error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2006/03/31

Google w Polsce

Gazeta.pl donosi, że Google wybuduje w Polsce ośrodek R&D. Mimo wszystkich wątpliwości, jakie mogą się pojawiać w kontekście działalności firmy - to ogromna szansa dla Polski. Mam szczerą nadzieję, że centrum to powstanie przy MIMUW-ie. Profesor Jackowski i jego koledzy, ale przede wszystkim studenci, studenci, naprawdę na to zasługują.

Ośrodek Google'a w Polsce nabiera rumieńców tym bardziej w kontekście intrygujących patentów złożonych przez firmę w Stanach Zjednoczonych, a dotyczących podobno "dostarczania bezprzewodowego dostępu do Internetu po obniżonych kosztach" (cytując Dziennik Internautów).

Dlaczego centrum badawczo-rozwojowe Google'a w Polsce jest jednoznacznie wydarzeniem pozytywnym i niepodważalną szansą? A choćby dlatego, że nawet największy potencjał intelektualny najlepiej wykorzystuje się wtedy, gdy można uczyć się od najlepszych. Również po to, by pewnego dnia ich zastąpić lub choćby stać się dla nich konkurencją. Albo ich opozycją.

Trzymam kciuki za ten ośrodek. Stand on the shoulders of giants.

2006/03/30

Cztery rzeczy, które wkurzają Cubana

Przez blogosferę przetacza się ostatnio fala czegoś na kształt łańcuszka szczęścia. Mówię o "czterech rzeczach". Wygląda to w praktyce na przykład tak, jak u Maćka. Mnie tego typu zabawa zupełnie nie przeszkadza, jest nawet sympatyczna, niech każdy, kto chce, bierze w niej udział. Ja sam może niekoniecznie - przede wszystkim jednak nie rozumiem ludzi, którzy ją krytykują.

Marka Cubana "cztery rzeczy" zdenerwowały tak bardzo, że poświęcił temu cały wpis na swoim blogu. Cuban porównał modę w blogosferze do bezmyślnej meksykańskiej fali. Kiepsko argumentując, ale mniejsza o to. Właściwie wszystko byłoby w porządku - pogląd jest pogląd - gdyby nie pewne zabawne zaprzeczenie. Poświęcanie czasu na to, by skrytykować coś, co uważa się za karczemną stratę czasu...? Hmm.

Wpis centryka (eks- oraz ego-) i miliardera w jednym warto przeczytać mimo wszystko. Zabawne są jednak przede wszystkim komentarze (stylistyka). Cuban pisuje mądre i celne rzeczy, ale miewa wpadki... ostatnio coraz częściej, niestety. Wpadki zdarzają się jednak każdemu, jak ostatnio ESR-owi bełkoczącemu nieskładnie i upraszczając o Islamie, w dodatku w trybie nihil novi. Przez litość nie podam linka.

Aby docenić także Cubana - mam świadomość, że przecież nie każdy go czyta - medioznawczy cytacik z innego wpisu:

"There is a huge misconception that bandwidth will just continue to experience unlimited expansion for every broadband household. Its what we are used to with hard drives, processors, all technology. It gets faster, cheaper, bigger. Thats not the case for the next decade with bandwidth.

The net result is that TV is going to be TV, delivered like TV for a long time to come. (I consider IPTV to be regular TV). There wont be enough bandwidth for it to be any other way. The problem is that our consumption of digital media at home will continue to grow. The bandwidth we want to consume will many times exceed the bandwidth available to us at that time."

O co dokładnie chodzi i w jakim kontekście? Proszę tutaj.

2006/03/29

Farming w praktyce

Farming to termin ściśle związany z Massive Multiplayer Online Games (czyli MMOG-ami). Chodzi o koncentrowanie się na zabijaniu potworów dla wirtualnej gotówki i innych profitów, które można następnie na nią zamienić. Dla niektórych jest to w grze sposób na życie (nomen omen), dla innych - także poza nią. W grudniu pisałem o chińskich sweatshopach działających w trybie 24/7, których pracownicy ustawicznie - w 12-godzinnych zmianach, za grosze - grają w największe światowe MMOG-i. Cel jest jeden: farming gotówki oraz rzadkich przedmiotów. Przerwy trwają bardzo krótko, nadzór jest rygorystyczny - niech nikogo nie zmyli "rozrywkowy" charakter pracy.

Sens istnienia takich sweatshopów sprowadza się do sprzedawania wirtualnej gotówki za realne pieniądze. Tutaj na przykład: 1,000,000 złotych monet z gry Guild Wars za jedyne 42,99 USD (z grubsza tyle co sama gra), a 10,000 z World of Warcraft - za "drobne" 284,99$. W ofercie jest kilkanaście gier, a strona reklamuje się w wyszukiwarce Google.

