error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2006/01/26

Szlag trafił etykę

Szósta z dziesięciu idei przyświecających działalności firmy Google mówi, że można zarabiać pieniądze bez czynienia zła. Na przykładzie samej firmy widać jednak, że owszem, można - ale nie trzeba. Zwłaszcza, jeżeli pieniądze są duże.

Mowa o Google.cn, czyli chińskiej wersji przeglądarki, która właśnie ujrzała światło dzienne. Stosownie ocenzurowana na potrzeby Państwa Środka. Obrzydzenie? Chyba nie. Zawód? Trochę tak. Przede wszystkim jednak niepokój, że lęk odnośnie tej korporacji był/jest uzasadniony. Lęk o to, że pójdzie drogą Microsoftu.

Na Gazecie.pl jest tekst na ten temat, a w nim fragment, który warto przytoczyć:

"Przedstawiciele Google'a tłumaczą, że muszą przestrzegać chińskiego prawa i gdyby nie wprowadzili cenzury, wylecieliby z chińskiego rynku. RsF nazywa takie wyjaśnienia hipokryzją i uważa, że wyszukiwarki zwyczajnie idą na łatwiznę. - Gdyby operatorzy największych zachodnich wyszukiwarek (Google, Yahoo!, MSN) połączyli siły i wypracowali wspólne zasady, mogliby skutecznie przeciwstawić się rządowi chińskiemu - wyjaśnia "Gazecie" Julien Pain. - Ale nie robią tego, woląc rywalizować między sobą na drugim co do wielkości rynku internetowym świata."

Można oczywiście przypomnieć wybrane działania innych wielkich:

  • Microsoft własnoręcznie cenzuruje blogi niewygodne chińskim władzom,
  • Yahoo! m.in. wydało tymże personalia dziennikarza, który opublikował tekst o sekretnej dyrektywie dla prasy, związanej z piętnastą rocznicą wydarzeń na Tiananmen,
  • Cisco dostarczyło sprzęt odpowiedzialny w chińskiej sieci za to, co po angielsku nazywa się The Great Firewall.
I tak dalej, i tak dalej. To tylko przykłady, dla części czytelników zresztą zapewne wcale niepotrzebne. Decyzja Google'a ma jednak, moim zdaniem, szczególny posmak, bo jest to firma na każdym kroku podkreślająca swoją usłużność i chęć ułatwiania życia internautom. Jest to jednocześnie firma, która faktycznie wydała z siebie wiele usług/produktów, nie oczekując za nie ani centa. To na pewno trzeba docenić. W dniach takich, jak dzień debiutu Google.cn można się jednak zastanawiać, czy Google to nie sympatyczny z wyglądu diler narkotykowy, który pierwszą działkę daje nam za darmo...

Jak mówię, chodzi o niesmak. Ósma z dziesięciu wzmiankowanych już zasad filozofii Google'a mówi przecież, że potrzeba informacji przekracza granice. Jakaż ironia. A dodajmy do tego jeszcze dumnie przekazywane przez prominentne media (Newsweek) kluczowe zasady opisujące to, jak Google widzi korporacyjną pracę z ludźmi. Najważniejsza z nich, w kontekście Chin:

"Don't be evil. Much has been written about Google's slogan, but we really try to live by it, particularly in the ranks of management. As in every organization, people are passionate about their views. But nobody throws chairs at Google, unlike management practices used at some other well-known technology companies. We foster to create an atmosphere of tolerance and respect, not a company full of yes men."

Danchev, bardzo krytyczny wobec kolaboracji amerykańskich korporacji z reżimem, zauważa jednak drugą stronę medalu. Pewne albo-albo, tj. albo wchodzisz na nasz (chiński) rynek na naszych zasadach, albo spadaj. Nie da się ukryć, że nawoływania Reporterów bez Granic (RsF) są nieco oderwane od rzeczywistości - Chińczyków stać intelektualnie i finansowo, by zbudować swoje portale, wyszukiwarki, itd. Czy tym można jednak tłumaczyć i racjonalizować wszystko? Danchev wie, że nie. W Yahoo! czy Google'u chyba sądzą, że można. Albo udają.

