error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2005/06/27

Wojna, wojna, wszędzie wojna

W "Wyborczej" fajny tekst Konrada Godlewskiego o World of Warcraft, uzależnieniu od MMORPG-ów i ich ekonomii. Ma rację autor, że tak naprawdę dopiero WoW przebił się do masowego audytorium (uzupełnijmy, że globalnego, bo taki Star Wars Galaxies w Ameryce był popularny już od 2 lat). To niewątpliwie dopiero początek, a ciekawych obserwacji będzie co nie miara. Już zacieram ręce. Nawiasem mówiąc, w ramach drobnej korekty, WoW ma nie 1,6 mln, a ponad 2 miliony użytkowników.



Początek czy nie, pewne trendy warto znać. Dlatego podoba mi się częste wspominanie w prasie o wirtualnej ekonomii czy o uzależnieniu od MMORPG-ów. Bo o ile uzależnienie od Internetu samo w sobie jest być może nieco przereklamowane, o tyle atrakcyjność świata MMORPG-ów to nowa jakość również w tym temacie. Zgadzam się, że uzależnić można się od bardzo wielu rzeczy, jednak MMORPG-i to "grupa ryzyka" sama w sobie. Jeśli MUDy przy IRCu to "pejotl przy cukierkach" (jak pisała Herz w "Wędrówkach..."), to jak nazwać MMORPG-i? Najczystsza kolumbijska kokaina?

Tymczasem Terra Nova opublikowała, rękami Rena Reynoldsa, ciekawe spostrzeżenie. World of Warcraft, Warhammer, Star Wars Galaxies, Guildwars. Top trend marketingu MMORPG - wszędzie wojna...? Pół żartem to, pół serio, ale ostatecznie wojna napędza gospodarkę. Stara prawda sprawdza się i w wirtualu.
error300.org

2005/06/23

W dziesięć lat po potopie

W toku prac nad doktoratem wróciłem ostatnio do książki J.C. Herz "Wędrówki po Internecie". Nieustająco polecam tę, jak to określił William Gibson, postgeograficzną książkę podróżniczą. Nie wiesz jak wyglądał Internet 10-15 lat temu? Tu się dowiesz.

Dziesięć lat temu nastąpiło ostatnie symboliczne wydarzenie związane z upublicznieniem dostępu do Internetu. NSF sprywatyzował dostęp do sieci, co pozwoliło na zaludnienie go milionami osób nie związanych z nauką, wojskiem ani nie będących pasjonatami komputerów. W swojej książce Herz świetnie oddaje ducha tamtej epoki... bo chyba można mówić o pewnej epoce, która była i odeszła. Coś jak Dziki Zachód z początków kolonizacji, ale przed kolonizacją masową.
error300.org
(Okładka polskiego wydania książki J.C. Herz... niestety, nakład chwilowo wyczerpany)
error300.org
Jakby się zastanowić, to właściwie teraz mamy już przełom drugiej i trzeciej epoki. Można przywołać krzywą EPS Merilla i Lowensteina, w oparciu o którą wyjdzie nam, że Internet sam w sobie przeszedł już przez fazę elitarną. Obecnie jesteśmy na styku fazy popularyzacji i specjalizacji - zależy gdzie spojrzeć. Stany Zjednoczone widzę zdecydowanie w tej drugiej, Bułgarię w pierwszej. Polskę, z jej 9-10 milionami internautów (badania, które mówią o ca. 8 milionach pomijają dzieci i młodzież do lat 15), sytuowałbym idealnie na styku.

Herz, ma się rozumieć, opisała fazę elitarną i obawy charakterystyczne dla użytkowników Sieci z tamtej epoki. "To przerażająca myśl - pisze Wielki Grendel-chan. - Sieć w zdecydowanej większość składa się z ludzi wykształconych. Co się z nią stanie, kiedy każdy będzie mógł się zalogować? Ja osobiście nie umieram z radości na myśl, że przyjdą tu ci wszyscy piwosze, kibice, licealiści, zjadacze Burger Kingów i oglądacze telezakupów. Myślę, że przed tego rodzaju ludźmi trzeba będzie uciekać. Ci, którzy logują się teraz, przeniosą się do takich miejsc, jak well czy mindvox, gdzie będą płacić za oddzielenie od tłumu".