Dla jeszcze bardziej leniwych graczy topowych tytułów (WoW) pojawiła się ostatnio nowa usługa - tzw. power-levelling. Masz konto w grze i swoją postać, ale nie chce Ci się samodzielnie wynosić jej na wysoki poziom? Załatwimy to za Ciebie. Daj nam dostęp i zapłać. Zastaniesz postać doświadczoną, ze wszystkimi przedmiotami, które w międzyczasie znajdzie nasz człowiek.

Niewiarygodne? Prawdziwe...


(dystrykt międzynarodowy, łączący Amerykę, Europę i Azję, w Guild Wars... kliknij aby powiększyć)

Odświeżam temat cyber-sweatshopów nieprzypadkowo, bo choć w grudniu cytowałem spory artykuł z "New York Timesa", nic nie zastąpi unaocznienia problemu. We wspomnianym Guild Wars są bowiem całe dystrykty (serwery) i lokacje, gdzie co sekundę-dwie przez portal wiodący do indywidualnej instancji (ekskluzywnej wersji planszy dla gracza i/lub jego drużyny) przechodzi ktoś o azjatyckim imieniu, komunikujący się "szlaczkami". Na instancji tej ma już tylko dla siebie wszelkiej maści potwory, które w ramach pracy zabija na potęgę. Zrzut ekranowy z takiej sytuacji - powyżej.

Literalnie dzieje się tak co sekundę, dwie. Łatwiej uwierzyć w sto tysięcy tego typu graczy w samych Chinach?

2006/03/27

Stałe łącza a przyzwyczajenia czytelnicze

Cyberjournalist cytuje kolejne badania Pew Internet & American Life Project - tym razem dotyczące użytkowania internetowych źródeł bieżącej informacji dziennikarskiej. Czyli kto, jak często i dlaczego korzysta w USA z newsów publikowanych online. Nie jest zaskoczeniem, że ta kategoria przyciąga w szczególności osoby poniżej 36 roku życia. Ważniejsze, że jest zależność między typem łącza a sposobami poszukiwania informacji. Szerokopasmowe łącza pozwalają być niemal zawsze "on" ("off" w nocy albo i wcale), co przekłada się - wedle badań - na większą aktywność użytkowników i większe zróżnicowanie źródeł, do których sięgają. Wachlarz mediów, do których sięgają modemowcy poszukujący informacji, jest mniejszy.

I jeszcze to:

"For the 'under 36' age group generally, the local paper, local TV, and national TV newscasts play lesser roles in their newsgathering habits than for older Americans. 'Historically, Americans under the age of 36 are generally less likely to follow current events than older Americans, but the presence of an ?always on? broadband connection pulls some of them to the news,' said Horrigan."

Stałe łącze jako narzędzie krzewiące czytelnictwo prasy...? Byłby to ciekawy fenomen. Nieważne nawet, że chodzi o "prasę internetową". Zainteresowanie codziennymi wydarzeniami pozostaje to samo.


Sieci, internet, Sieć - nomenklatura

Dojrzałem chyba wreszcie, by zacząć pisać "internet" z małej litery. Nie da się ukryć, że w 11 lat od symbolicznego otwarcia ta konkretna sieć komputerowa zmiotła wszystkie inne w potocznej komunikacji. Dociera, że telefon a nie Telefon, dociera, że walkman a nie Walkman (mimo patentu Sony). Tak samo zatem internet a nie Internet, mimo wewnętrznej niezgody z racji pamięci o innych sieciach z dawnych lat. Taka mała symboliczna zmiana na moim blogu.

Zdecydowanie pozostaję natomiast orędownikiem pisania o Sieci, nie o sieci. Pominąwszy rybackie, energetyczne i wiele innych - jest po prostu wiele najprzeróżniejszych sieci komputerowych. Jeżeli więc chcę mówić o internecie, będę mówić o Sieci. Tej jednej, szczególnej. Bo tu, w przeciwieństwie do "internetu", jednoznaczności nie widać.

2006/03/24

Moderowanie komentarzy off

Przepraszam wszystkich, których komentarze czekały na publikację. Cenię sobie bardzo Wasze zdanie i to, że macie ochotę się tu wypowiadać. Nie cenię sobie natomiast Bloggera, który mimo poprawnych ustawień NIE przesyłał mi powiadomień o komentarzach oczekujących na moderację...

Tonidowi dziękuję za informację. Ciekawe ile jeszcze żyłbym w nieświadomości. Wygrywa Pan zegarek.

Jeszcze raz przepraszam i zapraszam wszystkich do dalszego komentowania, mimo niemałej wpadki.

