error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2005/10/28

Naprawdę szybki gad

K-meleon 0.9 to kolejna na rynku, acz wcale nie nowa, niezależna przeglądarka internetowa. Postanowiłem poświęcić jej krótki wpis.

Przeglądarka ta powstała na licencji GNU i bazuje na kodzie Mozilli 1.7.5. Wersja 0.9 ma już kilka ładnych miesięcy (styczeń 2005), ale dopiero ostatnio trochę się o niej słyszy. Z jednej strony jest to następny produkt z ambicjami do uszczknięcia użytkowników Internet Explorerowi, z drugiej coś konkurencyjnego także w stosunku do Opery i Firefoksa. Dzieje się tak dlatego, że K-meleon to, według autorów, przeglądarka bardzo szybka i nie pożerająca pamięci. Tak reklamują ją na stronie projektu.


Zainstalowałem K-meleona na próbę i podoba mi się. Przeglądarka jest nieco mniej intuicyjna niż superprzyjazny Firefox czy stuprocentowo darmowa od niedawna Opera - ale ciągle wygodna w obsłudze. Szybko się ładuje i szybko ładuje strony, różnicę między "gadem" a Firefoksem widać gołym okiem. Tu twórcy nie minęli się z prawdą.

A jak z obciążeniem pamięci? Żaden ze mnie spec, może robię błąd w pomiarach, ale na chłopski rozum rewelacyjnie. Otwarte równolegle i zostawione same sobie Firefox i K-meleon, z identyczną liczbą paneli i identycznymi stronami WWW "na tapecie" w kilka minut od załadowania notowały zupełnie inne użycie pamięci. Obładowany, przyznaję, dodatkami Firefox wykazywał 16088 K, a leciutki K-meleon - ledwie 3948. Różnica, było nie było, kolosalna. Nie wiem, czy moje firefoksowe dodatki ją tłumaczą.

Dla przeciętnego użytkownika te różnice nie będą przesadnie istotne, zwłaszcza przy obecnej cenie części komputerowych. K-meleon będzie jednak jak znalazł na starsze maszyny o mniejszej mocy obliczeniowej, zwłaszcza, że jego funkcjonalność jest naprawdę bardzo przyzwoita. Warto się z nim zapoznać.
error300.org

2005/10/27

HPanoptikon, czyli uwaga na drukarki

Dużo by pisać o tym, że nowoczesne technologie stwarzają absolutnie ogromne pole do nadużyć i szpiegowania obywateli. Większość rewelacji z tym związanych oznaczam kategorią "nieweryfikowalne" i pozostawiam maniakom spiskowych teorii dziejów. Kiedy jednak o sprawie pisze Electronic Frontier Foundation, której członkami są m.in. Mitch Kapor i Lawrence Lessig, sprawa robi się poważniejsza i bardziej wiarygodna.

EFF wykryło, że liczne kolorowe drukarki laserowe, w tym takich producentów, jak Xerox, HP czy Canon, umieszczają na każdej wydrukowanej stronie niewidzialny gołym okiem MIC, czyli machine identification code. Kod potencjalnie szpiegowski, zawierający mniej lub bardziej szczegółowe informacje na temat producenta i egzemplarza drukarki, na której wydrukowany został dany dokument. I tak np. w przypadku Xerox DocuColor sekretna informacja składa się z żółtych kropek o średnicy mniejszej niż milimetr; na stronie EFF można znaleźć prostą instrukcję, jak odkryć wspomniane, niewidzialne gołym okiem zabezpieczenie. Dodajmy, że ta konkretna drukarka "mówi" naprawdę dużo - nie tylko, kto drukuje, ale i kiedy.

Jak piszą przedstawiciele fundacji: "the US government has succeeded in persuading some color laser printer manufacturers to encode each page with identifying information. That means that without your knowledge or consent, an act you assume is private could become public. A communication tool you're using in everyday life could become a tool for government surveillance. And what's worse, there are no laws to prevent abuse."

Instalowanie zabezpieczeń wymusił zresztą nie tylko rząd Stanów Zjednoczonych. Zabezpieczenia mają pomagać w ściganiu fałszerzy pieniędzy, ale czy nie ma tu mowy o nadużyciu?

