error300: multiple choices

2005/05/31

Wirusowy, ale w słusznej sprawie

Bodaj najlepszy i najbardziej profesjonalnie zrealizowany przykład marketingu wirusowego w Sieci, a do tego w słusznej sprawie. Rozrywka i edukacja w jednym.

Mowa o "Store Wars", parodii "Gwiezdnych Wojen" rozgrywającej się w świecie warzyw, nabiału i supermarketu. Rebelia symbolizuje zdrowe, naturalne wytwory spożywcze, stojąc w opozycji do Imperium - pożywienie złej jakości, wielokrotnie pryskane pestycydami, traktowane hormonami i niesmaczne, ale tańsze od ekologicznego.



Film jest naprawdę świetny - i mam tu na myśli zarówno realizację, jak i ogólną koncepcję. Po obejrzeniu całości widz jest zapraszany do poczytania dodatkowych informacji ("learn the ways of the farm"), które de facto prowadzą go na strony Organic Trade Association (OTA). Najmłodsi mogą dołączyć do Organicznej Rebelii. Inicjatywa, podkreślam raz jeszcze, jest bardzo profesjonalna. Na dziennikarzy i aktywnych internautów czeka informacja prasowa o filmie, a także notka:

"Store Wars is the latest outreach effort of OTA to educate consumers about the many benefits of organic products. By spoofing a pop culture phenomenon like Star Wars, OTA hopes to attract a new generation of organic consumers, especially 'Gen Xers' who grew up loving Luke, Leia and Han, and are now increasingly concerned about making healthy food choices for their families.".

Działa? Chyba działa. Jest bardzo obiecująco - w ciągu niecałych 2 tygodni film obejrzało ponad 2 miliony internautów.


(Ham Solo i Chewbroccoli rozmawiają w barze z Cuke'iem Skywalkerem i Obi Wanem Cannolim...)

Chciałoby się, żeby takie edukacyjne akcje podejmowano i w Polsce, choć pewnie jeszcze przyjdzie nam poczekać. Nawiasem mówiąc, Free Range Studios - wykonawca filmu - ma na koncie także inne interesujące produkcje - m.in. filmowy protest przeciwko egzekucji buddyjskiego mnicha Tenzina Deleka przez komunistyczne władze Chin, a także animowaną przeróbkę "Matriksa". Ta ostatnia jeszcze bardziej zaangażowana i bardziej poważna niż "Store Wars", nosi tytuł "The Meatrix" i można ją obejrzeć tutaj. Warto zwłaszcza w kontekście niedawnej afery Constaru...
error300.org

Żeglarz i Surfer, czyli jak korzystamy z Internetu

Na pierwszych z cyklu zajęć dla studentów dziennikarstwa wspominam o metaforach związanych z Internetem. Traktujemy Sieć zupełnie jak fizyczne, istniejące realnie miejsce - stąd też dominacja metafor związanych z ruchem i przestrzenią. Stąd też surfowanie, odwiedzanie, eksplorowanie, siedzenie (na czatach), grasowanie (crackerów i phisherów), itd. Stąd też Internet Explorer, Netscape Navigator, a także bardzo silnie umiejscowione Wirtualna Polska czy America OnLine.


(kompas, okna, kula ziemska... eksplorator, nawigator, safari...)

Takie traktowanie Internetu znajduje przełożenie w użytkowej sztuce wizualnej tworzonej na potrzeby firm komputerowych. Logosy, ikony. Skoro wspomniałem dwie przeglądarki, przypatrzmy się kolejnym. Firefox (panda mała, Ailurus fulgens) oplata rudym ogonem całą kulę ziemską. Z kolei Safari wybrało na znak rozpoznawczy kompas. To wszystko nawiązuje do przestrzeni, podobnie jak Windows i jego pulpit, tapeta, aktówka czy kosz na śmieci - chociaż tutaj przestrzeń nabiera innego wymiaru.

Ciekawe ujęcie powyższego tematu znalazłem w pracy Tomasza Goban-Klasa, wygłoszonej na konferencji naukowej w Krakowie ("Surfowanie czy żeglowanie w cyberprzestrzeni czyli o wychowaniu człowieka medialnego i mobilnego Homo Internetus"). Dokument ma już cztery lata, ale ja trafiłem na jego ślad dopiero wczoraj; nie wiem, jak mi umknął, wiem jednak, że w internetowym żeglowaniu obrany kurs nie zawsze pozwala jednakowo szybko odnaleźć oczekiwany ląd.


(nawiguj z nami; Netscape Navigator AD 1995-1996)

Goban-Klas nie koncentruje się co prawda na metaforach, ale uzupełnia ich tematyczny zbiór. Ruch i przestrzeń autor zawęża do środowiska wodnego i tego, co z nim związane. Nawigację i surfowanie uzupełnia o morze informacji, a zwłaszcza o żeglowanie. Żeglowanie jest stawiane w opozycji do surfowania - wykalkulowane, z jasno określonym celem, racjonalne a nie beztroskie, ryzykanckie, sztuka dla sztuki. Goban-Klas postuluje:

"bardziej rozważne i poważne traktowanie sieci. Lansowane w telewizji korzystanie z Internetu na zasadzie surfera akcentujące, że nauka oparta o nowe media i sieć może być lekka, łatwa i przyjemna, jest wręcz niebezpieczne. Nigdy nauka taką nie była (...). Metafora żeglowania wskazuje na konieczność jasno uświadomionego celu, nawet nieosiągalnego przy zaplanowanym kursie. Ale tylko wówczas - jak Kolumb - płynąc do Indii, można odkryć Amerykę. Bez celu można tylko serfować, pływać jachtem, albo co gorsza błąkać się po morzach i oceanach informacji."

Choć nie jestem pewny, czy zgadzam się z każdym słowem autora, podzielam postulowaną rozwagę i wybór żeglowania miast surfowania. Nawiasem mówiąc, Surfer nie tylko mniej efektywnie korzysta z Internetu niż Żeglarz, ale i dużo mniej daje Sieci - ergo innym internautom - od siebie.
error300.org

2005/05/25

Skasować Radę

Przez polską odnogę Internetu przetoczyła się właśnie fala złości po tym, jak KRRiTV ogłosiła z poczuciem dobrze pełnionej misji swoją "Strategię Państwa Polskiego w dziedzinie mediów elektronicznych na lata 2005-2020". Dokument można określić na wiele sposobów - ale tylko w kręgu znaczeniowym bliskim słowu "kompromitacja".