Stefan kontra niezmienne prawa marketingu

"Przekonaj się sam ile radości może sprawić zwykłe przyciskanie klawiszy! Program umożliwia prowadzenie rozmów za pomocą komunikatów tekstowych przesyłanych w czasie rzeczywistym między internautami. Klikasz ile chcesz, kiedy chcesz i za darmo. Na Stefanie będziesz pisał z taką lekkością, wdziękiem i klasą, jak Szopen grał mazurki na ulubionym fortepianie."

Tak Interia reklamuje swój nowopowstały, adresowany do młodzieży komunikator internetowy. Mozna się kłócić, czy akurat tę grupę kliencką trzeba jeszcze przekonywać o radości czerpanej z synchronicznej komunikacji w Sieci. Według mnie nie trzeba i w ogóle nie warto w taki sposób. Zresztą sam projekt jest skazany na porażkę (chyba, że... ale o tym później). Skoro Interia porównuje Stefana do fortepianu Szopena, grzechem byłoby nie skorzystać ze złośliwości - że przecież ten fortepian właśnie leci ku swej zagładzie, jak w wierszu Norwida.


("Stefan chciał coś powiedzieć". Powie i szybko zniknie)


Stefan jest po prostu kolejnym komunikatorem na polskim rynku. Kolejnym po Gadu-Gadu, Tlenie, Konnekcie, AQQ, WPKontakcie, rozmaitych klientach Jabbera, czy wreszcie po ICQ i Skype'ie. Stefan odróżnia się od nich bardziej młodzieżowym "wyglądem" - i to właściwie wszystko. Są rozmowy audio-wideo, są czaty, jest wysyłanie SMS-ów i transfer plików. Nawet gigabajtowe konto jest. Nie ma jednak niczego, co w realny sposób odróżniałoby ten produkt od innych, które już są na rynku. Jeżeli ambicją Interii jest zawojowanie tegoż - ze Stefanem w takiej formie nie mają najmniejszych szans tego osiągnąć. Jeżeli chodziło tylko o uzupełnienie oferty - w porządku, chociaż mnie byłoby szkoda pieniędzy. Na kampanię Stefana poszło ich podobno sporo.

Al Ries i Jack Trout opublikowali w 1993 roku książkę "22 niezmienne prawa marketingu". Od 1996 r. wielokrotnie tłumaczono ją na polski, samo dziełko można zresztą nabyć i dziś. Książka do poduszki, lekka i przyjemna, z wieloma przykładami. Tak się jednak składa, że opisane przez autorów prawa wytrzymują w znakomitej większości starcie z rzeczywistością dotcomów i e-biznesu. Odpowiednio zgeneralizowane reguły w realiach gospodarki rynkowej niewiele się zmieniają.

Interia najwyraźniej postanowiła się z tym twierdzeniem zmierzyć. Portal chce chyba nam - i sobie - coś udowodnić, skoro narusza tak podstawowe zasady, jak:

  • lepiej być pierwszym niż lepszym - Stefan nie jest pierwszy, jest wręcz maruderem;
  • lepiej być pierwszym w czyjejś świadomości niż pierwszym na rynku - targetem Stefana jest najlepiej przystosowana do korzystania z komunikatorów, najlepiej je znająca grupa polskich internautów;
  • jeżeli nie możesz być pierwszy w danej kategorii, to ustanów nową kategorię, w której będziesz pierwszy - Stefan powiela póki co schematy istniejących rozwiązań, nie ma technologicznie żadnej wartości dodanej;
  • w długim okresie na każdym rynku ścigają się tylko dwa "konie" - Stefan nie nazywa się Gadu-Gadu ani Tlen. Nie nazywa się też Skype.

Oczywiście nie wierzę, że komunikatorowi Interii uda się podbić rynek. Stefan jest skazany na porażkę, o ile nie ulegnie przeobrażeniom, które w znaczący sposób wyróżnią go na tle konkurencji. Przy czym przez "wyróżnienie" naprawdę nie mam na myśli koncepcji "ej, chłopaki, zróbmy kampanię, jakiej jeszcze nikt nie robił i nazwijmy nasz produkt pospolitym, ale zabawnym imieniem". Czy jednak Interię stać na technologiczną innowacyjność? Wątpię.

Wyzłośliwiając się na marketingowców, przypomnę jeszcze o istnieniu dwóch zasad, które kojarzą mi się ze Stefanem. Po pierwsze, potencjalny klient uznaje za zaletę przyznanie się do wady - może to jest właśnie as w rękawie Interii? :) Po drugie, należy oczekiwać niepowodzenia i godzić się z nim.

Mam wrażenie, że co jak co, ale to ostatnie prawo Interia z pewnością zna i stosuje.

2006/03/23

Szpieguj i ty

Wobec ogromnych możliwości śledzenia ludzkich poczynań w Sieci było właściwie pewne, że prędzej czy później ktoś wpadnie na pomysł, by zaproponować internautom płatną możliwość szpiegowania swoich bliskich (i nie tylko).