EFF wystosowało list do amerykańskich specsłużb, w którym wyłuszcza całą sprawę. Prace fundacji są tymczasem kontynuowane, choć nie zawsze równomiernie zaawansowane dla drukarek wszystkich producentów. Można jednak zapoznać się ze wstępną listą tych maszyn, w których pracy zaobserwowano zostawianie sekretnych, podejrzanych śladów. Jest ona dostępna tutaj.

Zakończenie bardzo pod publiczkę, którego jednak nie umiem sobie odmówić - ciekawe, czy Bentham przewidział, że panoptikon można budować nie z cegieł, ale z lekko zabrudzonego tuszem papieru?
error300.org

2005/10/24

Prywatny komentarz powyborczy



all our base are belong to ducks...


o co chodzi?

2005/10/23

"Coś z tym trzeba będzie zrobić"

Świeżutki cytat z PAP-owskiej informacji o łamaniu ciszy wyborczej:

"Sprawą do prawnego uregulowania w przyszłości jest też przestrzeganie ciszy wyborczej w internecie - ocenił sędzia Kacprzak. Dodał, że w sobotę i niedzielę 'usiłowano zapanować nad forami internetowymi', gdzie dochodziło do łamania ciszy wyborczej - niektóre tematy były usuwane czy blokowane. "Ale coś z tym w przyszłości trzeba będzie zrobić - dodał Kacprzak."

Wielce mnie frapuje kilka kwestii, począwszy od owego "usiłowania" - jakie fora i jakie wątki były blokowane? Gdzie? Tylko na portalach, czy może wywierano naciski na inne fora? W oparciu o jakie prawne przesłanki?

Prawdopodobnie panu sędziemu chodziło o fora portali, co sprowadza nas chyba do kwestii już przeze mnie poruszanej - że warto formalnie uznać portale za media, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Inna sprawa, czy portal i jego forum to jedno; czy wolno blokować głosy na forum, gdzie przecież wypowiadają się głównie czytelnicy?

Czy aby nie mielibyśmy wtedy do czynienia z ograniczaniem wolności wypowiedzi społeczeństwa? Myślę, że te pytania, a także sama wypowiedź Kacprzaka, pokazują skalę problemu. Z internetowymi mediami i wolnością wypowiedzi w Sieci, z blogami, ze spamem. Przynajmniej część tych zagadnień musi kiedyś zostać ubrana w przepisy prawne i od tego nie uciekniemy.

Niestety, mało we mnie wiary, że polska władza sprosta legislacji związanej z Internetem. Obawiam się, że czeka nas igranie z ogniem, złe przepisy wykorzystywane potem w zły sposób, a dla nas, internautów, więcej nerwów niż powodów do śmiechu. Chociaż i te będą.
error300.org

Krócej, mniej, szybciej

Światek gier on-line ewidentnie bywa twórczy językowo, o czym przekonałem się całkiem niedawno, eksplorując Guild Wars (patrz poprzedni wpis). Podkreślę, że to pierwsza gra sieciowa, do której własnoręcznie postanowiłem zajrzeć na poważnie i na dłużej. Także pod kątem językowym.

BTW, BRB, LOL, ROTFL, LMAO, WTF, AFK - to wszystko tam jest, jasne. Akronimów ogólnie jest sporo, co zrozumiałe, bo jeśli głównym celem jest wygranie jakiejś potyczki, to nie można rozwlekle czatować z współgraczami z gildii lub drużyny. Zaryzykuję stwierdzenie, że w MMOG-ach akronimy przeżywają drugą młodość; na Usenecie, czy może jego polskiej części, coraz ich mniej.


W świecie Guild Wars - a z pewnością i w innych podobnych - są wręcz akronimy nowe, czego chyba się już na Usenecie nie uświadczy. Mam na myśli choćby nagminne WTS (want to sell), WTB (want to buy), LFG i LFP (looking for group/party). Zresztą minimalizm językowy jest tu jeszcze większy; nie ma "sorry" - jest "sry". Zamiast "ok" większość osób napisze "k", zamiast "thank u" czy "thx" - "ty", a zamiast "yes" - po prostu "y". To już naprawdę rekordowe, niespotykane gdzie indziej abrewiacje. Wygląda na to, że z dwóch-trzech liter ciągle jeszcze opłaca się zejść do jednej...

