dorobków kulturowych w Internecie. Starodruki są nie tylko skanowane, ale i tak opracowywane, by czytelnik mógł analizować dokument na wielu płaszczyznach.

Komputery dają tu ogromne możliwości. Wyobraźmy sobie tylko - kiedy czytamy książkę, nie wiemy nic o graficznym układzie oryginału, o tym, jak wyglądały poszczególne części książki, nie wiemy wreszcie nic o ozdobnikach (często znaczących dla rozumienia całości!). Publikacja elektroniczna daje możliwość czytania tekstu w kilku wersjach, w tym pracy na oryginale. Wyobraźmy sobie sagę Wikingów - pierwszy wariant typowo książkowy, przetłumaczony na polski, drugi - układ książkowy, ale w postaci transkrypcji z runów, trzeci - stuprocentowo oryginalny, jak skan (runy + pierwotny układ graficzny, itp.), czwarty - oryginał, ale już opatrzony komentarzem naukowym na marginesach. Prawda, że ilość opcji robi wrażenie? Dokument tego typu zaprezentował w Borowcu profesor Matthew Driscoll z Uniwersytetu w Kopenhadze.

Dla filologów innowacje tego typu są arcyważne, bo zmniejszają ryzyko zafałszowania wyników pracy (wedle nowej filologii, nie można nie zwracać uwagi na "społeczne uwarunkowania" aktu tworzenia danej książki, a także jej późniejszej historii). Dla nas, szarych czytelników, ma to mniejsze znaczenie. Tym niemniej zwracam uwagę na potencjalne kierunki marketingowego rozwoju e-książek. Gdyby tak ktoś zaoferował nam atrakcyjny e-book z kilkoma wersjami tekstu... Oto atut - tego nie może dać nam książka.

Sam jestem zwolennikiem książek na papierze, niemniej nie przekreślam wersji elektronicznych. Nieprzejednanym zwolennikom tezy, że e-books nigdy nie będą popularne, roztaczam wizję "Władcy Pierścieni" z wersjami językowymi po polsku, w Sindarinie i Quenyi (chyba takowe powstały), a także z ręko- bądź maszynopisem autorstwa Mistrza Tolkiena. Nie kupilibyście..?

Wracając do meritum. Na miejscu prezentowano też naukowe prace, których zastosowanie będzie miało charakter czysto komercyjny. Każdy, kto używa Acrobat Readera do celów naukowych lub po prostu do analizowania wielostronicowych dokumentów, powinien zaintesować się nakładką ProfileSkim, opracowaną przez ośrodek SmartWeb.

Przy okazji udostępniam plik pdf z prezentacją wystąpienia, które przygotowałem na potrzeby COMTOOCI. Artykuł, na bazie którego powstało, ukaże się na jesieni, w International Journal of Information Theories and Applications.

2005/04/12

Dotcom slaughter, czyli piąta rocznica krachu

W marcu bieżącego roku minęło pięć lat od symbolicznego upadku mitu Wszechpotężnego Internetu jako miejsca, w którym bez wysiłku zarabia się krocie. Pod koniec lat 90. byliśmy świadkami zbiorowego szaleństwa. Cybernetycznej gorączki złota, która elektryzowała umysły tysięcy osób poszukujących łatwego zarobku. A że historia lubi się powtarzać, brak krytycyzmu i trzeźwych analiz doprowadziły do tego samego, co zawsze...

Do upadku.

Kto dziś pamięta o takich dotcomach, jak Sportal, Clickmango, Ready2Shop, Boo czy Toysmart? Kiedyś, pod koniec lat 90. były to bardzo poważne firmy, dysponujące potężnymi funduszami. Dziś nie istnieją albo pod ich adresami funkcjonują inne strony. Budżety liczono w milionach dolarów, choć zasilane były głównie z kredytów i akcji - przecież banki i giełda też uległy szaleństwu. Najpierw oszaleli jednak wszelkiej maści analitycy biznesowi. Fałszywi prorocy kapitalizmu.


(Strona główna Boo.com w kilka miesięcy po giełdowym krachu dotcomów)

Dobrym przykładem bezmyślnego szastania dolarami były reklamy. Jeden z nieroztropnie zarządzanych serwisów, o nazwie Outpost.com, prezentował swą ofertę może i dowcipnie, ale bez większego przemyślenia, bez dobrze pojmowanej biznesowej strategii (aby się przekonać, pobierz plik mpg).

Skąd brało się to zbiorowe szaleństwo i niczym nie uzasadniony, ślepy optymizm, podzielany zarówno przez przedsiębiorców, jak i giełdę, banki, dziennikarzy? Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Na gruncie medioznawczym można jednak przywołać tzw. krzywą EPS, czyli wzór ewolucji środków przekazu (potraktujmy chwilowo dotcomy jak media). Pierwsze litery skrótu odpowiadają kolejnym fazom: Elitarnej, Popularyzacji oraz Specjalizacji. Zdaniem autorów, Johna Merrilla i Ralpha Lowensteina, środki przekazu przechodzą taką właśnie drogę.