MySpace jest obecnie piątą najpopularniejszą anglojęzyczną witryną internetową świata (wg Alexa Web Search), a przede wszystkim - uczęszczanym serwisem do kontaktów towarzyskich. Coś na kształt bardzo poważnie rozbudowanego Grona. MySpace ma dziś ponad 65 milionów użytkowników, jest popularny zwłaszcza wśród amerykańskich nastolatków (oraz... muzyków z całego świata; na serwisie swoje konta ma ich, bagatelka, ok. 100 tysięcy). Serwis zakasował i Friendstera, i LiveJournal.

Nie o nim jednak teraz mowa. Oto powstał serwis MySpaceWatch, który oferuje usługi szpiegowskie, reklamowane w taki sposób:

"MySpaceWatch allows you to monitor login activity, track profile changes, and keep a running history of up to 3 MySpace profiles. Are you a parent who banned your child from myspace only to see that they keep logging on, or keeping multiple accounts? Is your significant other living a double life? We keep track and monitor activity so you don't have to. We also don't ask for any of your personal information."

Miesięczny koszt podglądania maksymalnie pięciu osób - sześć dolarów. Profile są skanowane co sześć godzin.

...nie mam ochoty komentować.

Multitasking, upływ czasu, tu i teraz

Przez Smart Mobs dotarłem do internetowej wersji cover-story z najnowszego numeru magazynu "Time". Tekst dotyczy multitaskingu i wpływu nowych technologii na najmłodszych, także z perspektywy ich przyszłego życia. Czym jest multitasking? Wykonywaniem wielu czynności w tym samym czasie; nowoczesne komputery z pojemną pamięcią oraz stały dostęp do Internetu prowokują nas do tego doskonale. To cenna umiejętność w dobie wymuszanej na ludziach umiejętności kompresowania czasu tak, by jak najwięcej można było poświęcić go na pracę. Ale też jest to umiejętność, za którą - moim zdaniem - płacimy dużą cenę. Dyskomfort psychiczny, zwiększone poczucie szybkiego, szybszego niż kiedyś, upływu czasu. I mam wrażenie, że swoje robi tu nie tylko większa liczba lat na karku, ale właśnie codzienne wielogodzinne skupianie się (a raczej rozpraszanie) na wielu czynnościach na raz.

Wpis na bloga. SMS od profesora. Przyszedł e-mail. Kończy się "The Beginning And The End" (sic).

Dwa cytaty z "Time'a", o generacji M (jak "mobile"):

"Although multitasking kids may be better prepared in some ways for today's frenzied workplace, many cognitive scientists are positively alarmed by the trend. 'Kids that are instant messaging while doing homework, playing games online and watching TV, I predict, aren't going to do well in the long run,' says Jordan Grafman, chief of the cognitive neuroscience section at the National Institute of Neurological Disorders and Stroke.

On the positive side, Gen M students tend to be extraordinarily good at finding and manipulating information. And presumably because modern childhood tilts toward visual rather than print media, they are especially skilled at analyzing visual data and images, observes Claudia Koonz, professor of history at Duke University."

(...)

"'The problem,' says Sudbury, Massachusetts, psychiatrist and author Edward Hallowell, 'is what you are not doing if the electronic moment grows too large' --too large for the teenager and too large for those parents who are equally tethered to their gadgets.

In that case, says Hallowell, 'you are not having family dinner, you are not having conversations, you are not debating whether to go out with a boy who wants to have sex on the first date, you are not going on a family ski trip or taking time just to veg. It's not so much that the video game is going to rot your brain, it's what you are not doing that's going to rot your life'."

Grzechem byłoby nie podsumować tych uwag odnośnikiem do wirtualnego miejsca, w którym kończy się Internet.

A bardziej poważnie i refleksyjnie: Obecność w cyberprzestrzeni Johna Sulera. Duże "o" zamierzone. Tekst z dedykacją dla wszystkich, którym czas ucieka przez palce...

2006/03/22

Podwójne deja vu

Ponad rok temu pisałem o futurystycznym projekcie pod nazwą Evolving Personalized Information Construct, znanym lepiej jako EPIC 2014. Przydałby się mały update, bo Sloan i Thompson już jakiś czas temu przygotowali jego quasi-sequel, czyli EPIC 2015. Jest to znacznie uzupełniona wersja poprzedniego filmu. Podcast, iPody, rozszerzona wizja Google Grida.

Zdecydowanie warto. Film jest do obejrzenia tutaj, względnie tutaj. A pół żartem - po obejrzeniu można zajrzeć na tę stronę, by przekonać się, jak ślepo pragmatyczni bywają niektórzy Amerykanie.