Temat jest gorący - burzę rozpętała Rzeczpospolita - dlatego pominę szerszy opis. Pokrótce chodzi o to, że Rada chciałaby koncesjonować internetowe radia i telewizje, a posiadaczy pecetów i komórek (!) zmusić do płacenia abonamentu RTV. Ma przy tym strategiczną wizję e-mediów na najbliższe 15 lat... Cóż można rzec. Śmiech na sali i blamaż. Tebe pisze, że nie założyłby się o to, co w internetowym światku będzie za trzy lata. Ja też bym się nie założył, ale kudy nam do besserwisserów z Rady.

Bardzo cieszy mnie natomiast szybka reakcja internautów na ów absurd. Reakcja, która dobitnie pokazuje różnicę między rzeczywistością "radną" a internetową. Wczoraj wieczorem, w kilkanaście godzin od medialnego zaistnienia raportu KRRiTV, powstała strona-protest, na której można poprzeć likwidację Rady.

Zaprotestować, w ten czy inny sposób, na pewno warto. Regulowanie i koncesjonowanie usług internetowych przez państwo to jedna z ostatnich rzeczy, na jakie powinniśmy się godzić.
error300.org

2005/05/23

Zły i dobry moderator; przystosowanie do życia w Sieci

"Moderator to osoba oceniająca jakość komentarzy na stronie WWW, kanale IRC, liście dyskusyjnej. Celem moderacji jest zapobieżenie trollowaniu, nadużyciu systemu komentarzy i ostatecznie, zapewnieniu, że wpisy nie będą po prostu powodować kłótni."

Zacytowałem tę lakoniczną definicję z Wikipedii, bo zapewne u części czytelników zostawi ona wrażenie niekompletnej, nie dość pogłębionej. Niewątpliwie zostanie z czasem rozbudowana, ale póki co właśnie przez swoją skrótowość stanowi dobre wyjście do dyskusji nad instytucją moderatora.

Mało która z internetowych ról społecznych budzi takie kontrowersje i tak różne oceny. Dla jednych moderator jest autorytetem i siłą, z którą nie tylko trzeba, ale i warto się liczyć. Sprawiedliwym sędzią, przewodnikiem i lokalnym szeryfem. Dla drugich "mod" jest złem koniecznym, wyłączonym ze społeczności outsiderem-urzędnikiem. Dla trzecich moderator to symbol aparatu represji, cenzury, działający złośliwie i niemal zawsze wbrew użytkownikowi, chimeryczny książę udzielny na swoich cybernetycznych włościach.

Jak zwykle punkt widzenia zależy od punktu siedzenia: inaczej moderatora i jego działania określi ktoś zgadzający się z podjętymi decyzjami, inaczej ktoś represjonowany. Sęk w tym, że grupa wyłącznie represjonowanych w Sieci stanowi margines, a "zdrowym trzonem" należałoby nazwać tych, którzy zazwyczaj na moderowaniu korzystają albo dla których jest ono obojętne.
W tekście tym nie chcę się jednak zajmować moderowanymi. Ciekawsza jest instytucja moderatora.

Instytucję tę skłonny jestem widzieć jako cyberprzestrzenną emanację koncepcji umowy społecznej Locke'a. Skoro umowa społeczna jest wyrazem człowieczego poszukiwania efektywnego sposobu ochrony własnych praw, to instytucja moderatora zabezpiecza tę właśnie ochronę. Na grupie dyskusyjnej bądź forum, względnie na czacie czy IRCu. Pozostaje pytanie o to, jak owa ochrona jest realizowana?

Od dawna interesują mnie asynchroniczne formy komunikacji za pośrednictwem sieci komputerowych (CMC), stąd czerpię swoją wiedzę i refleksje na temat moderacji. Od 1995 roku do dziś, przez 10 lat swojej styczności z Internetem, na grupach i forach dyskusyjnych miałem okazję znaleźć się w każdej z głównych ról - użytkownika korzystającego na moderacji, moderatora, a także moderowanego. Miałem też okazję obserwować liczne błędy popełniane przez tych, którzy mieli stać na straży "prawa". Niektóre popełniałem sam.

Traf chciał, że tydzień temu byłem świadkiem sprzeczki w zespole moderatorskim na jednym z forów, w których uczestniczę. Oczywiście sprzeczka ta odbywała się "za zamkniętymi drzwiami". Dotyczyła zaś granic kompetencji moderatorskich i dopuszczalnych bądź niedopuszczalnych zachowań administracji wobec użytkowników.

Ponieważ należę do redakcji, postanowiłem pomóc w rozwiązaniu konfliktu i ustaleniu wspólnego stanowiska przed użytkownikami. Mediując, postanowiłem sięgnąć do stosownych dokumentów i... ze zdziwieniem przyszło mi skonstatować, że o ile o różne formy i mutacje netykiety w Internecie można się niemalże potknąć (wirtualnie, oczywiście), o tyle naprawdę trudno znaleźć sensowny spis wskazówek dla moderatorów. A jest to dokument bardzo potrzebny.

Wytworem moich przemyśleń była lista nieznacznie różniąca się od tej:

1. W moderowaniu nie ma miejsca na impulsywność.
2. Decyzja podjęta późno i sprawiedliwie jest lepsza od szybkiej, ale kontrowersyjnej.
3. Zanim podejmiesz decyzję, postaw się w sytuacji drugiej strony. Co zrobiłbyś, gdyby to Ciebie potraktowano w dany sposób?
4. Miej wątpliwości, konsultuj wątpliwości.
5. Pamiętaj, że forum to nie Twoja własność, choć jesteś jego gospodarzem.
6. Dobry gospodarz nigdy nie wyładowuje frustracji na gościach.
7. W decyzjach moderatorskich bądź stanowczy, ale dyplomatyczny i grzeczny.
8. Masz więcej lat niż znaczna część forumowiczów. Możesz budzić szacunek poprzez samą tylko różnicę wieku. Wykorzystaj to dając _dobry_ przykład.
9. Masz więcej lat, ale nie sklerozę. Przypomnij sobie, jak zachowywałeś się mając lat 13.
10. Nie prowokuj i nie bądź złośliwy. A jeśli jesteś - daj innym to samo prawo.
11. Nigdy nikogo nie ośmieszaj publicznie.
12. Dawaj dobry przykład swą kulturą wypowiedzi (tekst, awatary, sygnatury).
13. Musisz być konsekwentny. Jeśli podejmiesz decyzję, trzymaj się jej, choćby miała uderzyć w Ciebie samego. Tym rozważniej ją podejmuj.
100. Bycie moderatorem zobowiązuje.