Albo będą Wallenrodami. Weszli, ale za to jak się już nieco oswoją, to zaczną wspierać działania dziurawiące system. Tak cwaniacko, z ukrycia. Bo niby czemu nie? Zdobyć pozycję, okopać się i zacząć działać, oczywiście odsuwając od siebie podejrzenia - to też się trzyma kupy. Pytanie jednak, czy przemawia za tym coś więcej niż optymizm i pobożne życzenia?

Ano nie przemawia.

2006/01/23

Anonimowość jest zła?

Bruce Schneier zakomunikował przez "Wired", że anonimowość nie zabije Internetu. Pierwszy odruch po przeczytaniu tego stwierdzenia, niech zgadnę: zdziwienie. Przecież anonimowość jest istotną wartością, zważywszy na to, jak łatwo nas namierzać, o anonimowość trzeba walczyć. Jak może ona zabijać Sieć?

Schneier odwołuje się do artykułu eks-redaktora "Wired", Kevina Kelly'ego, który na Edge'u argumentuje, że w pewien sposób może. Parę wyimków:

"More anonymity is good: that's a dangerous idea. (...) A world where everything about a person can be found an archived is a world with no privacy and therefore many technologists are eager to maintain the option of easy anonymity as a refuge for the private.

However in every system that I have seen where anonymity becomes common, the system fails. The recent taint in the honor of Wikipedia stems from the extreme ease which anonymous declarations can be put into a very visible public record".

Kelly pisze wręcz o społecznościach zarażonych anonimowością i o tym, że albo upadną, albo zmienią się w pseudo-anonimowe (w stylu eBay'a). Spojrzenie kontrowersyjne, ale ciekawe.

Warto poczytać, jak temat ten komentują Schneier i Danchev, ekspert od bezpieczeństwa informacji. Ten drugi w moim odczuciu dobrze zgeneralizował temat anonimowości, odpowiedzialności, wiarygodności i prywatności w Sieci: potrzeba anonimowości przez wzgląd na wolność wypowiedzi, chęć uniknięcia odpowiedzialności za swoje czyny, wykorzystywanie pseudo-anonimowości. W punkcie drugim dałoby się zmieścić np. liczne zachowania dysfunkcjonalne (np. trollowanie), chociaż Danchev patrzy na problem od strony oprogramowania i jego możliwości.

Kelly: "Privacy can only be won by trust, and trust requires persistent identity, if only pseudo-anonymously. In the end, the more trust, the better". Niewątpliwie trwała, stabilna tożsamość jest potrzebna w wielu aktywnościach, jakie podejmujemy w Sieci. Czy jednak można stawiać potrzebę zaufania na równi z potrzebą anonimowości, antagonizując je? Albo, albo? Ryzykowne. Zaufaniem (wobec innych, wobec siebie) możemy w Sieci kierować znacznie bardziej niż (względną) anonimowością.

2006/01/15

"Ghost in the Shell" po polsku

Trochę przespałem, bo premiera była w listopadzie, ale nic to. "Ghost in the Shell" nareszcie wydany w Polsce. Bardzo dobra jakość. Bardzo dobra cena (19,99 zł z pismem "Kino Domowe").

Jeżeli "Matrix" był ważnym filmem opisującym usieciowiony (specyficznie...) świat - GITS z 1995 r. jest niepomiernie ważniejszy. Również dlatego, że znacznie lepiej funkcjonuje na styku SF i rzeczywistości (przykład). Mniej operuje metafizyką, a jednak również zadaje ważne pytania. Nawiązania nie są podane tak wprost, jak w "Matriksie", a jednak przebija z filmu nuta filozofii, w tym dickowskie pytanie o granice i definicję człowieczeństwa w stechnicyzowanym, scyborgizowanym świecie.