* * *

Drugie deja vu dotyczy mojego niedawnego wpisu o statusach na komunikatorach. Dwa wyimki z dzisiejszej dyskusji na Gazeta.pl dobrze komponują się z tym, co napisałem (pisownia jak w oryginale). Zwerbalizowana wątpliwość:

"opis opisem, ale ja sie zawsze dziwie, bo mam kilku znajomych co to siedza prawie 24h/dobe na gg ale zawsze niewidoczni...i tak wszyscy wiedza ze oni tam sa, jak sie odezwe to odpisze..." (ten wpis)

i odpowiedź na nią:

"Siedze przez cały czas na niewidocznym, poniewaz gdybym dała status 'dostępny' zagadnełoby mnie przynajmniej 10, spośród ponad 100 osób mojej listy kontaktów. Jestem generalnie zabiegana i nie mam czasu na głupie rozmowy... chyba, ze mają być formą mojej rekreacji ;) Krępujące jest w kółko odmawianie i odpisywanie, że nie ma się czasu. Nie będąc dostępnym rozmawiam z kim chce i kiedy chcę :) Nie prowokuje do nieoptrzebnych rozmów." (ten wpis)

Ja, ja, ja. Mnie, mój, moje. I czas jako wartość tak nadrzędna, że - z perspektywy idei komunikatora internetowego - aż karykaturalna.

P.S. Podczas wysyłania tego wpisu Blogger wyjątkowo marudził. Wszystkich subskrybentów RSS-a przepraszam, jeżeli dostali zwielokrotnioną informację o niniejszej aktualizacji.

2006/03/17

Hakowanie RFID: wirus w tobie i twoim psie

Podążając przez Smart Mobs dotarłem do pracy naukowej opracowanej na Wydziale Nauk Komputerowych amsterdamskiego Vrije Universiteit. Melanie R. Rieback, Patrick N. D. Simpson, Bruno Crispo i Andrew S. Tanenbaum znaleźli sposób hakowania czipów w systemie RFID (Radio Frequency IDentification). Zainfekowanie ich malware'em to nie tylko zagrożenie naszej prywatności, ale i bezpieczeństwa; temat jest wart uwagi:

"RFID tags are useful for a huge variety of applications. Some of these applications include: supply chain management, automated payment, physical access control, counterfeit prevention, airline baggage management, and smart homes and offices. RFID tags are also implanted in all kinds of personal and consumer goods, for example, passports, partially assembled cars, frozen dinners, ski-lift passes, clothing, EZ-Pass toll collection devices, and public transportation tickets. Implantable RFID tags for animals allow concerned owners to label their pets and livestock. Verichip Corp. has also created a slightly adapted implantable RFID chip, the size of a grain of rice, for use in humans." (cyt. za autorami pracy)


RFID jest powszechnie używany w handlu, jednak - jak można przeczytać w pracy - technologię tę planuje się wykorzystywać także np. do odprawiania bagażu na lotniskach. Zważywszy, że postęp medycyny (ale nie tylko) idzie w stronę mikrowszczepów, zaczyna się robić zimno. Jakiś czas temu polecałem na łamach bloga "Ghost in the Shell"; oczywiście zainfekowanie stosownym wirusem nie sprowadzi ludzi do roli marionetek tylko przez wzgląd na jakiś źle działający czip, jednak wystarczająco przerażający jest sam pomysł posiadania w ciele czegoś, nad czym ktoś zupełnie nieuprawniony (czy też w ogóle ktoś inny niż my sami!) może przejąć kontrolę.

No i druga wspominana już sprawa - nocna zmora Hypponena z F-Secure, czyli wirusy komputerowe rozpowszechniające się bezprzewodowo. Mikko bał się o systemy operacyjne na telefonach komórkowych i problemy z opanowaniem takiej infekcji. RFID brzmi równie niesympatycznie.

"Ghost in the Shell" to potwornie mądry film, który - jeśli przepuścić go przez pewien filtr racjonalności, odsiewając czyste S-F - pokazuje nam bardzo prawdopodobną przyszłość społeczeństw w krajach rozwiniętych. Kilka lat temu powstały prototypy peleryn-niewidek noszonych w filmie. Dziś - absolutnie symbolicznie, ale jednak - możliwe staje się włamywanie do zwierzęcych i ludzkich ciał.

* * *

Kończąc ponury wątek. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Turynie poznaliśmy kolejne znaczenie słowa "hakować". Sportowe, hokejowe, jakże świeże! Możliwe tylko w polskiej telewizji! Oto skrzydłowy Trzech Koron Daniel Sedin prowadzi krążek i, proszę państwa, niesportowe zachowanie... Szwed jest z tyłu hakowany przez czeskiego obrońcę Pavla Kubinę! Bo hakowanie, moi drodzy, to kreatywne polskie tłumaczenie słowa hooking, niezgodnego z przepisami zahaczania kijem. Hakowanie jest dżezi.