Oryginalna wersja miała 16 punktów, ta ma 14, ale i tak - co intencjonalne - podkreśla pewne rzeczy dwukrotnie. Na wspomnianym forum została przyjęta właściwie jednogłośnie; ciekawi mnie, czy i jak się sprawdzi. Jestem dobrej myśli. Abstrahując, będę wdzięczny za opinie i sugestie na temat tego, co w powyższym można zmienić. A może dodać...?

* * *

Tak sformułowane "przykazania dla moderatora" oddają lepiej lub gorzej moje obecne, osobiste podejście do tego, kim tak naprawdę powinien być moderator. A powinien być - przy zachowaniu wszelkich proporcji - kimś na kształt wychowawcy.

Zwrócmy uwagę, że na wielu forach dyskusyjnych już dziś znaczną część dyskutantów stanowi wczesna młodzież. Pamiętam jeszcze, gdy trzynasto-, czternasto- czy piętnastolatki rzadko i nieśmiało odzywały się na grupach dyskusyjnych czy forach. Dziś trend jest zgoła odmienny. A że nie każdy młodzian umie zachować się grzecznie i kulturalnie (względnie nie poznał jeszcze netykiety i innych zasad rządzących dojrzalszą częścią Internetu), rolą ekipy moderującej będzie nauczenie go obowiązujących w danej społeczności zasad. W dodatku trzeba to zrobić tak, by nie wylać dziecka z kąpielą - cierpliwie, dojrzale, konsekwentnie, stosując system ostrzeżeń. Pamiętajmy, że dla bywalca forum usunięcie jest BARDZO dotkliwą karą. Nie szafujmy nią.

Mało tego, że usunięcie za byle przewinienie niczego nie zmieni. Niczego nie nauczony a rozdrażniony małolat to kukułcze jajo dla moderatorów innego forum. Gdzieś przecież bywać musi. I gdzieś będzie się uczył reguł internetowego współżycia.

Jak widać, od tej karmy nie uciekniemy :) Cierpliwym i dojrzałym w roli moderatora trzeba być zawsze. Zależy mi jednak na tym, byśmy my sami - my, wyrobieni internauci - dawali dobry przykład tym młodszym. Pominę już, że przez głowę przechodzi mi rewolucja edukacyjna opisana przez Jacka Kuronia, bo to temat na osobny wpis. Dość powiedzieć, że poziom nauczania informatyki w szkołach jest... jaki jest.

Prezydent Kwaśniewski był bardzo dumny z internetyzacji szkół. Dać wędkę jest dużo łatwiej niż nauczyć łowić ryby. Dlatego mniej zadowoleni byli ci, którzy uświadamiali sobie, jacy ludzie uczą dzieci podstaw wiedzy o komputerach. Nie wystarczy dać peceta i posadzić uczniów przed monitorem, względnie uczyć ich Worda w dobie Internetu. O efekty takiej edukacji najprościej spytać na usenetowej hierarchii pl.*, gdzie często obserwuje się specyficzny trend. Na wielu grupach - tam, gdzie dyskutuje się na popularne tematy - liczba prymitywnych wypowiedzi wzmaga się zawsze wtedy, gdy zaczyna się rok szkolny.

A zatem cierpliwości, drodzy obecni i przyszli moderatorzy. Sami mieliście lekcje informatyki i zapewne nie należały do najlepszych. Zróbcie więc coś dla innych. Poprowadźcie społecznie, na swoich forach czy kanałach IRC-owych nowy, fakultatywny przedmiot gimnazjalny:

"Przystosowanie do życia w Internecie".
error300.org

Pierwsza domena .eu

Oczywiście, że ".eu" to rozszerzenie przygotowane dla Europy. Zjednoczonej.

21 marca 2005 roku wydano zgodę na korzystanie z adresu www.eurid.eu. Datę warto zapamiętać, a sam EURid to nic innego, jak The European Registry of Internet Domain Names. Inicjatywa włosko-belgijsko-szwedzka. Tu przedsiębiorcy, politycy, euroentuzjaści, eurosceptycy, łowcy domen i wszyscy inni będą rejestrować swoje nowe adresy z dumną końcówką ".eu".

Planowany start - koniec bieżącego roku. EURid ma w planach cztery biura; Polskę przypisano do Regionu Wschodniego. Obsługa z czeskiej Pragi.
error300

2005/05/20

Blog jako źródło informacji

Kilka dni temu agencja Reuters opublikowała artykuł na temat jednego z badań przeprowadzonych przez Pew Internet & American Life Project. Mowa o analizie zawartości blogów politycznych, prowadzonej podczas amerykańskich wyborów prezydenckich jesienią 2004 r. Kontekstem badawczym było sprawdzenie, czy blogi zastępują tradycyjne media w roli pierwszego, podstawowego źródła informacji dla internautów. Przynajmniej wtedy, gdy chodzi o bieżące wydarzenia społeczno-polityczne.



Jak pisze Reuters, "the study charted topics on blogs, online message boards and campaign information sites as well as newspapers and television in the last two months of the race between Republican President Bush and Democratic Senator John Kerry". Szerokie, mozolne badanie. Ale nie widzę portali i trochę mnie to zastanawia.

