Dziennik Internautów doniósł za PAP-em o
powstaniu Stowarzyszenia Dziennikarzy i Mediów Internetowych. Inicjatywa zasadniczo mogłaby być bardzo cenna, ale obawiam się, że już na wejściu mamy tutaj do czynienia z zgrzytem... Moje wątpliwości budzą zarówno wypowiedzi pana Krzysztofa Łozińskiego (współzałożyciela SDiMI) dla PAP-u, jak i pisane jego piórem wymogi odnośnie tego, kto do stowarzyszenia może należeć. Warunki przystąpienia zostały zawarte
na stronie Kontratekstów.
Po odesłaniu do materiałów źródłowych wskażę konkretnie to, co uważam za kontrowersyjne albo wręcz błędne. W artykule informującym o Stowarzyszeniu, pan redaktor Łoziński tak definiuje kryteria przystąpienia do tegoż:
- przystępujący musi być dziennikarzem, tj. "musi mieć pewien dorobek dziennikarski",
- przystępujący musi przestrzegać prawa RP, tj. nie zostaną przyjęci autorzy propagujący rasizm, faszyzm, obrażający innych, itp.
- przystępujący musi być dziennikarzem internetowym, czyli zaliczać się do osób, które "publikują w prasie internetowej. Przy okazji zaznaczamy, że nie są prasą internetową strony domowe, strony firm, reklamy, fora, blogi itp. Prasą są gazety i czasopisma (także radio i telewizja), które w miarę regularnie wychodzą, mają jawny skład redakcji, tytuł, numer wydania i datę."
Kryterium drugie nie budzi moich najmniejszych zastrzeżeń. Pierwsze wymagałoby drobnego, moim zdaniem, dookreślenia, ale w nieformalnym przecież artykule - w przeciwieństwie do sformalizowanego statutu Stowarzyszenia - nie jest niezbędne. Mam natomiast duże wątpliwości do trzeciego punktu, który rodzi kilka pytań:
- skąd arbitralność w decydowaniu, co jest, a co nie jest prasą internetową? Prawo nie definiuje tego medium - doprowadzenie do ewentualnych, ale zdroworozsądkowych (!) regulacji prawnych powinno być pierwszym celem Stowarzyszenia,
- czy wobec owej prasy internetowej można - a przede wszystkim, czy należy - stosować identyczne środki rozpoznawcze i definiujące, co do prasy tradycyjnej?
- czy pominięcie blogerów, którzy nie mogą być członkami Stowarzyszenia, jest celowe? A jeśli tak, to czy wiąże się z niewiedzą (stereotyp bloga jako pamiętnika), czy raczej z arbitralnym uznaniem, że skoro poza wirtualnością takie "jednoosobowe redakcje" nie istnieją lub są niepoważne, to należy je pominąć? To moje domysły, sam chciałbym znać odpowiedź. Podejrzewam, prawdę mówiąc, po prostu niewiedzę, choć sztandarowy przypadek Jasona Kottke musi być założycielom Stowarzyszenia znany,
- czy cechy dystynktywne bloga przez zupełny przypadek nie wpisują się w definicję prasy podaną przez Stowarzyszenie? Tytuł jest, jawny skład redakcji (dodajmy, że niekoniecznie jednoosobowej) także; jest również data publikacji każdej notki. "W miarę regularne wychodzenie" jest z kolei wprost wpisane w definicję bloga, czy to jako pamiętnika, czy narzędzia edukacyjnego, czy jako medium stricte dziennikarskiego. Mało tego, od strony technicznej mechanizm działania wielu blogów jest bardzo podobny do tego, jak funkcjonują liczne redakcje internetowe (mam na myśli CMS-y).
Proszę zwrócić uwagę, podkreślę to specjalnie - zgodnie z definicją Stowarzyszenia, bloger nie jest "dziennikarzem internetowym". A zatem pojawia się interesujący organ, który już na wstępie... pomija to, o co usilnie chce walczyć podmiot niepomiernie silniejszy, bardziej wpływowy i respektowany od lat. Mówię o
Electronic Frontier Foundation, która walczy m.in. także o
prawa blogerów. Przeczytajcie proszę uważnie, a ja przytoczę tylko jedną z pierwszych zasad tej kampanii EFF - tak dla kontrastu z naszym rodzimym Stowarzyszeniem:
"Bloggers can be journalists (and journalists can be bloggers) - We're battling for legal and institutional recognition that if you engage in journalism, you're a journalist, with all of the attendant rights, privileges, and protections".Warto, naprawdę, cholera, warto wziąć to sobie do serca. Zwłaszcza, że w mini-FAQ Stowarzyszenia (punkt ósmy, koniec
tego tekstu), Łoziński sam deklaruje, że
"o członkostwie decyduje wykonywanie zawodu dziennikarza w Internecie, a nie redakcja, dla której się pracuje". Może więc zrekapitulować nieco sprzeczne założenia i wziąć przykład z tych, którzy walczą o najwyższe cele i wyznaczają trendy?
* * *
Niestety odnoszę wrażenie, że cała inicjatywa oparta jest na niewłaściwych założeniach. Zacytuję za PAP-em Łozińskiego:
"Dziennikarze internetowi mają wiele problemów. Głównym jest to, że w większości pracują za darmo. Cały dochód z publikowania w Internecie trafia do dystrybutora treści, providera internetowego - tłumaczył Łoziński. Możemy wprowadzić płatne serwisy, ale wtedy ludzie przestaną nas czytać - zaznaczył. Jego zdaniem, lepszym pomysłem wydaje się nowelizacja ustawy o działalności pożytku publicznego i wolontariacie i wprowadzenie możliwości przekazywania 1% podatku PIT nie tylko na organizacje pożytku publicznego, ale też media internetowe."
Podpowiem od razu, a jednocześnie obiecuję opisać temat szerzej innym razem - mikropłatności. Mikropłatności, a nie instytucjonalizacja! Pomijam już, czy media internetowe w polskich realiach można stawiać na równi np. z fundacjami, które ratują ludzkie życie lub wspierają ludzi chorych - bo według mnie, w tej sytuacji i w tych warunkach, na pewno nie ma takiej potrzeby.
Rzecz w tym, by dostrzec, że zarabiać w Sieci na własną rękę można (choć trzeba gruntownie przeanalizować
pro's and con's, a jednocześnie takie np. mikropłatności dopiero czekają na swój
boom; są jednak przecież i inne sposoby...). Paradoks całej tej sytuacji jawi mi się bowiem tak: Stowarzyszenie ma wspierać dziennikarzy publikujących w Internecie, ale rozwiązań finansowych szuka w pierwszej kolejności... poza nim. Ten sposób myślenia jest jednak chyba znamienny dla założycieli Stowarzyszenia, zważywszy na niezrozumienie instytucji blogera (lub celowe jej pominięcie) i bezkrytyczną pewność wyczuwalną w odgórnym przyjęciu, kto może być dziennikarzem internetowym, a kto nie.
Inicjatywa jest potrzebna. Do skutecznego działania w niepartykularnym interesie JEJ z kolei potrzebny jest inny
know-how. Póki co jestem bardzo, bardzo sceptyczny. Niestety.
error300.org