2006/03/16

Wypełnij ankietę

W ramach koleżeńskiej pomocy. Alan Orman pisze na Wydziale Zarządzania UW pracę magisterską o piractwie komputerowym. Jak sam prezentuje temat:

"Dotychczasowe badania stanu piractwa komputerowego w naszym kraju, przeprowadzane chociażby przez BSA (Business Software Alliance), koncentrowały się w głównej mierze na piractwie korporacyjnym, a więc dotyczyły nielegalnego użytkowania oprogramowania komputerowego w firmach i instytucjach. Moje podejście do tematu piractwa komputerowego w Polsce i na świecie jest nieco odmienne od tego, które przed chwilą opisałem. Nie nastawiam się na określoną grupę użytkowników - moim celem jest zgromadzenie odpowiedzi pochodzących zarówno od osób korzystających z komputerów firmowych jak i prywatnych. (...) W moim badaniu równie duże znaczenie ma nie tylko użytkowanie, ale i samo posiadanie, pobieranie z Internetu oraz sprzedawanie nielegalnego oprogramowania (w tym gier komputerowych, plików muzycznych i wideo).

Zapraszam do wypełnienia mojej ankiety. Jest ona w 100% anonimowa. W bazie danych, w której magazynowane są odpowiedzi, nie są zapisywane żadne informacje dotyczące komputera użytkownika (vide numer IP w chwili wypełnienia ankiety). O jej anonimowość możecie być zatem spokojni."

Ankieta jest tutaj. Odpowiedziało do dzisiaj ponad 1800 osób, między nimi oczywiście ja.

Naruszysz w Internecie, to cię wyrzucą

Pod nieco niefortunnym tytułem na Gazecie.pl ukazał się artykuł o prawdopodobnym rychłym relegowaniu ze szkoły kilkorga uczniów, którzy na Gronie podszywali się pod swoich nauczycieli i ośmieszali ich. Sankcją, którą wybrali nauczyciele, jest właśnie usunięcie ze szkoły. Nie proces sądowy, udokumentowanie oczywistego uszczerbku dóbr osobistych, walka o słone odszkodowania. Nauczyciele z Radomia wybrali rozwiązanie siłowe, po które sięgnąć łatwiej, ale brzydko. W takich wyborach wraca poprzednia epoka.

Wypada tylko pokręcić głową z politowaniem nad decyzją ciała pedagogicznego. Znamy efektywność polskich sądów, ale jeżeli w taki, siłowy przecież sposób mamy rozwiązywać problemy młodzieży w Internecie, to ręce opadają. Po pierwsze, zapomniał wół jak cielęciem był - każdy kiedyś przedrzeźniał nauczycieli, może w bardziej niewinny i kulturalny sposób, ale jednak. Problem główny dzisiejszych nastolatków a la Radom nie jest taki, że robią to w sposób nieprzemyślany, bardziej chamski i prymitywny - to także moje zdanie - ale taki, że pozostawiają po sobie ślady. Technologia wypełniająca ich świat sprawia, że zostawiają ślady. Tylko tyle. I aż tyle, bo my, dorośli, też zostawiamy w Sieci ślady. Całe mnóstwo śladów. O czym rzadko pamiętamy.

Jestem jak najdalszy od obrony prymitywnych gierek przeciwko gronu pedagogicznemu, ale trzeba wrzucić mu do ogródka jeszcze jeden kamyk. Nie taki mały. Bo czy nie właśnie w szkole dzieci powinny uczyć się BEZPIECZNEGO poruszania po Internecie? Elementem tegoż jest podstawowa wiedza o prywatności i sposobach jej zachowywania. Brak uświadomienia uczniom, że w Internecie rzadko udaje się zachować anonimowość, to skandal. Nie myślę nawet o przyszłości tych ludzi, o tym, że na własnej skórze przekonają się, czym jest phishing. Myślę o tym, że podstawy zachowywania prywatności w Sieci powinien znać już 10-latek, który może zaraz zostać zaczepiony przez "Wojtka lat 12". Kampanie reklamowe są efektowne, tylko z działaniem gorzej.

Dostaje się moim, było nie było, kolegom po fachu; dla równowagi dodajmy, że kazus Radomia nie jest wcale odosobniony. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem ze starym znajomym, który uczy w gimnazjum - jego podopieczni też wypisują na Gronie epitety pod adresem nauczycieli. Ja również widziałem podobne bzdury kreowane przez obecnych uczniów mojej dawnej szkoły średniej. Czy wyzłośliwianie się na nauczycieli w gazetkach, kabaretach szkolnych przestało istnieć? Zwyczajowo było tolerowane. Wiem - Grono jest pod ręką i bez wysiłku, pewnie. Tempus fugit.