Doskonale wiemy, że do takiego podziału nie doszło. Nowi zostali zasymilowani, sami stali się bywalcami. Teraz wszyscy wspólnie bronimy się przed zbytnim skomercjalizowaniem Sieci. Bo tak naprawdę to właśnie "krawaciarzy z Wielkiej Korporacji Medialnej", a nie początkujących internautów najbardziej obawiała się Herz i znaczna część weteranów.

2005/06/17

Seks, Google i tapety na pulpit

Ciąg dalszy tematu wyszukiwania danych w Sieci. Robin Hamman, badacz społeczności internetowych, przytoczył dziesięć haseł najczęściej przewijających się przez wyszukiwarkowe zapytania Brytyjczyków w ostatnim miesiącu. Wyniki - i wątpliwości co do nich - na blogu Hammana.

Z ciekawości postanowiłem porównać. Rodzime dane publikuje m.in. SearchEngines.pl, a analiza zapytań z Onetu z ostatniego tygodnia (9-16.06.) daje następujące wyniki:
  1. sex
  2. google
  3. lotto
  4. praca
  5. tapety pulpit
  6. tapety
  7. mp3
  8. bramka sms
  9. the sims
  10. gry
Ten sam tydzień dla Wirtualnej Polski:
  1. sex
  2. google
  3. allegro
  4. ford
  5. porno
  6. praca
  7. google.pl
  8. tapety na pulpit
  9. gry
  10. onet.pl

Moim pierwszym skojarzeniem w związku z wynikami był film Soderbergha, który zresztą pozwoliłem sobie sparafrazować w tytule tego wpisu. A odrobinę poważniej: wyniki mnie specjalnie nie dziwią, choć da się tu zaobserwować parę ciekawostek. Po pierwsze - jeśli szukamy (my, polscy internauci) poprzez portale dostępu do Google'a, to chyba bardzo słabo radzimy sobie z obsługiwaniem przeglądarek. Szkoda, że nie ma zmiennych dotyczących wieku i wykształcenia osób, które wpisują takie hasła. Jestem bardzo ciekaw.

Po drugie, naprawdę nie spodziewałem się zobaczyć w dziesiątce - i to w obu przypadkach kwerend związanych z tapetami na pulpit. Nie wiedziałem, że jest na nie taki run. Chyba umknął mi ten trend (bo jeśli mamy tak aktywne wyszukiwanie w temacie, to chyba jest już jakiś trend, a nie poślednie zjawisko...?).

Po trzecie, Ford i Lotto. Hmm. Nie do końca jestem w stanie to sobie racjonalnie wyjaśnić. Zwłaszcza Forda. Automaniacy powiedzcie, jest jakaś promocja?

* * *

Tymczasem z zupełnie innej, acz niezbyt oddalonej beczki. W poprzednim wpisie wspominałem analizę Silversteina i spółki oraz to, co im z owej analizy wyszło. Że niezbyt umiejętnie korzystamy z wyszukiwarek. Chcę przy okazji zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tego zjawiska.