Wyniki? Nie można jeszcze mówić o rewolucji, blog nie zajął miejsca telewizyjnych wiadomości czy dziennika. Po szczegóły zapraszam do artykułu źródłowego. Dodam tylko inną konstatację z tego samego badania, którą wyrażono w artykule. Rzekłbym, że konstatację istotniejszą: the study also found bloggers act as guides for the mainstream media to the rest of the Internet.

Po raz kolejny w tle, symbolicznie - choć może nieintencjonalnie - ukazuje się on, newsmaster.

Na marginesie, w tym samym tekście Reuters powołuje się na inne badanie. Uniwersytet w Cincinnati ankietował amerykańskich dziennikarzy. Ośmiu na dziesięciu czyta blogi. Pozostaje pytanie o cele - dla ilu są rozrywkowe, a dla ilu informacyjne (blog jako źródło inspiracji, skumulowanej i zawężonej wiedzy na dany temat, itd. itp.). To ważne, bo poszukiwanie przez dziennikarzy informacji i inspiracji na blogach to swoiste odwrócenie dwóch symbiotycznych ról. Bardzo ciekawe zagadnienie warte pogłębionego badania. Na potrzeby przyszłości.

Tymczasem w "Wired" tekst o blogowaniu w realiach chińskich, w cieniu rzucanym przez "Great Firewall" (ironiczne określenie komunistycznej kontroli, jaką sprawuje nad tamtejszym, pilnie grodzonym i strzeżonym zakątkiem Internetu, policja Gong An). Też ciekawe, choć nie tak optymistyczne, jak można podejrzewać przed przeczytaniem.
error300.org

2005/05/14

CD kontra mp3

Internet zmienia media (sensu stricto i largo). Portale zmieniają i zabijają dzienniki, blogi zmieniają dziennikarzy, radia internetowe odbierają słuchaczy szerokoformatowym stacjom ogólnokrajowym. A mp3 wpływa na CD.

Wpływa - ale jak? Wypiera? Uzupełnia? A może zabija? W debacie "mp3 kontra CD" słychać wiele opinii. Od takich, że kompakty już dzisiaj są martwe, po takie, że ogołocone z wszelkich atrakcji mp3 nigdy ich nie zastąpią.

Pośród orędowników świata bez kompaktów ciekawie pisze np. Mark Cuban; zresztą niektóre gwiazdy muzyki już kilka lat temu wyczuły, że nowy trend będzie związany z Internetem. I znamienne, że te zespoły, które wspierały Napstera zyskały sympatię fanów, natomiast z dezaprobatą i wyszydzeniem spotkały się gwiazdy, które - dbając o swoje interesy - sprzeciwiły się wymianie plików mp3. Kto nie zna skali dezaprobaty, może ją poznać choćby na stronie KillMetallica.com (baza linków!).

Ciekawa wypowiedź na temat digitalizacji nośników muzycznych pochodzi od mózgu Nine Inch Nails, Trenta Reznora. NIN wydało właśnie nową płytę, wydaną elegancko, ale... bez jakiejkolwiek książeczki. W zamian każdy fan ma dostęp do okolicznościowej strony internetowej, gdzie owa książeczka czeka w PDF-ach. Oto, jak Reznor odpowiada na pytanie w tym temacie:



Widać i zdecydowanie, i wątpliwości.

Jest jednak i druga strona, pro-kompaktowa, która też wytacza swoje armaty. Dyżurnym argumentem tej grupy jest stratność jakości mp3 w porównaniu do CD. Nie chcę na ten temat pisać, bo da się go zamknąć jedną konstatacją - komu dziś przeszkadza jakość mp3, jutro będzie miał nowy, lepszy format. Zasadnicze zagrożenie dla CD pozostanie.

Ważniejszy jest argument drugi. Znajomy muzyk (i pracownik agencji reklamowej) przekonuje, że o wszystkim zdecyduje czynnik materialny. Zakup, posiadanie. I właśnie dlatego CD nie umrze. Kupić płytę to mieć ją na własność i na zawsze, móc postawić na półce, móc obejrzeć wkładkę, cieszyć się designem, względnie, jak ktoś lubi, posnobować w towarzystwie. A mp3...? Czy mp3 naprawdę pasuje do schematu postmodernistycznego społeczeństwa napędzanego przez konsumeryzm...?

* * *

Tak naprawdę ścierają się tu dwie prominentne ludzkie pokusy - maksymalizacji posiadania oraz minimalizacji wydatkowanego czasu i energii. Czy wolę mieć coś fajnego i materialnego, ale się o to wystarać - jeździć, szukać, tracić czas, wreszcie zapłacić? Czy może ważniejsze jest to, że bez straty czasu, za grosze lub symboliczne kwoty mogę dostać to samo zaraz, choć w maksymalnie okrojonej formie?

Pytanie zostawiam otwarte. W ostatecznym rozrachunku los płyty kompaktowej przypieczętuje wybór społeczeństw, nie jednostek. Póki co rosnąca popularność iPodów, Zen Touch'ów, MuVo i innych odtwarzaczy mp3 spycha kompakty do getta domowego zacisza.
error300.org

2005/05/13

Przyszłość bez książek, digitalizacja i nauka

Przeczytałem właśnie ciekawy tekst w "The New Republic". Profesor David A. Bell pisze tam o e-bookach i książkach tradycyjnych, a także o technologii i... akademickim kontekście całego zjawiska. Tekst nosi adekwatny tytuł "What The Internet is doing to scholarship" (fragment dostępny tutaj; cały tekst po rejestracji).

Bell bardzo przenikliwie opisuje rewolucję, której jesteśmy świadkami i uczestnikami. Chwali jej liczne zalety, ze szczególnym uwzględnieniem demokratyzacji dostępu do źródeł naukowych. Bell jest historykiem, doskonale zna więc cierpienia badacza, którego limituje właśnie niedostępność danych. Przywołuje nawet przykład znajomej, która przyjęła etat na uniwersytecie South Dakota, jednak szybko z niego zrezygnowała - cała tamtejsza kolekcja biblioteczna z jej dziedziny badawczej była, jak konstatuje Bell, "długości ramienia".

