Przeczytałem właśnie ciekawy tekst w
"The New Republic". Profesor
David A. Bell pisze tam o e-bookach i książkach tradycyjnych, a także o technologii i... akademickim kontekście całego zjawiska. Tekst nosi adekwatny tytuł
"What The Internet is doing to scholarship" (fragment dostępny
tutaj; cały tekst po rejestracji).
Bell bardzo przenikliwie opisuje rewolucję, której jesteśmy świadkami i uczestnikami. Chwali jej liczne zalety, ze szczególnym uwzględnieniem demokratyzacji dostępu do źródeł naukowych. Bell jest historykiem, doskonale zna więc cierpienia badacza, którego limituje właśnie niedostępność danych. Przywołuje nawet przykład znajomej, która przyjęła etat na uniwersytecie South Dakota, jednak szybko z niego zrezygnowała - cała tamtejsza kolekcja biblioteczna z jej dziedziny badawczej była, jak konstatuje Bell, "długości ramienia".
Dziś, dzięki Internetowi, dostęp do wiedzy przestaje być problemem. Nawet niszowe dziedziny mają lepiej - w dobie digitalizacji starych dokumentów, pracę nad starodrukami z równym powodzeniem można prowadzić z Dakoty, Polski czy Tajwanu. Cóż dodać. Demokratyzacja na całego; można przyjąć, że liczyć się będzie głównie potencjał intelektualny tego czy owego badacza.
To jednak byłby, przyznaję ze smutkiem, stan idealny. Bell zwraca uwagę na kontrowersje i zagrożenia publikacji elektronicznych. Wskazuje, że wielość bodźców oferowanych przez komputer jego na przykład bardzo rozprasza, przez co obniża wartość intelektualną wykonanej pracy. Mogę tylko przyklasnąć. Sam intensywnie korzystam z publikacji elektronicznych, ale drukuję niemal wszystko, co uznaję za ważne - i wtedy zabieram się do pracy. Bell zauważa także, jak zmienia się styl czytania - niekoniecznie na lepsze. Programy oferują wyszukiwanie słów w dokumentach. Zamiast uważnie czytać, by zrozumieć co chciał przekazać autor X, co chwilę musimy opierać się pokusie "skakania po słowach kluczowych" i wybierania tego, co nam akurat pasuje. To wcale nie musi być zaleta. Gdy otwieramy książkę, jak słusznie zauważa Bell, panem ma być autor, nie czytelnik:
"Instead of surrendering to the organizing logic of the book you are reading, you can approach it with your own questions and glean precisely what you want from it. You are the master, not some dead author. And this is precisely where the greatest dangers lie, because when reading, you should not be the master. Information is not knowledge; searching is not reading; and surrendering to the organizing logic of a book is, after all, the way one learns." Są jednak zagrożenia nawet ważniejsze, bo powyższe w jakimś stopniu dotyczą granic ludzkiej adaptacji. Dziś biblioteki utrzymują stare, bardzo cenne księgi - płacąc krocie za konserwację i ubezpieczenia. Można obawiać się, że po zdigitalizowaniu dzieł zechcą się ich, w ten czy inny sposób, pozbyć. Filologowie umarliby z żałości, choć oni także pracują nad digitalizacją - tyle, że dopasowaną do swoich potrzeb (pisałem o tym we wpisie
"Internet a dorobek kulturowy", 14.04.2005).
Oszczędności, jak argumentuje Bell, mogą też dotyczyć niszowych publikacji naukowych wydawanych obecnie. I to dopiero przyprawia o ból głowy. Jest prawdą, że wiele cennych akademickich książek drukuje się w kilkuset egzemplarzach, z czego pokaźną część nakładu wykupują biblioteki naukowe. Co stanie się wtedy, gdy owe uznają: "po co nam ten materiał jako książka, niech nam to dadzą jako e-book"?
Nie chodzi o wątpliwe apanaże autora. Chodzi o to, że skazanie go na publikację elektroniczną może skazać książkę na niebyt. Największe wyszukiwarki hołdują gustom większości, pozycjonując dane wedle ich popularności. Trudno, by popularna była książka o strategii zmiany płci u
Amphiprion ocellaris (czyli błazenków - to te od Nemo), co przecież nie może w żaden sposób decydować o jej wartości intelektualnej!
Ostrzegam przy tym przed uleganiem mitowi, że w Internecie wszystko można znaleźć. Dla mnie to przekonanie nie różni się od innego, równie bezkrytycznego, że Internet to w istocie jeden wielki chaos. Podkreślam natomiast po raz kolejny na tym blogu, że coraz większą rolę będzie spełniać nasza kompetencja techniczna związana z komputerami. Techniczna, ale w istocie powiązana z komunikacyjną. Umiejętność skutecznego i szybkiego znalezienia poszukiwanych informacji, które w dodatku będą wiarygodne - oto cecha, która za kilka lat stanie się jedną z najistotniejszych.
Bell, wbrew wymowie tego wpisu, nie kreśli przyszłości w ciemnych barwach. To po prostu ja wybrałem najbardziej interesujące mnie zagadnienia (ach, ten gate-keeping). Pozytywy związane z publikacjami elektronicznymi, hipertekstem i wyszukiwaniem stosownych danych, są tematem dość ogranym. W istocie są one jednak kluczowe, dzięki nim uczestniczymy w rewolucji.
error300.org