Poniżej jeszcze kilka czerwcowych fraz z wyszukiwarek - tym razem takich, które przywiodły Czytelnika do tego bloga. Zaznaczam, że jest to intencjonalny wybór i takie też ułożenie, ale o tym zaraz:
  1. cechy cyberprzestrzeni
  2. wpływ internetu na społeczeństwo
  3. socjologiczne aspekty internetu
  4. dobry i zły wpływ internetu
  5. wmvhd
  6. odnośniki literaturowe harvard
  7. jak napisać ofertę handlową przykład
  8. powstawanie reklamy telewizyjnej
  9. tożsamość kina
  10. wykres władz rządzących
  11. piętnastolatki
  12. książka o napoleonie do ściągnięcia
  13. przykłady not kondolencyjnych
  14. koniec niewinności darmowe mp3
  15. pulpit tapeta morze

W sumie przytoczyłem 1/3 zapytań z tego miesiąca, które przywiodły kogoś w moje skromne wirtualne progi z wyszukiwarki. Są kwerendy w miarę adekwatne (1-5), są też takie, które w sposób oczywisty wprowadzają w błąd (6-15).

Na blogu nie ma nic wprost o Napoleonie ani o tożsamości kina... Nie wskazywałem też przykładowych not kondolencyjnych, nie rozrysowywałem wykresów o reklamie czy polityce. Zawód spotkał również poszukiwacza lub poszukiwaczkę morskich tapet (znów te tapety, o co chodzi?!) oraz piętnastolatek - choć w tym ostatnim przypadku pragnę wierzyć, że był to rówieśnik albo policjant prewencyjnie przeglądający strony internetowe.

Powyższym zestawieniem nie chcę jednak bawić, a raczej uczulić. Umiejętność pogłębionego wyszukiwania treści w Internecie jest ważna - tutaj pojawiły się rozbudowane frazy, fajnie - ale to nie wszystko. Ważna jest jeszcze ograniczona ufność w stosunku do maszyn. Przywołując kwerendy, które przywiodły na error300.org mam wrażenie, że zbytnio ufamy w "inteligencję" programu, który ma coś dla nas znaleźć. Względnie jesteśmy tak zdesperowani, że bierzemy w ciemno wszystko, co nam ów program zaproponuje.

A przecież wiara, że będzie on umiał dla nas znaleźć najlepsze rozwiązanie, najbardziej adekwatny - i ultraspersonalizowany - wynik, jest bezpodstawna. Co na załączonych kwerendach, w kontekście tego, dokąd zaprowadziły, widać najlepiej. Kiedy wydawałoby się, że argument o zbytniej ufności jest oczywisty i doskonale przez wszystkich znany, wyniki wskazują, że nie jest to prawda.
error300.org

2005/06/11

Kto szuka źle - błądzi

Ilekroć piszę o wyszukiwarkach, przypomina mi się badanie przeprowadzone ongi przez Silversteina i współpracowników. W 1998 roku przeanalizowali oni okrągły miliard zapytań, jakie złożyli internauci w Altaviście.


(Przykre, ale to wyszukiwarki bardziej dbają o szczegóły niż ich użytkownicy...)

Wyniki były dość przygnębiające. 77% sesji zawierało tylko jedno zapytanie - co oznacza brak pogłębionego poszukiwania informacji w oparciu np. o dywersyfikację haseł, dodawanie uzupełniających wyrażeń, nazwisk, itd. Jeszcze gorsze jest to, że 85% użytkowników kończyło swoją przygodę z wyszukiwaniem na pierwszej stronie otrzymanych wyników. Na niej znaleźli satysfakcjonującą odpowiedź i odsurfowali dalej. Koniec, kropka.

Nie wydaje mi się potrzebne wyjaśnianie tutaj szerzej, że pozycja w Google'u czy Altaviście niekoniecznie świadczy o jakości prezentowanych informacji. Ani bardziej o ich adekwatności do potrzeb czy też oczekiwań danego użytkownika. Warto tylko skonstatować, że jest to po prostu niebezpieczne.

Badanie, choć bardzo pogłębione, ma jednak 7 lat i żywię nadzieję, że od tego czasu coś się jednak zmieniło na lepsze. Jeśli trafię na nowsze analizy kwerend, dam znać we wpisie. Muszę jednak powiedzieć, że mój życiowy optymizm jest w tej kwestii raczej przygaszony; zbyt często obserwuję, jak ludzie dookoła wykorzystują Google'a. A nie wykorzystują go specjalnie dobrze i zdecydowanie zbyt często wierzą, że wynik "z komputera" będzie obiektywny, bezstronny i najlepszy z możliwych. Parafrazując Remarque'a - w wirtualu bez zmian?