Wydaje się, że obszerne rozszyfrowywanie tajników EPS nie jest potrzebne, bo jest to wzór dość intuicyjny. Pozwolę sobie więc na skok do meritum - koniec lat 90. ciągle był dla dotcomów fazą elitarną, podczas gdy omylna ludzka natura była przekonana, że oto doszło do popularyzacji. Innymi słowy, że z usług witryn będą korzystać masy, a nie prekursorzy.

Tej zbiorowej iluzji uległ niemal cały amerykański świat biznesu, z NASDAQ włącznie.

Mieliśmy jednak i rodzime przykłady. O ile koniec lat 90. nie sprzyjał jeszcze rozwojowi polskiego e-handlu, o tyle byliśmy świadkami spektakularnego powstania i równie spektakularnego upadku kilku portali. Wystarczy wspomnieć dwa z nich - Hogę i Arenę. Tę drugą promowano z pompą, wspierając się wizerunkiem gwiazdy muzyki popularnej - Kayah. Większość osób zapewne pamięta wielkie billboardy z miłą skądinąd wokalistką...

Tymczasem zawartość portalu była dość skromna:


(Arena.pl w 2000 roku; zrzut ekranowy większej części strony tytułowej portalu)

Arena i Hoga powstały w 2000 roku, czyli w roku, w którym amerykański świat Internetu zaczął trząść się w posadach. Nieco to ironiczne. Szastająca pieniędzmi na lewo i prawo Arena utrzymała się na rynku niecałe 2 lata. Hoga działa do dziś, ale została pokonana; nie jest to już portal, a oferta strony skromniutka i bardzo zawężona.

W 2001 roku powstał portal Gazeta.pl. Nic nie wskazywało, że będzie on inicjatywą udaną, tymczasem racjonalnie zarządzany i odróżniający się od konkurencji zawartością dziennikarską portal utrzymał się i jest rozwijany.

Oznacza to, że można, ale spokojnie, trzymając się z dala od owczego pędu. Względnie ucząc się na błędach tych, którzy polegli pięć lat temu.

UW - nowy rektor

Tym razem wyjątkowo nie o cyberprzestrzeni. Na Uniwersytecie Warszawskim wybrano nowego rektora, jest nim prof. dr hab. Katarzyna Chałasińska-Macukow, fizyk. Dotychczas zajmowała ona stanowisko prorektora ds. finansowych i polityki kadrowej. (Proszę wybaczyć brak form żeńskich, ale przez palce nie przechodzi mi "fizyczka", "prorektorka", ani tym bardziej "rektorka"... trąci podstawówką i odbiera powagę).

Miałem okazję być na spotkaniu wyborczym z trojgiem kandydatów na fotel rektorski, więc podzielę się prywatną opinią. Moim prywatnym faworytem w wyborach był prof. Stefan Jackowski, dawny dziekan Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki. To w dużej mierze dzięki niemu warszawska informatyka stoi tak wysoko w rankingach światowych i samo to jest już najlepszą rekomendacją.

Profesor Macukow również zrobiła na mnie dobre wrażenie - osoby bardzo zorganizowanej i zorientowanej na konkretne cele. Wiem skądinąd, że jest aktywna naukowo, znana w środowisku, co też jest in plus. Myślę, że Uniwersytet Warszawski pod jej kierownictwem może rozwinąć skrzydła (m.in. w kwestii otwarcia na świat, wymiany międzynarodowej i powiększenia liczby kursów w jęz. angielskim). Nieco boję się tylko jednego - że ona-fizyk jedynie rozumie, a nie czuje, potrzeby nas-humanistów. Takie odniosłem wrażenie podczas spotkania, może było to wrażenie mylne.

Nie da się jednak ukryć, że uczelni potrzeba przede wszystkim sprawnego zarządzania, a na tym polu humaniści brylują rzadziej. Tymczasem nowa pani rektor ma bardzo interesujące, a przy tym bardzo konkretne pomysły. No i może wreszcie polepszy się nam, doktorantom?

2005/04/04

Żałoba w sieci, niestosowne O2

Kronikarski obowiązek każe zauważyć kilka zjawisk... Z dużym szacunkiem, a także z dużym niesmakiem.

Najpierw szacunek.

Zaciemnione strony wszystkich głównych portali - Onetu, Wirtualnej Polski, Interii i Gazety.pl. Brak reklam. Zredukowana treść, wyłączenie serwisów rozrywkowych. Zresztą... podobne żałobne akcenty na tak wielu stronach... wortale, fora dyskusyjne, pomniejsze strony (znowuż ci internauci i ich branie spraw we własne ręce).

Ale chyba najbardziej zbudowało mnie, gdy zobaczyłem czarny ekran MTV i VIVA Polska. I pomniejszych stacji, 4FunTV, Jetix. Plus rezygnacja z reklam wszystkich głównych mediów, szybka, jakże potrzebna zmiana ramówki.

Nawiasem mówiąc, na Onecie już ponad 450 tysięcy wpisów kondolencyjnych. W trochę więcej niż 48 godzin.