Pytania można mnożyć. Co robi nauczyciel na gronie tematycznym swoich uczniów, założonym przez nich i dla nich? Czy węsząc - jak mój dawny historyk, którego niezmiernie szanuję - za naruszeniami dóbr osobistych, sam nie przekracza umownej granicy prywatności? Z drugiej strony patrząc, gdzie jest granica wolności wypowiedzi? Czy uczniom wolno pod płaszczykiem tejże wolności podszywać się pod nauczycieli?

Rozstrzygnąć powinien sąd.

2006/03/14

Minął rok

Dziewiątego marca minął pierwszy rok działalności error300.org. 365 dni, 101 wpisów. Obrany kurs tematyczny i stylistyczny nieco się zmienił, choć pod ścisłą kontrolą sternika. I tak będziemy sobie płynąć dalej.

Pewną skazą blogów jest to, że żywotność przekazywanych w nich informacji przypomina publikowanie w dziennikach. Świeża wiadomość z dzisiaj jutro jest już czerstwa, że posłużę się bezpośrednim, ale obrazowym tłumaczeniem z angielskiego. Mam wrażenie, że tak samo jest z wpisami na blogach: to, co było miesiąc temu, jest oczywiście w archiwum, ale większość osób nie uzna za stosowne/wartościowe/warte uwagi zaglądanie do tegoż. Potwierdzają to logi. Abstrahując od skromnej inicjatywy, jaką jest error300.org - jeżeli podobny mechanizm czytelniczy zachodzi w przypadku blogów Chomsky'ego, ESR-a czy Gillmora (by sięgnąć z brzegu), to widać w jasny sposób, że mamy do czynienia z intrygującą, ale i poważną sprzecznością.

Przenosząc swoją obserwację na grunt prywatny pozwolę sobie przytoczyć jednak kilka wpisów, które z perspektywy minionego roku wydają mi się, z różnych względów, szczególnie bliskie. Wpisy te dotyczą dobrego i złego moderowania w Sieci, przyszłości bez książek, skrótów używanych przez telegrafistów podczas II Wojny Światowej, splogów, wideoke i lifehackingu, a także Stowarzyszenia Dziennikarzy i Mediów Internetowych (o którym od powstania cisza jak makiem zasiał).

Zobaczymy, co będę mógł napisać o swym blogu za rok. Jak będę mógł go podsumować i które wpisy przypomnę.

2006/03/13

Onet i o2 dobre, Gazeta zła

Jedna z pierwszych czynności nowego internauty: założyć konto pocztowe. Gdzie? Tam, skąd zazwyczaj zaczyna się sieciowe wędrówki. U providera (konto w domenie aster.pl, neostrada.pl, itp.) albo na którymś z polskich portali. I właśnie darmowych kont na portalach dotyczy arcyciekawy i wyczerpujący test przeprowadzony przez tonida w jego Strefie chronionej. Wiecie, czym jest SPF? Zobaczcie, które portale z niego korzystają i z jakimi efektami. Nie wiecie, co to SPF? Tonid wytłumaczy.

Onet. Kto by pomyślał. Gazetowcy, poprawcie się!

W temacie SPF polecam również tekst Tomasza z ostatniego "Hakin9u" (2/2006) - "Uwierzytelnianie nadawcy - bezpieczeństwo czy zagrożenie". Mam zresztą przyjemność sąsiadować z nim swoim artykułem o rootkicie Sony.

2006/03/07

GGrzeczność na co dzień

Minęła bodaj najdłuższa przerwa w rocznych dziejach bloga. Bywa. Nic na siłę, gdy inne aktywności o uwagę się dopraszają - czasami bardzo stanowczo. A że w ostatnich dniach także serwer się zbiesił, nawet rzecz już napisana musiała poczekać; od dłuższego czasu chodził mi po głowie temat dobrego wychowania i tego, czym się przejawia naruszanie jego zasad w komunikacji synchronicznej - a już konkretnie, na wszelkiej maści komunikatorach.

Statusy dostępności. Jestem offline, bo mnie nie ma. Jestem online, ale także away tudzież zaraz wracam, względnie N/A; innym razem zastrzegam, żeby mi DND i tym podobne. Wreszcie najważniejsze: jestem niewidoczny. Czyli niby offline, ale wcale nie offline. Ty mnie nie widzisz i nie wiesz o mojej dostępności - bo ją limituję do granic - ja o Twojej dostępności wiem wszystko. Chyba, że również będziesz niewidoczny.