Więcej:
Niestety GITS ominął polskie kina, podobnie jak jego zeszłoroczna kontynuacja. Wreszcie można nadrobić, nie wydając fortuny na zakup zagraniczny. Brawo IDG. Pozostaje mieć nadzieję, że sequel również zostanie wydany. Oby niedługo.
error300.org

2006/01/13

Do przerwy 1:0

Nie jest nowością, że spamerzy przestali koncentrować się na poczcie elektronicznej. Od dobrych -nastu miesięcy zaśmiecają i blogi; niektórzy piszący w pierwszym odruchu poddali się i zdecydowali na wyłączenie opcji komentowania. Wygląda jednak na to, że spam znalazł niedawno nowe "pola eksploatacji". Robin Hamman podaje link do artykułu opisującego nowe strategie spamerskie. Cytowany tamże Matt Sergeant mówi o nowym trendzie, jakim jest spamowanie forów dyskusyjnych oraz stron opartych o wiki. Nowy powód: mieszanie w przeglądarkach. A zatem znów niedobre wieści.

Swego czasu płomienny wpis na temat spamu w komentarzach opublikował Cuban. Ten wpis kiedyś już zresztą tutaj cytowałem. Bo i problem jest - niektóre blogi wykształciły w rubryce z komentarzami swój wewnętrzny mikroklimat, przypominający mi nieco dawne grupy dyskusyjne (wczesne lata 90.). Wyłączanie komentarzy jest więc złym rozwiązaniem, ot, zwykłe wylewanie dziecka z kąpielą.

Patrząc partykularnie, nie jest jednak najgorzej. Jednym z plusów darmowych serwisów blogerskich jest to, że mniej lub bardziej dbają o ochronę swoich użytkowników. Zaatakowany przez spam, w ramach pierwszego kroku bokserskiego postanowiłem włączyć słowną weryfikację komentarzy. Po wpisaniu tychże trzeba jeszcze przed wysłaniem przepisać do specjalnej rubryki kilka wygenerowanych automatycznie literek/cyferek. Niby nic - a jednak.

Do przerwy 1:0, pytanie jak długo uda się utrzymać tę przewagę.

2006/01/12

"My wam to przechowamy"?

Permanentna wojna cenowa na rynku IT znów odbija się czkawką klientom. Niby oczywiste, ale łatwo bagatelizowane - cenę produktu bez wpływu na jego jakość można zbijać tylko do pewnego momentu. Kurt Gerecke z IBM-a jest zdania, że żywot większości czystych CD i DVD, które własnoręcznie wypełniamy treścią, jest bardzo krótki. Teoretycznie miały wystarczać na dziesięciolecia, jednak zdaniem Gerecke nie będą służyć długo:

"'Many of the cheap burnable CDs available at discount stores have a life span of around two years,' Gerecke said. 'Some of the better-quality discs offer a longer life span, of a maximum of five years'."

A że nie wiemy, jakich materiałów używają producenci, trudno określić, które płyty są dobrej, a które złej jakości. Marka nie jest ważna, chodzi o oszczędność na materiałach. Ten sam problem dotyczy zresztą dysków twardych, o czym również jest mowa w oryginalnym tekście. Niektóre części zużyją się szybciej niż powinny - i klops.

Chociaż nie podejrzewam Kurta Gerecke o mówienie kłamstw i partykularny interes w straszeniu konsumentów, trudno się oprzec poczuciu, że taka sytuacja jest bardzo na rękę firmom operującym wirtualnie. Gigapojemny Gmail - już nigdy nie musisz kasować żadnego listu, przechowuj też u nas załączniki. Użyteczny i przydatny Flickr - już nie musisz gromadzić swoich digifotek na płytach, wgraj je tylko do naszego serwisu. I tak dalej.

Czy to dobrze, czy to źle - długo by debatować. Złe strony też są. Zwłaszcza przy nadużywaniu. A swoją drogą - Gerecke nie powiedział ni słowa o pamięci typu flash.