Dziś, dzięki Internetowi, dostęp do wiedzy przestaje być problemem. Nawet niszowe dziedziny mają lepiej - w dobie digitalizacji starych dokumentów, pracę nad starodrukami z równym powodzeniem można prowadzić z Dakoty, Polski czy Tajwanu. Cóż dodać. Demokratyzacja na całego; można przyjąć, że liczyć się będzie głównie potencjał intelektualny tego czy owego badacza.

To jednak byłby, przyznaję ze smutkiem, stan idealny. Bell zwraca uwagę na kontrowersje i zagrożenia publikacji elektronicznych. Wskazuje, że wielość bodźców oferowanych przez komputer jego na przykład bardzo rozprasza, przez co obniża wartość intelektualną wykonanej pracy. Mogę tylko przyklasnąć. Sam intensywnie korzystam z publikacji elektronicznych, ale drukuję niemal wszystko, co uznaję za ważne - i wtedy zabieram się do pracy. Bell zauważa także, jak zmienia się styl czytania - niekoniecznie na lepsze. Programy oferują wyszukiwanie słów w dokumentach. Zamiast uważnie czytać, by zrozumieć co chciał przekazać autor X, co chwilę musimy opierać się pokusie "skakania po słowach kluczowych" i wybierania tego, co nam akurat pasuje. To wcale nie musi być zaleta. Gdy otwieramy książkę, jak słusznie zauważa Bell, panem ma być autor, nie czytelnik:

"Instead of surrendering to the organizing logic of the book you are reading, you can approach it with your own questions and glean precisely what you want from it. You are the master, not some dead author. And this is precisely where the greatest dangers lie, because when reading, you should not be the master. Information is not knowledge; searching is not reading; and surrendering to the organizing logic of a book is, after all, the way one learns."

Są jednak zagrożenia nawet ważniejsze, bo powyższe w jakimś stopniu dotyczą granic ludzkiej adaptacji. Dziś biblioteki utrzymują stare, bardzo cenne księgi - płacąc krocie za konserwację i ubezpieczenia. Można obawiać się, że po zdigitalizowaniu dzieł zechcą się ich, w ten czy inny sposób, pozbyć. Filologowie umarliby z żałości, choć oni także pracują nad digitalizacją - tyle, że dopasowaną do swoich potrzeb (pisałem o tym we wpisie "Internet a dorobek kulturowy", 14.04.2005).

Oszczędności, jak argumentuje Bell, mogą też dotyczyć niszowych publikacji naukowych wydawanych obecnie. I to dopiero przyprawia o ból głowy. Jest prawdą, że wiele cennych akademickich książek drukuje się w kilkuset egzemplarzach, z czego pokaźną część nakładu wykupują biblioteki naukowe. Co stanie się wtedy, gdy owe uznają: "po co nam ten materiał jako książka, niech nam to dadzą jako e-book"?

Nie chodzi o wątpliwe apanaże autora. Chodzi o to, że skazanie go na publikację elektroniczną może skazać książkę na niebyt. Największe wyszukiwarki hołdują gustom większości, pozycjonując dane wedle ich popularności. Trudno, by popularna była książka o strategii zmiany płci u Amphiprion ocellaris (czyli błazenków - to te od Nemo), co przecież nie może w żaden sposób decydować o jej wartości intelektualnej!

Ostrzegam przy tym przed uleganiem mitowi, że w Internecie wszystko można znaleźć. Dla mnie to przekonanie nie różni się od innego, równie bezkrytycznego, że Internet to w istocie jeden wielki chaos. Podkreślam natomiast po raz kolejny na tym blogu, że coraz większą rolę będzie spełniać nasza kompetencja techniczna związana z komputerami. Techniczna, ale w istocie powiązana z komunikacyjną. Umiejętność skutecznego i szybkiego znalezienia poszukiwanych informacji, które w dodatku będą wiarygodne - oto cecha, która za kilka lat stanie się jedną z najistotniejszych.

Bell, wbrew wymowie tego wpisu, nie kreśli przyszłości w ciemnych barwach. To po prostu ja wybrałem najbardziej interesujące mnie zagadnienia (ach, ten gate-keeping). Pozytywy związane z publikacjami elektronicznymi, hipertekstem i wyszukiwaniem stosownych danych, są tematem dość ogranym. W istocie są one jednak kluczowe, dzięki nim uczestniczymy w rewolucji.
error300.org

2005/05/10

"Mam dla Ciebie wyjątkową ofertę"

Otrzymałem dziś rano e-mail, na konto przypisane do niniejszej strony. W tytule zapytanie: "error300.org is yours, right?".

Hmm. Right, right. Autor oczywiście nieznany, ale... co tam, nie wygląda to źle. Tytuł spersonalizowany, chociaż maszyny nie takie rzeczy potrafią... Waham się, ale załączników nie ma. Zachowuję prewencyjnie niski poziom podejrzliwości i cofam palec znad przycisku oznaczonego skrótem "Del". Postanawiam zajrzeć.

"Hello,
Scott Reese here. I was wondering how you are doing with error300.org?"

Hmm. Czyżby ów dżentelmen zainteresował się moją stroną? Co, gdzie, jak? Może ten ktoś również prowadzi bloga o podobnym charakterze? Chętnie przeczytam to, co dalej.

"I've earned substantial money with my web site, partnering with a California-based and Inc. 500 ranked Internet company that is growing like wildfire - and it never cost me a penny to get started."

Ha. Wszystko jasne... Omijam wzrokiem linijkę ze spamerskim linkiem, już nie czytam, tylko przeglądam...

"This is an exploding opportunity in a $20 billion per year industry, and it's growing very quickly worldwide.
If what you see and hear interests you, I'll show you how to use error300.org with this to make a serious income that will grow each month and come to you for years."

Gdybym był Klossem, wydusiłbym z siebie "Brunner, ty świnio...". Zamiast skasować spamerską wiadomość, postanawiam wykorzystać ją na potrzeby bloga. A zaraz po skończeniu tego wpisu z ulgą wyślę tamto coś do kosza.

You will open and fill this one for sure.




Umiejętne formułowanie wiadomości i wsparcie się odpowiednim software'em oczywiście wystarczy, by wiadomość nabrała kształt osobistego, "odręcznego" listu. Mimo to jestem trochę zły, że ten konkretny zmylił nawet mnie.