* * *

Szkoda, że nie obyło się bez ekscesów. Lech Wałęsa. I portal O2. Tygrysy biznesu. Starają się być młodzieżowi, a jednocześnie mają wielkie plany - wejść do ścisłej czołówki największych polskich stron internetowych.

Pierwsza strona portalu, dzisiaj: "Karol Wojtyła 1920-2005", poniżej "Lifestyle: jajko na wagę złota" oraz "Dyskusje: Twój ulubiony aktor?".

Przy tak dużych aspiracjach szefostwa spodziewałem się większej dojrzałości. W takiej chwili jednak nie wystarczy kilka artykułów o Zmarłym. Wszyscy inni docenili powagę chwili, włącznie ze wzmiankowanymi stacjami muzycznymi, które posądziłbym o to w ostatniej kolejności.

Widać, że pozycjonując się jako portal dla młodzieży, włodarze O2 odmłodzili się też intelektualnie. Chcieli być cool.

Wyszło raczej cold.

2005/04/03

195,492 wpisy

"Gwałtowny rozwój techniki informacyjnej w ostatnim okresie sprawił, że możliwości porozumiewania się jednostek i grup z wszystkich części świata są większe niż kiedykolwiek. Paradoksalnie jednak te same czynniki, które mogą prowadzić do lepszego porozumienia, mogą też pogłębiać egocentryzm i wyobcowanie. Tak więc nasza epoka niesie z sobą zarówno zagrożenia, jak obietnice. Żaden człowiek dobrej woli nie chce, aby zagrożenia okazały się silniejsze i pomnożyły jeszcze ludzkie cierpienia zwłaszcza u kresu stulecia i tysiąclecia, które zaznały już niezmiernych cierpień" (pełny tekst)

Poniżej szczególny przykład, że... chyba jednak obietnice, nie zagrożenia. Przynajmniej teraz warto tak na to spojrzeć.

Na portalu Onet otwarto księgę kondolencyjną w związku ze śmiercią Jana Pawła II. W ciągu pierwszej doby wpisały się tam 195,492 osoby...


Ponad 195 tys. wpisów w 24 godziny, punktualnie od 21:37 do 21:37. Ważny czas, ważne wydarzenie zatrzymane w kadrze.

2005/04/01

Startuje polski Creative Commons

22 i 23 kwietnia odbędzie się impreza inaugurująca działalność polskiego oddziału Creative Commons. To ważne wydarzenie.

CC jest organizacją non-profit, która stara się wypracować kompromis między ścisłym i bardzo jednostronnym egzekwowaniem praw autorskich a nieskrępowanym korzystaniem z cudzej twórczości w Internecie. Jeśli budzi to w Czytelniku skojarzenie z kontrowersjami wokół Napstera czy sieci peer-to-peer - to dobrze. Mówiąc krótko, CC chce zapewnić twórcom dobrą ochronę ich praw przy jednoczesnym umożliwieniu jak najszerszego korzystania z ich dzieł.

Jak można przeczytać na stronie Creative Commons Polska, "podstawową działalnością Creative Commons jest opracowanie i propagowanie licencji pozwalających na rozszerzenie dotychczasowego zakresu praw autorskich zgodnie z wymogami postępującego rozwoju technologicznego. Starając się sprostać wymogom zmieniającej się rzeczywistości Creative Commons proponuje przejście od reguły *wszelkie prawa zastrzeżone* do reguły *pewne prawa zastrzeżone*, jednocześnie zachowując poszanowanie dla idei prawa autorskiego. W tym celu został stworzony zestaw ogólnodostępnych licencji przeznaczonych dla autorów, muzyków i innych twórców, którzy chroniąc swoje podstawowe prawa autorskie mogą jednocześnie rozszerzyć dotychczasowe zasady udostępniania wyników własnej pracy szerokiej publiczności."

CC została utworzona w 2001 roku. Założycielem i obecnym przewodniczącym rady dyrektorów jest profesor Lawrence Lessig.

Nieskończenie pojemny Gmail?

Kiedy rok temu firma Google oznajmiła, że oferuje darmowe skrzynki pocztowe o pojemności 1GB, był to początek lawiny. W Polsce wyścigi na wielkość skrzynek rozpoczęły wszystkie portale i liczni providerzy.

Mija rok. Google podnosi stawkę, oferując 2 gigabajty dla każdego, kto założy skrzynkę w Gmailu. Już czekam na nerwowe reakcje konkurencji (np. Hotmail) i pomniejszych naśladowców (Onet, WP, itd.)!



Google jest jednak nie o krok, ale o co najmniej dwa kroki przed konkurencją. Jak twierdzi John Battelle, współzałożyciel magazynu "Wired", visiting professor na UC Berkeley i znawca branży internetowej, celem firmy jest zaoferowanie klientom skrzynek o nieograniczonej pojemności - i to szybciej niż myślimy.

Nie potrzebuję konta w Gmail, ale podoba mi się ta inicjatywa. Z drugiej strony gdzieś tam jednak drzemie we mnie pytanie: gdzie ukryty jest haczyk...?