2006/01/09

Blogger wykonał nieprawidłową operację

W związku z nieprzewidzianymi komplikacjami pogodowymi, graficzno-odnośnikowa część serwisu została utracona. Przywrócę ją w najbliższym czasie.

Edit: błędy poprawione. O problemie poinformowałem ekipę obsługującą Bloggera. Informacja o sekwencji zdarzeń, w wyniku której musiałem przywracać template - w komentarzu do niniejszego wpisu.

2006/01/08

Paczka od Google'a

Do wzięcia jest najnowsza wersja Google Packa. Rekomendowane, darmowe programy do szybkiego i jednorazowego ściągnięcia to:

  • Mozilla Firefox (+ Google Toolbar)
  • Ad-Aware SE Personal
  • Norton AntiVirus 2005 SE
  • Picasa
  • Adobe Reader 7
  • Google Earth
  • Google Toolbar for IE
  • Google Desktop
  • Google Pack Screensaver
Do zestawu dołączony jest stosowny updater. Jeśli pomyślimy o tzw. przeciętnym użytkowniku z niedużą kompetencją techniczną - koncepcję Google'a trudno ocenić źle. Można w niej dojrzeć subtelne uderzenie w Microsoft - jest np. Firefox, ale i toolbar do Explorera (tak na wszelki wypadek). Do tego chyba ważniejsze, bo pijące do OS-a programy Desktop i Screensaver.

W Google Pack można oczywiście ingerować, tj. nie jest obligatoryjne pobranie wszystkich wymienionych programów. Tak czy siak chciałoby się go nieco zmodyfikować, choćby ze względu na niekonsekwencję. Trudno na przykład zrozumieć, dlaczego na liście jest Norton, którego subskrypcja jest gratisowa jedynie przez pół roku a potem traci walor darmowego użytkowania.

Gdyby error300 miał taką siłę przebicia jak Google (dajcie mi jeszcze trzy miesiące! ;) - zaproponowałbym nieodpłatny do użytku niekomercyjnego Avast!, względnie w pełni darmowy, choć ascetyczny ClamWin. Mam wrażenie, że szczególnie promowanie tego drugiego byłoby adekwatne i spójne w google'owskim pakiecie (no, nie pasuje ten Norton, nie pasuje). Dodatkowo zamiast Ad-Aware chyba jednak Spybot. To drugie nie dotyka jednak kwestii zasadniczej, czyli dychotomii darmowy - płatny. Ot, zwykła preferencja wynikła z użytkowania obu programów.

2006/01/07

Portale się upolityczniają

Jakiś czas temu analizowałem zawartość rodzimych portali, zauważając cechującą je homogeniczność. Fragment tych badań wplotłem zresztą w artykuł opublikowany w przedostatnim numerze Studiów Medioznawczych. Tymczasem jednak rodzime portale - Onet, WP, Gazeta, Interia i O2 - powoli przestają być do siebie podobne. Niestety nie dlatego, że któryś z menedżerów znalazł wreszcie sposób na innowacyjne odróżnienie się od konkurencji przez dywersyfikację oferty. Różnicowanie się portali przyjmuje formę dość prymitywną i banalną, żadnego wyjścia poza schemat. Kluczem do pojawienia się znaczących różnic stała się, zupełnie jak w tzw. tradycyjnych mediach, polityka. A konkretnie stosunek do władzy.

Z jednej strony można się było tego spodziewać. Z drugiej jednak - i w tym sęk - dziwi wolta tak jednoznacznie, bezdyskusyjnie powiązana z wyborami. Ordynarnie wręcz. Piszę to ze smutkiem, bo jest w tym coś z traconej szansy.

