Rozbudowany dział linków uchodzi za atut większości internetowych serwisów tematycznych. Podnosi renomę witryny, może sugerować nie tylko "oczytanie" autorów, ale także ich bardzo dobre kontakty w dziedzinie, o której traktuje strona (abstrahuję, realne czy nie). Niewątpliwie uchodzi także za ukłon w stronę czytelnika, któremu ułatwia dalsze sieciowe poszukiwania w interesującym go temacie. Problem w tym, że starym zwyczajem twórców stron, wywodzącym się jeszcze z tzw. zamierzchłych czasów internetu, jest honorowanie zasady wzajemności (do ut des, "daję abyś dawał"). Mówiąc krótko - Ty linkujesz do mnie, ja linkuję do Ciebie. Zasada ta nie jest zła sama w sobie, jednak nie sprawdza się, moim zdaniem, w przypadku blogów tematycznych. I o tym ten krótki wpis.
W przeciwieństwie do pamiętnikarskich blogów osobistych, blogi tematyczne bazują na pogłębionej wiedzy autora w jakimś konkretnym temacie. Stopień pogłębienia jest w tych rozważaniach mniej istotny od skupienia się na konkretnym zagadnieniu i drążenia go. W sferze merytorycznej dobry blog tego typu nie będzie się znacząco różnił od serwisu tematycznego; wszystko jest kwestią nakładów pracy. To, czym blog różni się natomiast od przeciętnego serwisu, jest większe wyeksponowanie autora. W blogu tematycznym "ja" eksponuje się zazwyczaj bardziej, chyba że bloger programowo chce pozostać enigmą. Rzeczowa autoprezentacja i gra w otwarte karty z czytelnikami wzmacniają jednak reputację i wiarygodność blogów tematycznych, toteż anonimowość należałoby tu uznać za raczej rzecz niepożądaną, a może nawet za nieuświadamiany błąd założenia.
Skoro bloger w bardzo naoczny sposób firmuje pisane teksty (zrobione zdjęcia, nagrane podcasty, itd.), musi mieć świadomość, że swoją osobą firmuje również te strony internetowe, które ukryje pod stosownymi odnośnikami w dziale im poświęconym. Oto i wysłużony marketingowy endorsement w działaniu. W Stanach Zjednoczonych blogi eksperckie (już nawet nie tematyczne, ale eksperckie - podkreślam) rzadko kiedy są opatrywane litanią linków do mniej lub bardziej pokrewnych stron. Działa tu stara angielska zasada less is more: wskazuje się źródła, które są autorowi najbliższe i z których realnie korzysta.
W szczególności dotyczy to innych polecanych blogów, których treść jest zazwyczaj bardziej dynamiczna niż statycznych serwisów z, dajmy na to, artykułami naukowymi z interesującej nas dziedziny. Linkując daję znać nie tylko o tym, że korzystam, ale również o tym, że wiem, co tam się dzieje. W jakimś sensie "czuwam" nad tym. Dlatego jestem zdania, że w reprezentacyjnym miejscu warto linkować te blogi, do których się realnie zagląda. Znakomite narzędzia w stylu del.icio.us pozwalają zapisywać kolejne odnośniki, tylko w nieco inny sposób. Ciągle mamy do nich dostęp (jeżeli linkujemy nie tylko dla czytelników, ale i dla siebie), ciągle możemy podrzucić je czytelnikom. Różnica polega na eksponowaniu.
Uważam, że bloger, który linkuje bezpośrednio ze swojego bloga do 60 innych, nie zyskuje takim działaniem na wiarygodności - trudno przypuszczać aby sukcesywnie czytał ichnie wpisy. A jednak - puk, puk, endorsement - firmuje je swoim nazwiskiem. (Wyjątki się zdarzają, jasne na pewno będą osoby, które znajdą czas na sumienne czytywanie kilkudziesięciu blogów). Nieprzypadkowo jednak owe litanie linków są domeną blogów osobistych; charakter tych ostatnich jest inny, zazwyczaj mniej trzymany w ryzach autorskiego widzimisię ("czym ma być i co ma sobą reprezentować mój blog", pytanie powracające w przypadku prowadzenia bloga tematycznego). I tam właśnie rządzi do ut des. Ty linkujesz do mnie, jest mi miło, zatem podlinkuję do Ciebie. O czym piszesz? To już mniej ważne. Podtrzymaliśmy rytuał.
Myślę, że na blogach tematycznych nie ma miejsca na "jest mi miło". Ani na "jest mi przykro", gdy ja kogoś polecam, a ten ktoś mnie - nie. To trochę tak, jak z dawaniem jałmużny; jak się głębiej zastanowić, dla darowującego najbardziej istotny jest sam akt dawania, a nie to, co obdarowany potem z podarunkiem zrobi. Daję bo chcę.
Tak powinno to funkcjonować i tak, wedle moich obserwacji, w wielu blogach tematycznych funkcjonuje. Fajnie tylko, gdyby stało się niepisaną zasadą. A może właśnie pisaną?