* * *

Całkiem a propos: trafiłem na ciekawy artykuł o tym, jak efektywnie korzystać z Google'a. Brzmi to może trywialnie, ale tekst podaje wiele naprawdę ciekawych sztuczek dla użytkownika (str. 3) - niektóre są znane, inne mniej - a przy okazji mówi sporo o naszym bezpieczeństwie. Może tylko trochę zbyt technicznie i szczegółowo, jak na potrzeby przeciętnego humanisty. Tak czy siak - magazyn Hakin9 zaprasza do ściągnięcia w pełni legalnej wersji artykułu [PDF 2,3 MB]. Warto.
error300.org

2005/06/03

Nie taki haker straszny

Długo zbierałem się do wpisu o hakerach. Nareszcie nadarzyła się okazja: jak donosi Dziennik Internautów, prywatna Wyższa Szkoła Informatyki Stosowanej i Zarządzania organizuje konkurs mający wyłonić "Pierwszego Hackera Rzeczpospolitej". Są korporacyjni sponsorzy - LG, Heyah, a pośród patronów medialnych, a jakże, magazyn Hackin9.

Przeciętnemu internaucie, w Polsce i za granicą, określenie "haker" kojarzy się z przestępcą dybiącym na cudze pieniądze lub dane, względnie z socjopatą, którego życiowym celem jest destabilizowanie istniejącego porządku i uprzykrzanie życia nieznanym użytkownikom komputerów. Nic bardziej mylnego. Takie skojarzenie to konsekwencja eksploatowaniu terminu przez media, które chcąc nie chcąc stały się winne przekłamania.

W pierwotnym znaczeniu "haker" to osoba o bardzo dużych praktycznych umiejętnościach informatycznych. Czyli np. legitymująca się doskonałą znajomością wielu języków oprogramowania, albo najbardziej złożonych systemów operacyjnych. Nadzwyczaj często haker posiadał też dyplom topowej uczelni, Harvardu albo Massachussets Institute of Technology (MIT). Cyberprzestępcą, który włamuje się na serwery i prywatne komputery, a także okrada internetowe konta bankowe, jest natomiast cracker.


(Nie bój się hakerów. Eric S. Raymond - fot. ze strony Raymonda)

Inna sprawa, że crackerzy chętnie nazywają siebie hakerami - zupełnie jak stadionowi bandyci, którzy mienią się kibicami. Nie tłumaczy to jednak mediów; mniej lub bardziej bezrefleksyjnie zbudowały one stereotyp hakera-złoczyńcy. Informacje weryfikuje się u źródła - tu chyba tego zabrakło. W efekcie przekazy medialne wyrządziły dużą krzywdę nie tylko hakerom, ale i pozostałym użytkownikom sieci komputerowych. A to dlatego, że każdy z nas coś hakerom zawdzięcza. Więcej niż się spodziewamy.

* * *

Nie wszyscy znają genezę ruchów Free Software oraz Open Source. Pierwszy, wcześniejszy, powstał jeszcze w latach 80., jako protest pasjonatów informatyki wobec komercjalizacji systemu operacyjnego Unix przez koncern AT&T. Gigant odciął dostęp do kodu źródłowego Uniksa, co uniemożliwiło hakerom pracę nad jego rozwijaniem.

Tym właśnie jest Free Software - ruchem programistów i użytkowników komputerów zaangażowanych w działania na rzecz swobodnego dostępu do oprogramowania przez ogół społeczności internetowych. Przywódcą i głównym ideologiem ruchu jest Richard M. Stallman. Programista i haker ze słynnego MIT, założyciel Free Software Foundation. Orędownik wolności wypowiedzi jako takiej i nieskrępowanego rozwoju prac nad oprogramowaniem, twórca koncepcji copyleft. Dla wielu radykał, ale bardzo szanowany. Jego FSF nie jest zależna od funduszy wielkich korporacji.