Szczególnie zasmucił mnie syndrom twierdzy oblężonej, coraz bardziej pielęgnowany na stronie głównej portalu Gazeta.pl. Patrząc po selekcji tematów i ich pozycjonowaniu, cały świat kręci się nawet nie tyle wokół polityki, ile wokół rządu, PiS-u, Samoobrony i LPR-u. W kontekście jednoznacznie negatywnym (co akurat ma mniejsze znaczenie). Takie a nie inne skupianie uwagi jest przykre tym bardziej, że wedle moich obserwacji porządek dnia proponowany nam przez Gazeta.pl jest znacznie bardziej upolityczniony (lokalnie) niż porządek z Gazety Wyborczej. Teksty często te same, ale inni ludzie decydują o pozycjonowaniu treści. I to widać. Warsztatowo Gazeta.pl trzyma poziom publikacji, ale stopień nagromadzenia treści politycznie subiektywnych, a zwłaszcza ich eksponowania, zaczyna mi z wolna przypominać pewien jawnie propagandowy dziennik ultraprawicowy. A fe.

O ile odbicie kursu Gazety można sobie logicznie wytłumaczyć (relacje Agory z PiS-em nie wymagają komentarza), o tyle przypadek Wirtualnej Polski jest nieco bardziej enigmatyczny. Kurs prorządowy jest bardziej subtelny - jeśli chodzi o newsy, WP bazuje na gotowcach z PAP-u a nie na własnych tekstach - ale ciągle nietrudny do spostrzeżenia. Najlepszym przykładem jest dobór artykułów prasowych na pierwszą stronę - mam na myśli przedruki z magazynów. Wirtualna ma w swojej ofercie takie tytuły, jak Przekrój, Polityka, Wprost, Ozon, Forum czy BusinessWeek, a na głównej stronie promuje ostatnio... Gościa Niedzielnego. Dziś jest to wywiad z kapelanem prezydenta Kaczyńskiego, wczoraj był to tekst o homoseksualistach, opatrzony tytułem "Możesz z tego wyjść". Bez komentarza. Zastanawiam się tylko, czego spodziewać się jutro. Może felietonu księdza Jankowskiego?

Pozostałe portale bez większych zmian politycznych, ale i innych. Onet ciągle nieco tabloidowy, celujący w nużącym myleniu czytelnika tytułami (mało efektowny przykład, ale dzisiejszy: tekst o złamanej nodze perkusisty Polaka z T.Love i koniecznym krótkoterminowym zastępstwie opatrzono tytułem "T.Love z nowym perkusistą"; logicznie nie ma sprzeczności, chociaż czytelnik spodziewa się czegoś innego). Jedyne, co odnotowałem, to większa częstotliwość publikowania tekstów z frondowskiego już Ozonu, ale poza tym nic szczególnego. O2 i Interia natomiast ciągle luźne i rozrywkowe. W takim stylu, który mnie osobiście nigdy nie odpowiadał.

Zacząłem łapać się na tym, że czekam na Yahoo! Poland, względnie na lokalne GoogleNews.
error300.org

2006/01/06

CD, mp3, muzycy i wartość dodana

Amerykański rynek muzyczny rządzi się innymi prawami niż polski, niemniej warto odnotować tamtejszą tendencję. Jak donosi Washington Post, sprzedaż CD z muzyką spadła w ubiegłym roku w USA o 7 procent (w zyskach = ponad 45 mln USD); jednocześnie podwoiły się dochody ze sprzedaży muzyki przez Sieć (roczny dochód ponad 300 mln USD). Tak twierdzą media, cytując ośrodek badawczy Nielsen SoundScan. Co ciekawe, nie oznacza to jeszcze zmierzchu płyt kompaktowych - CD jako nośnik zawłaszcza ciągle 95% rynku.

Trzeba jednak pamiętać, że w zestawieniach porównawczych obu kanałów dystrybucyjnych łatwo ulec pewnej atrakcyjnej iluzji; chodzi o sytuację, w której wylicza się sprzedane sztuki towaru. W Sieci jedna sztuka to zazwyczaj jeden utwór, w realu - cała płyta z kilkunastoma nagraniami. Cokolwiek by mówić, spadek o 7% i 45 milionów dolarów jest jednak zauważalny. Pieniądze powoli zmieniają pośrednika.

