Nie jest tajemnicą, że w Chinach działa z powodzeniem cały biznes związany z MMORPG-ami. Dwunastogodzinne zmiany, ustawiczna gra (czy może ustawiczny
eksp), zabijanie potworów dla drogich przedmiotów i wirtualnej gotówki. Którą następnie leniwy gracz z USA bądź ewentualnie Polski może sobie kupić - za realne, rzecz jasna, pieniądze.
Terra Nova
doniosła dziś o rzetelnym artykule na ten temat, opublikowanym w "New York Timesie". Wbrew deklaracjom Edwarda Castronovy, bez problemu (i subskrypcji) byłem w stanie przeczytać cały artykuł;
link do NYT dla wygody przywołam i tutaj. Podobnie jak króciutki teaser:
"By some estimates, there are well over 100,000 young people working in China as full-time gamers, toiling away in dark Internet cafes, abandoned warehouses, small offices and private homes. (...) 'It's unimaginable how big this is', says Chen Yu, 27, who employs 20 full-time gamers here in Fuzhou. 'They say that in some of these popular games, 40 or 50 percent of the players are actually Chinese farmers'."Jak bronią się producenci gier? Słabo. Przede wszystkim walczą z wiatrakami, czyli starają się banować tych, którzy reklamują w grze nielegalne strony/produkty. Próbują też dzielić graczy na świecie na sektory (w Guild Wars odpowiednio: USA, Europa i Korea; co ciekawe - gracz z Europy może zmienić sektor na amerykański i
vice versa, jednak nie można wejść na koreański. Podstawowa płaszczyzna spotkań z Azjatami to nieliczne sektory międzynarodowe - wiadomo dlaczego...). Najrozsądniejsze rozwiązanie to zaawansowany system aukcyjny, choć i on nie rozwiąże problemu podstawowego, oczywistego wręcz: lenistwo graczy + niska cena (w realiach finansowych kupujących) = popyt.
A zatem najrozsądniej byłoby edukować swoich własnych klientów, przy czym z wykorzystaniem bogatszej argumentacji niż "kupowanie wirtualnej gotówki od Azjatów jest złe" (taką retorykę obserwuję do tej pory w komunikacji producent/zarządca - gracze w GW). Nie warto wychodzić z założenia, że ludzi szczegóły nie interesują, bo wtedy niebezpiecznie zbliżamy się do konstatacji:
most people don't know what a sweatshop is, so why should they care about it?
To oczywiście w nawiązaniu do
tej sprawy.error300.org