(Richard M. Stallman, fot. ze strony Stallmana)

Alternatywą dla FS, jego uzupełnieniem, bardziej spolegliwą i pragmatyczną wersją, jest powstały później Open Source Initiative. Najczęściej kojarzy się z nim nazwisko innego hakera (i libertarianina) - Erica S. Raymonda. Wedle założycieli ruchu, wolne oprogramowanie ma być przede wszystkim lepsze technicznie , a nie ideologicznie. Raymond podobno ujął to kiedyś w bardzo przyziemny, ale trafny sposób: "jeżeli chcesz zmienić świat, musisz zjednać ludzi, którzy wypisują duże czeki".

OSI i FSF to temat-rzeka, rozwinę innym razem. Tymczasem konstatacja. Mniej lub bardziej bezpośrednio świat zawdzięcza hakerom to, że istnieje realna alternatywa dla produktów Microsoftu. Nie jesteśmy skazani na Windows, na pakiet Office w kosmicznej cenie, ani na szwankującą, uwstecznioną przeglądarkę (którą monopolista zajął się sumiennie dopiero wtedy, gdy rynek zaczęła rewolucjonizować Mozilla Firefox).

A zresztą - to wczesnemu hakerskiemu "nie" zawdzięczamy utrzymanie się przy życiu idei wolnego, bezpłatnego oprogramowania. To, że wielu osobom i firmom do dziś chce się tworzyć freeware, jestem skłonny widzieć jako pokłosie wczesnych działań Stallmana i ludzi jemu podobnych. Pokłosie wczesnohakerskiego etosu, wyrosłego w hipisowskiej kontrkulturze lat 60. i 70.

Eric S. Raymond wiele wyjaśnia w artykule "Jak zostać hakerem":

"Istnieje społeczność, kultura grupowa, złożona z ekspertów w dziedzinie programowania i magików sieciowych, której historia sięga wstecz poprzez dziesięciolecia do pierwszych wielodostępnych minikomputerów z podziałem czasu i najwcześniejszych eksperymentów z siecią ARPAnet. Członkowie tej kultury zapoczątkowali termin 'haker'. Hakerzy zbudowali Internet. Hakerzy uczynili z UNIXa system operacyjny, jakim jest dzisiaj. Hakerzy zapoczątkowali Usenet. Hakerzy sprawili, że Światowa Pajęczyna (World Wide Web) zaczęła działać. (...)

Filozofia hakera nie jest ograniczona do tej kultury software'owo-hakerskiej. Są ludzie, którzy stosują postawę hakera w innych zagadnieniach, jak elektronika czy muzyka - w rzeczywistości możesz znaleźć ją na najwyższym poziomie we wszystkich dyscyplinach nauki czy sztuki."

Jeszcze więcej szacunku powinien jednak wzbudzić ten fragment, który z największą przyjemnością zacytuję na koniec:

"Hakerzy rozwiązują problemy i tworzą rzeczy wierząc w wolność i wzajemną pomoc. Aby zostać zaakceptowanym jako haker, musisz zachowywać się jakbyś sam miał ten rodzaj podejścia. Jednak żeby zachowywać się tak, jakbyś miał takie podejście, musisz w nie naprawdę uwierzyć." *


W dzisiejszym świecie jak mało czego brakuje nam promowania wartości altruistycznych. Jak się tak bliżej przyjrzeć, "ci źli hakerzy" naprawdę robią dla nas dużo dobrego.




*
- po pewnych wahaniach w tytule i treści cytowanego tekstu poprawiłem używane tam słowo "hacker" na "haker", bo to ono jest prawidłowe w języku polskim. A przy okazji, na marginesie, dziękuję mojemu staremu druhowi tonidowi.
error300.org