2.

Dla tamtejszej branży muzycznej zmienia się stosunkowo niewiele - sprzedaż jest sprzedażą. Kiedy podaję liczbę 45 mln USD, nie mówimy o "stratach finansowych", bo w warunkach amerykańskich, przy tamtejszych zarobkach, opłata 99 centów za utwór muzyczny bądź 1.99 USD za klip wideo nie jest większym problemem. Koszt ściągania utworów z iTunes czy Sony Connect jest skrojony na potrzeby okrzepłych gospodarek zachodnich i zasadniczo nie ma w tym nic złego.

Błędne koło jest związane z czymś innym. Po pierwsze z brakiem pomysłu międzynarodowych gigantów na dywersyfikację opłat, by dostosować je do siły nabywczej także mniejszych i biedniejszych rynków. Po drugie z kompletną indolencją rodzimych wydawców i sklepów, którzy trwają w przekonaniu, że stawki zachodnie (3.99 zł za ściągnięcie jednego utworu) są w stanie odwieść np. Polaków od darmowej alternatywy w postaci ściągania mp3 za darmo z sieci P2P. Nie znam szczegółów prawnoautorskich i być może punkt drugi jest bardziej związany z pierwszym niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, fakt jednak niezaprzeczalny, że mp3.pl czy iplay przy obecnych cenach Polski nie zawojują.

3.

Kwestię nieuchronnych zasadniczo przenosin sprzedaży muzyki do Sieci coraz lepiej czują sami artyści. Niektórzy dostrzegają także problem granicy stawki opłat, jaką jest w stanie zaakceptować polskie społeczeństwo. Projekt zmian legislacyjnych Jacka Skubikowskiego i SAWP jest miejscami dyskusyjny i budzi wątpliwości, ale trzeba też powiedzieć, że jest ewidentnym krokiem w dobrą stronę. Skubikowski chce wprowadzenia dobrowolnej opłaty w wysokości ok. 5 zł za ściąganie części filmów i muzyki z Sieci (szczegóły w linku). To ważne wyjście poza schemat, że internauci to piraci i nie należy z nimi rozmawiać; to także próba wypracowania jakiegoś modus vivendi (choć nie mam złudzeń, że ogranizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi kieruje pragmatyzm. Jeżeli jednak jest to pragmatyzm poszukujący, nie oderwany od realiów, chcący kompromisu - to wszystko OK. Kwestie rozliczeń z organizacjami zbiorowego zarządzania zostawmy samym artystom, nawet jeśli wiemy skądinąd, że instytucje te nie zawsze tak dzielą się pieniędzmi, jak chcieliby tego muzyk X czy aktor Y).

Podkreślmy dwie kluczowe rzeczy. Primo, dobrowolność wnoszenia opłat. Secundo, stawka w wysokości pięciu złotych. Symboliczna, innymi słowy. Taka, której uiszczenia przyzwoitej osobie trudno będzie odmówić.

I o to chodzi, i o to chodzi. Pisząc o cenie zakupu mp3 w rodzimych sklepach internetowych, zwracam uwagę właśnie na jej nieadekwatność w stosunku do polskich zarobków. Jeżeli za cały album w mp3 miałbym zapłacić 40 złotych, to dołożę 10 złotych i kupię CD, z nieustająco atrakcyjną książeczką (i samym krążkiem, którego nie stracę podczas awarii twardego dysku czy systemu operacyjnego). A jeżeli ktoś nie jest skłonny wydać 40 zł na muzykę, którą lubi, to pewnie skopiuje ją od kolegi albo ściągnie z P2P. Sklep nic nie zarobi, podobnie muzyk, który jest tu nieco bezwolny i bezbronny, chyba że może wydostać się z układu.

4.