Refleksja na temat niechcianej korespondencji wykracza poza indywidualne "nabrał się, nie nabrał". Spamerzy uczą się i coraz częściej wychodzą ze swym procederem poza listy elektroniczne. Nie mówię nawet o zaśmiecaniu forów na stronach WWW czy Usenetu, bo to przerobiliśmy przez lata. Stosunkowo nowym zjawiskiem jest spamowanie blogów - poprzez masowe "komentowanie" wiadomości tam nagromadzonych.

Mark Cuban, szef HDNetu, właściciel Dallas Mavericks i ciekawego bloga, tak zwraca uwagę na ten problem:

"One of the nuisances of running a blog is having to delete extraneous comments and spam. Every blogging service is fighting commercial spam in its comments. (...) The lesson learned is that we as a medium need to set some groundrules on comment spam.

For commercial blog hosting sites like weblogsinc, livejournal, blogspot , or other portal offered sites, one of the terms of service should preclude spamming or spam promotion. For media or corporate websites, it should be an editorial common sense.

Otherwise, we might find ourselves sliding down a slippery slope that ends up silencing what some might think is the most valuable part of a blog - user comments."

Podzielam tę obawę. Autor bloga może kasować niechciane, spamerskie komentarze, ale czy samym komentującym będzie się jeszcze chciało odzywać? Przecież zazwyczaj unikamy miejsc, które zaśmieca spam...

A może martwię się niepotrzebnie?
error300.org

2005/05/09

Jak internauta staje się portalem

Poszukiwanie informacji to jedna z dwóch najistotniejszych ludzkich aktywności w Internecie; drugą jest komunikowanie się z innymi. To żadna nowość, ale pokażmy to na konkretnym przykładzie; oto wyciąg z badań NetTrack, prowadzonych sukcesywnie przez SMG/KRC (tutaj dane za 01-03.2005; źródłem jest artykuł z IDG). Pośród dziesięciu najczęściej odwiedzanych przez Polaków stron internetowych mamy:

  • 5 portali (Onet - miejsce 1., WP - 2., Interia.pl - 4., ósme jest O2, a dziewiąta Gazeta.pl),
  • 2 strony operatorów GSM (Idea - nr 7, Era - 10),
  • 1 stronę komunikatora (Gadu-Gadu na m-cu 5.),
  • 1 serwis aukcyjny (Allegro - nr 6),
  • 1 wyszukiwarkę (Google, nr 3, jedyna "zagraniczna" strona w dziesiątce).
Portale pełnią wiele ról, jednak przede wszystkim zapewniają dostęp do informacji (sekcja newsowa, wyszukiwarka) i licznych kanałów komunikacyjnych (e-mail, czaty, fora, Usenet). Podkreślam fakt, że stanowią one aż 50% z dziesięciu najczęściej odwiedzanych polskich witryn WWW... fakt tym bardziej znaczący, że jeszcze w grudniu 2004 O2 znajdowało się poza czołówką.


(strona główna portalu O2, odwiedzanego ostatnio - według SMG/KRC - przez 17,7% polskich internautów)

Komentarza nie wymaga popularność Google'a. Wskazywanie strony Gadu-Gadu jako jednej z często odwiedzanych sygnalizuje, jak ważnym codziennym narzędziem stał się dla Polaków ten program... A kogo dziwi obecność Idei i Ery, niech skieruje uwagę nie na ich ofertę handlową, ale na darmowe bramki SMS (znowu ta komunikacja!).

Podsumowując, w pierwszej dziesiątce jest tylko jedna witryna nie służąca w bezpośredni sposób (!) interpersonalnemu komunikowaniu ani wyszukiwaniu informacji. Chodzi oczywiście o Allegro. Pozostałe zaspokajają albo głód informacyjny, albo komunikacyjny.

* * *

Zdywersyfikujmy jednak spojrzenie na poszukiwanie informacji. Za pomocą jakich głównych środków odbywa się ten proces? Już powyższe wyniki pozwalają na odpowiedź - bardzo istotną rolę odgrywają zarówno portale, jak i wyszukiwarki (w tym wyszukiwarki zaimplementowane na portalach). Do tej dwójki dołącza Usenet, ongi podstawowy kanał wymiany informacji i poszerzania wiedzy, dziś odsunięty w cień dzięki coraz to nowym usługom w obrębie WWW.

Niektórzy naukowcy są jednak zdania, że kanałem poszukiwania informacji stał się... sam internauta. Poprzez skomplikowany układ sieci społecznych i technicznych udogodnień, stajemy się drogowskazami dla innych. Profesor Barry Wellman z uniwersytetu w Toronto, socjolog i badacz Internetu, zajmujący się m.in. sieciami społecznymi, w taki sposób opisuje badania prowadzone w swoim ośrodku:

"our NetLab is currently looking at the kinds of relationships that the internet does (and does not) foster (...). As an overarching thought, we believe that the evolving personalization, portability, ubiquitous connectivity, and wireless mobility of the internet is facilitating a move away from interactions in groups and households, and towards individualized networks. The internet is helping each person to become a communication and information switchboard, between persons, networks, and institutions."

(Wellman, B. (2004). The three ages of Internet studies: ten, five and zero years ago. New media & Society, Vol. 6(1): 123-129 --> wydawnictwo Sage sporadycznie udostępnia zasoby za darmo, ale ten konkretny tekst można ściągnąć ze strony autora)



(Barry Wellman, fot. z arch. autora)

Każdy człowiek staje się więc rozdzielnią, centralą informacyjną? Wellman powołuje się na takie usługi, jak np. Friendster, którego polskim odpowiednikiem jest Grono.net... Warto się im przyjrzeć, bo tego typu serwisy to faktycznie bardzo ciekawe zjawisko społeczne. Notabene startuje właśnie kolejny, szeroko zakrojony rodzimy projekt - Generacja Gadu-Gadu.

W swoim tekście Wellman nie wspomina tym razem o blogach, ale myślę, że można je śmiało przywołać, gdy mówimy o "ludzkich drogowskazach". Podobnie pasuje tu np. del.icio.us, system zsocjalizowanych zakładek i odnośników.