Właściwie należałoby zacząć od konstatacji, że permanentne przebywanie w invisible mode jest... zaprzeczeniem idei komunikatora internetowego. No proszę pomyśleć. Jestem przy tym pewny, że nie tylko ja znam osoby, które w ogóle nie bywają online, choć wykorzystują swój IM nagminnie. Pozostaje otwarte, jaka strategia psychologiczna się za tym kryje, choć według mnie chodzi głównie o próbę kontrolowania swojego czasu i zarządzania nim. Moim zdaniem często nie do końca uświadamianą. Włączam komunikator (np. w pracy), ale pozostanę niewidoczny, żeby nikt mi nie zawracał gitary niepotrzebnie - jak ja coś będę chciał od kogoś, to sam się odezwę.

Nie da się ukryć, że jest to pragmatyczne, ale także nieco niegrzeczne. Wyłączywszy zawodowe zastosowania, rozmowy via komunikator cechuje taki sam status komunikujących się stron, jak w przypadku np. towarzyskich rozmów telefonicznych. Status równości: mamy takie samo prawo mówić, słuchać, przeprosić i skończyć, oddzwonić, trzasnąć słuchawką, itd. Jak wygląda to w przypadku komunikatorów - czy równorzędność stron jest zachowana wtedy, gdy ja sygnalizuję swoją dostępność online, a mój rozmówca przez cały czas jest niewidoczny? Nie jest. Jeżeli będę chciał go zagadnąć, muszę zgadywać, czy akurat się ukrywa, czy też go faktycznie nie ma. Modyfikacje statusu online - away, N/A, DND i inne - obligują kulturalną osobę do odpowiedzi, jeżeli zostawimy jej wiadomość. Status invisible do odpowiedzi nie obliguje - bo przecież "mnie tu wcale nie ma". I najczęściej takiej odpowiedzi nie ma, choć nie ona jest tu najważniejsza.

Ważniejsza jest niepewność jednej ze stron i naruszenie równorzędności. Kontrola nad komunikacją nie jest bowiem w takiej sytuacji obustronna. Przejmuje ją ten, kto się ukrywa. A zatem pytanie, po lisiemu: co z tą grzecznością?

Pamiętajmy, że mowa jest o relacjach towarzyskich, osób, które traktują się koleżeńsko czy wręcz przyjacielsko. Ich permanentne ukrywanie warto rozróżnić np. od "pokazywania statusu tylko znajomym" - ktoś spoza naszej listy może uważać, że cały czas jesteśmy offline i że to niegrzeczne. Jest jednak jakiś powód bycia wyłączonym z listy naszych znajomych (być może nieuświadamiany przez osobę spoza niej). Kiedy jednak nie chcemy się z kimś komunikować, jest to w oczywisty sposób inna relacja stron, a zatem i inny przykład.

Bywają i relatywnie niewinne warianty niewidoczności. Ty jesteś niewidoczny, ja również - ale obaj zastrzegliśmy sobie, że z tych czy innych powodów tak robimy i obaj o tym wiemy. Będziemy się komunikować z tą świadomością. Myślę jednak, że szersze zastosowanie takiego podejścia też budzi wątpliwości - bo pozostałe osoby z listy, w tym inni przyjaciele/bliscy znajomi, będą pozbawieni owego wspomnianego już poczucia równorzędności w komunikacji. Dlatego jeżeli lista kontaktów rozrosła się nam tak bardzo, że wolimy "zniknąć" choćby dla połowy osób z tejże, warto rozważyć założenie drugiego konta. Komunikatory są w końcu darmowe, drugi numer dajmy najbliższym i po kłopocie. Rozwiązanie wyjątkowo proste, a unikamy w ten sposób naruszenia zasad grzeczności zachowując autonomię czasową (kiedy...) i personalną (...i z kim chcemy rozmawiać).

Zatwardziałym "niewidzialnym", którzy mają poczucie braku czasu i zasadniczo nie są chętni rozmawiać wtedy, gdy sami nie mają ochoty, poleciłbym jednak inne rozwiązanie. Osoby takie powinny wyłączać komunikator, kiedy pracują. Gdy chcą z kimś porozmawiać, w ciągu trzydziestu sekund mogą być online. Online - dla wszystkich - a nie invisible. Odmówić komuś, dla kogo nie mamy czasu, też przecież można i na pewno nie jest to wielki wysiłek.

Tak byłoby bardziej w porządku (zachowanie równorzędności) i pewnie grzeczniej. Mam jednak świadomość, że wiele osób będzie wolało hołdować swojej - i tylko swojej - wygodzie. Zupełnie jak w przypadku niegrzecznego zastrzegania numeru wychodzącego na komórkach. Gdyby nie zobowiązania zawodowe - a wiadomo, że zastrzeżone numery to często szeroko pojęta klientela biznesowa - nie odbierałbym tego typu rozmów. Wiem, że wiele osób nie odbiera. Jest to jakaś metoda.

P.S. Był sobie kiedyś taki fantastyczny "Za chwilę dalszy ciąg programu". Tytuł jest nawiązaniem do skeczu z tegoż.