Od kilku lat powtarzam, że usieciowiony świat muzyki wymaga adaptacji również ze strony samych artystów. Jeżeli nie ma się uznanej marki i nie jest się sztucznie pompowanym produktem, trudno dziś zdobyć masową popularność - także dlatego, że świetnych zespołów na najwyższym poziomie jest naprawdę bardzo wiele. Również w Polsce (polecam na próbę post-crimsonowskie Indukti albo równie oryginalny Psychotropic Transcendental).

Internet stwarza dla nich szansę. Rzeczoną adaptacją ze strony muzyków powinno być oferowanie słuchaczowi wartości dodanej, którą dzisiaj rozumieją i praktykują już kontrkulturowi, choć względnie mainstreamowi wielcy. Mówię zarówno o efektownych wizualizacjach na koncertach (Tool), jak i o ekskluzywnych stronach WWW dostępnych tylko dla tych osób, które kupią daną płytę/singiel/mp3 (np. Nine Inch Nails i promocja [with_teeth]). Warto pamiętać, że wartością dodaną może być też - w pewnym zakresie - większa niż kiedykolwiek dostępność muzyków dla fanów (np. via forum). To jednak osobne zagadnienie.

Wracając do wątku biznesowego. Jeżeli jest coś, co może przyspieszyć znacznie zgon CD (a nie jest on tak oczywisty, zdaniem m.in. badaczy z Harvardu), to niższa niż obecnie cena mp3 i właśnie wartość dodana. Wielokrotnie powtarzanym argumentem przeciwko mp3 jest jego "ubóstwo dramaturgiczne" (cechujące zresztą tekstową cyberprzestrzeń). Oto jesteśmy my i muzyka zawarta w pliku, pozbawiona wszelako książeczki z tekstami, zdjęć muzyków i całej, często bardzo symbolicznej, szaty graficznej. Muzyka w formie czystej - ale przecież myśmy już przywykli do dodatków graficznych. Ich obecność to siła CD. Tyle, że ów artwork z książeczki prawdopodobnie wystarczy zastąpić ekskluzywnymi animacjami flash, filmami wideo lub innymi atrakcjami dostępnymi *tylko* dla nabywców danego utworu lub płyty. I w tę stronę powinna moim zdaniem iść zaangażowana, czująca Internet muzyka.

* * *

W ten sposób przewędrowaliśmy od płyt CD, przez odrealnione ceny mp3 w polskich sklepach, aż po organizacje zbiorowego zarządzania i wartości dodane w muzyce doby Internetu. Przez moment było też, niemal niezauważalnie, o King Crimson. Warto więc zakończyć pewnym spostrzeżeniem. Otóż... Fripp przygotowuje muzykę do microsoftowskiej Visty. Jest więc szansa, że przynajmniej w jednym aspekcie będzie to od początku świetny produkt.
error300.org

2006/01/04

Podcast słowem roku

Nowy rok rozpoczynamy niusowo, ale z mocnym postanowieniem skupienia się na komentowaniu.

Jest pewną tradycją, że redaktorzy New Oxford American Dictionary wybierają z końcem roku słowo, które z tych czy innych względów najlepiej oddaje jego ducha. Za najważniejszy neologizm roku 2005 językoznawcy uznali podcast. Wytłumaczenie jest zgrabne, przytoczę je w całości:

"Only a year ago, podcasting was an arcane activity, the domain of a few techies and self-admitted 'geeks'. Now you can hear everything from NASCAR coverage to NPR's All Things Considered in downloadable audio files called 'podcasts'. Thousands of podcasts are available at the iTunes Music Store, and websites such as iPodder.com and Podcast.net track thousands more."

Warto wymienić niektórych "nominowanych": to m.in. ptasia grypa, sudoku, lifehack oraz rootkit.

A skoro mowa o zwycięstwach i o rootkitach - gdyby ktoś pokusił się o wybór najbardziej efektownego PR-owskiego harakiri w roku 2005, Sony BMG raczej nie miałoby konkurencji. Szkoda tylko, że hasło like.no.other nie reklamuje właśnie spółki-córki od płyt z muzyką...