Barry Wellman kończy swój artykuł stwierdzeniem: "groups have clearly become individualized networks; on the internet and off of it (...). The person has become the portal".

Dopatrywałbym się w tym ostatnim zdaniu zamierzonej hiperbolizacji. W kontekście wcześniejszej wypowiedzi i tak nietrudno zgadnąć, co Wellman miał na myśli.
error300.org

[zbiorowy suplement]

Od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie uzupełnienie kilku wpisów. Nie tyle o własne przemyślenia, co o odnośniki literaturowe... parę razy zdarzyła mi się taka sytuacja: jest koncepcja wpisu, siadam, przelewam myśli w słowa, widzę je na ekranie monitora, wysyłam dokument na serwer i... zapominam o tym czy owym linku. Wczoraj zebrałem to, co trzeba. Oto zbiorowe uzupełnienie wpisów:

maj 2005
  • Wpis "Eurobiblioteka, Google i nasza tożsamość" znajduje się pięterko niżej i jest uboższy bez odniesienia do ciekawego tekstu z "Wired". Nie dotyczącego obaw historyków i polityków, ale lingwistów - tym ciekawiej. Tytuł artykułu: The Web Not the Death of Language.
kwiecień 2005
  • tekst "Ile lat ma Internet?" (29.04) ubogaci ten humorystyczny wykres. Aby jednak stał się zabawny, trzeba znać obśmiewany kontekst - świetna motywacja do odświeżenia wiedzy. A sam wykres naprawdę niezły :)
marzec 2005
error300.org

2005/05/05

Eurobiblioteka, Google i nasza tożsamość

Ta informacja nie trafiła na pierwsze strony gazet, ale podchwycił ją "Enter". Tekst ("E-biblioteka: Europa kontra Google") pochodzi z 3.05., przytoczę fragment a potem skomentuję:

"Przywódcy pięciu państw naszego kontynentu wystosowali do władz UE list w sprawie sfinansowania paneuropejskiej biblioteki internetowej. Apel został podpisany przez głowy państw: Polski, Niemiec, Węgier, Włoch i Hiszpanii. Jest on odpowiedzią na ogłoszoną w grudniu ubiegłego roku przez wyszukiwarkę Google inicjatywę stworzenia takiego zbioru o charakterze ogólnoamerykańskim."

O inicjatywie Google'a nie pisałem, ale było o niej głośno - w porozumieniu z trzema amerykańskimi uniwersytetami (Harvard, Michigan, Stanford), biblioteką publiczną w Nowym Jorku oraz angielskim Oxfordem, firma będzie digitalizować zbiory książkowe i udostępniać je w Internecie. Inicjatywa chwalebna, ale trochę racji trzeba też przyznać Jacques'owi Chiracowi, obawiającego się amerykocentryzmu. Francuzi nie chcą, by internetową wiedzę o Napoleonie czerpano z opracowań amerykańskich - i coś w tym jest. Czy my chcielibyśmy, by sieciowe wyszukiwarki preferowały jankeskie prace o zaborach i Powstaniu Warszawskim? Czy nie ulatywałby tu gdzieś duch naszej narodowej tożsamości? Praca kogoś z zupełnie innej kultury mogłaby być frapująca, ale nie byłoby dobrze, gdyby najpopularniejsza wyszukiwarka wskazywała ją jako najbardziej trafne źródło. Oto sedno wątpliwości znad Sekwany.

* * *

W "Drugim potopie" Pierre'a Lévy'ego (patrz "Człowiek i nowe media w komunikacji społecznej w XX wieku", red. M. Hopfinger) padło kilka ważnych pytań o zagrożenia, których źródłem jest Internet. Kanadyjski profesor pytał m.in. sam siebie, czy cyberprzestrzeń może być zagrożeniem dla narodowych języków i kultur - i czy obawa przed kulturową dominacją Stanów Zjednoczonych w Sieci jest uzasadniona.

Lévy wskazywał, że "groźba uniformizacji nie jest tak wielka, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Technologiczna i ekonomiczna struktura komunikowania w cyberprzestrzeni znacznie różni się od struktur kina czy telewizji. Zwłaszcza wytwarzanie i transmitowanie informacji jest znacznie bardziej dostępne jednostkom lub grupom dysponującym niewielkimi środkami". Filozof opisał też cztery ważne cechy Sieci; skracając, są to:

  • zanik monopolu przekazu publicznego,
  • rosnąca różnorodność sposobów ekspresji,
  • rosnące możliwości sprzętu umożliwiającego poruszanie się wśród zalewających nas informacji i ich odsiew,
  • rozwój wirtualnych wspólnot i międzyludzkich kontaktów na odległość w poszukiwaniu zaspokojenia wspólnych zainteresowań.

Jeśli spojrzymy na punkt trzeci, powinniśmy skojarzyć z nim wyszukiwarki. Od wyszukiwarek skojarzenie biegnie do Google'a, od Google'a do jego współpracy z pięcioma wielkimi bibliotekami, a stąd... No właśnie. Nie ma wątpliwości, że selekcja informacji jest nieodzowna, a wyszukiwarki są bardzo przydatnymi narzędziami. Jeśli jednak będą sortować literaturę naukową, rodzi się zagrożenie, że pewne zjawiska będziemy oglądać dość jednostronnie...


(Google nie daje wielu podstaw do obaw o amerykocentryzm, dba nawet o drobiazgi - tu logo w irlandzkiej symbolice, przygotowanej na Świętego Patryka)

Przy całej mojej sympatii do największej przeglądarki oraz niechęci do spiskowych teorii dziejów, muszę stwierdzić, że eurobiblioteka internetowa jest naprawdę dobrym pomysłem. To po prostu nasza polisa bezpieczeństwa, "na wypadek gdyby"... Ani trochę nie podejrzewam Larry'ego Page'a i Sergey'a Brina o wspieranie amerykańskiego imperializmu, ale jestem pewien, że ich szczytną w założeniu inicjatywę można nieetycznie wykorzystać.

List, o którym napisał "Enter", bardzo mnie więc cieszy - tym bardziej, że "nasi tam byli". Brawo.