Dodam, że jeśli nawet ten minimalizm wyrabia się w trakcie szybkich potyczek, gdy postać gracza biega/strzela/bije/leczy, to i tak pozostaje nawykowo w niczym nieskrępowanych rozmowach (np. w miastach, przy handlu, itd.). I to może najważniejsza uwaga.

Ale jest jeszcze coś - pwnage, słowo wywodzące się wprost ze świata gier, które oznacza tyle, co ownage - pobicie, pokonanie, zdominowanie oponenta. Wyczerpująco wyjaśnia to angielska Wikipedia, wskazując kilka wariantów powstania tego sformułowania. Pwning armor, enemy pwnage, I pwnd u, n00b. Dużo tego w języku anglojęzycznych - i nie tylko anglojęzycznych nastolatków grających w Guild Wars. Stawiam dolary przeciw orzechom, że w innych MMOG-ach jest tak samo.

Ciekawe, czy i kiedy przeniesie się to w real - ostatecznie takie słówka, jak trendy i edgy już się chyba przeżyły środowisku lansu, przeczulonemu na punkcie tego, co nowe. A może już się dawno przeniosło, tylko o tym nie wiem? Prawdopodobne, bo ja chyba zatrzymałem się na etapie cool.

2005/10/01

Milion graczy w Guild Wars, dobra strategia sprzedaży

Kilkakrotnie pisałem już na blogu o MMORPG-ach (m.in. tutaj, tutaj i tu). Wpisy dotyczyły głównie World of Warcraft, tymczasem depcze mu po piętach produkt o nazwie Guild Wars. Gra znalazła już milion nabywców w Ameryce Północnej i Europie, o czym informuje producent, Arena.net.

Podstawowym atutem Guild Wars, którym gra ta przebija World of Warcraft, jest brak abonamentu. Jednorazowy wydatek i koniec - naprawdę bardzo dobrze pomyślane. Gra kosztuje w Polsce 129 zł, przemnóżmy te umowne 35 USD przez milion grających. I tak zbiera się ładna suma, prawda? Dla porównania, grający w WoW muszą płacić 10 dolarów za każdy miesiąc gry, co dla przeciętnego Polaka (Słowaka, Rosjanina, Chińczyka, Koreańczyka, itd.) jest kwotą niebanalną. 40 zł za sam tylko dostęp, a koszt początkowy World of Warcraft to, przypomnijmy, około 190 zł.


Odnoszę wrażenie, że twórcy WoW posłuchali złego doradcy; płacenie miesiąc w miesiąc za tę samą w gruncie rzeczy zawartość nie jest zbyt fortunne. Twórcy Guild Wars zaoferowali klientom ogromny świat z rewolucyjnymi aktualizacjami w czasie rzeczywistym (łatki i dodatki do gry ładują się same), zapowiadając po prostu, że wiosną przyszłego roku wypuszczą na rynek duże rozszerzenie do gry. Nie będzie ono obligatoryjne, ale płatne. I to będzie sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy - psychologicznie dużo lepszy niż abonament. Zamiast płacić za tę samą zawartość, jak w WoW, klient zapłaci za coś nowego. A że koszt wytworzenia będzie minimalny (raz wypracowany engine przeciez pozostaje), to i Arena.net słusznie na tym zarobi.

Rozpisałem się na tematy w sumie ekonomiczne, zapowiem więc, że będę poszukiwać polskich śladów w GW. Milion graczy to naprawdę coś, jestem ciekaw, jak wielu z nich to rodacy.

* * *
Nakładka MindTap do Firefoksa, o której pisałem 12 września, już nie jest tak sympatyczna, jak wcześniej. Wadą darmowych dodatków do darmowego oprogramowania jest to, że często nagle zupełnie zaskakują użytkownika. W MindTap pokazały się dziwne emotikony, całość się zinfantylizowała, co jakoś mnie od projektu odstręczyło.
error300.org