Pierre Lévy konstatował, że hamulcem dla rozprzestrzeniania różnorodności w Sieci mogą być kwestie techniczne (np. implementacja złożonych alfabetów niełacińskich), ale oprócz nich "nic w Internecie nie zagraża różnorodności z wyjątkiem braku inicjatywy lub braku rozmówców posługujących się takim czy innym językiem mniejszościowym".

I cóż powiedzieć... Lévy ma rację. Ostatecznie wszystko sprowadza się właśnie do braku inicjatywy. Prezydenckie komentarze nie są konstruktywne, jeśli nie idą za nimi działania. Dobrze więc, że pierwsze kroki już postawiono.
error300.org

2005/05/03

"Ozon" o blogach: burza w szklance wody

Kupiłem z medioznawczego obowiązku numer "Ozonu". Podoba mi się format i papier, treść trudno oceniać po jednym numerze. Cieszy zainteresowanie tzw. nowymi technologiami i Internetem w ogóle - trzy artykuły plus felieton. Mam nadzieję, że ta tendencja się utrzyma. Niestety, tygodnik od razu podpadł mi kiepskim tekstem o blogach (H. Salik, Koniec niewinności, Ozon 2/2005).


(Okładka drugiego numeru "Ozonu")

Nie cierpię sytuacji, gdy dziennikarze są przekonani, że dokonują istotnego odkrycia i popełniają na tę okoliczność podniosły materiał, podczas gdy w istocie o żadnym odkryciu nie może być mowy.

Salikowi wydaje się, że oto skończyła się niewinność polskich blogów a "polskich internatutów kuszą łatwe pieniądze" (pisownia oryginalna, proszę wybaczyć złośliwość). Z tekstu można wynieść pesymistyczne przeświadczenie, że najnowszym trendem będzie - a może nawet już jest - ciche sponsorowanie prywatnych blogów przez wielkie koncerny. Nie neguję tego zjawiska, bo po prostu trudno mi je zweryfikować; mało tego, jestem zdania, że jak najbardziej niektóre firmy i niektórzy bloggerzy idą na nieetyczne układy.

Problem z oceną skali zjawiska powinien być jednak istotny nie tylko dla mnie, ale i dla autora tekstu. A nie jest. Kilkanaście osób "zbadanych" dzięki dziennikarskiej prowokacji plus dwa cytaty to nie cały Internet, jakby nie patrzeć. To trochę tak, jakby po dwóch pożarach w Warszawie i jednym kontrolnym spaleniu stodoły napisać kategoryczny, podbarwiony sensacją tekst o łatwopalności stołecznego budownictwa i o tym, że może wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie.

A dlaczego kryptoreklamowe przekazy w prywatnych wiadomościach internetowych to żadne odkrycie? Ano dlatego, że - patrząc teoretycznie - mogły być wykorzystywane całe lata wcześniej, czy to na IRCu i czatach, czy na forach dyskusyjnych i Usenecie. Ten ostatni powstał jeszcze w 1979 roku, a w Polsce rozprzestrzenił się już w latach 1994-95... Wniosek: pomysł Salika jest naprawdę bardzo zwietrzały.

Aby zakończyć optymistycznie, dodam, że we wzmiankowanym numerze "Ozonu" jest drugi tekst rzeczonego autora i ten już mi się podoba. A skoro wpis jest o blogach, podrzucam przy okazji trzy całkiem interesujące znaleziska:
  • - blog Roba Zombiego, muzyka i reżysera, pasjonata starych horrorów (blog promujący twórczość, w zamyśle miał dotyczyć jednego filmu, ale nieco się rozszerzył),
  • - blog zespołu Minus Kelvin (audioblog, podcasting; ciekawa koncepcja promowania siebie),
  • - The Darth Side, dziennik "prowadzony" przez... samego Mrocznego Lorda ;)
.error300.org

2005/05/01

Audiowizualna rewolucja?

Windows Media Video High-Definition, czyli WMV HD. Zapamiętajcie ten skrót.

Najbardziej ekscytujący format obrazu od lat opracowany został - stety, niestety - przez Microsoft. Inicjatywa jest skazana na sukces, bo rozdzielczość oferowana przez WMV HD po prostu zwala z nóg. Najprościej przekonać się o tym na stronie oficjalnej formatu, gdzie do ściągnięcia jest kilkanaście trailerów przeróżnych filmów (dzięki, SebZet!).


(Fragment oferty dostępnej na www.WMVHD.com)

Niektórzy będą zawiedzeni, a to z bardzo prostego powodu: nie uda im się nic obejrzeć. Niestety, WMV HD ma rozbudowane wymagania sprzętowe. W wersji minimalnej:

Microsoft Windows XP
Windows Media Player 9 Series
2.4 GHz processor or equivalent
384 MB of RAM
64 MB video card
1024 × 768 screen resolution
16-bit sound card
Speakers

Dodajmy, że taka konfiguracja wystarczy do odtwarzania gorszego (720p) z dwóch dostępnych wariantów rozdzielczości. Dla odtwarzania lepszego (1080p) potrzeba będzie procesora 3 GHz... Nie pierwszy raz gigant z Redmond stosuje zasadę nie oglądania się na obecne standardy i konfiguracje komputerów - co niekoniecznie jest korzystne dla naszych portfeli, ale też dla możliwości popularyzacji formatu. Po prostu zabierze ona więcej czasu. Nie sposób jednak nie docenić plusów; powtórzmy, że jakość obrazu naprawdę zapiera dech. Wedle deklaracji Microsoftu, może być nawet do 6x lepsza od DVD...


(Steven Soderbergh, zdobywca Oskara za "Traffic". Fot. za www.stevensoderbergh.tripod.com)

Wiele wskazuje na to, że ewentualna dominacja WMV HD znacząco zmieni sposób dystrybuowania i promowania filmów fabularnych. Forpoczta w drodze. Jak pisze Guardian, reżyser Steven Soderbergh podpisał własnie umowę na nakręcenie sześciu filmów w nowym formacie. Produkcje te mają trafić do równoczesnej dystrybucji kinowej, telewizyjnej i na DVD - wszystko to w obrębie biznesowych przedsięwzięć HDNetu, czyli miliarderów Marka Cubana i Todda Wagnera.


error300.org