error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni
2007/01/31
Całkiem ważna wypowiedź zdecydowanie ważnej osoby
Pokłon panu Ryszardowi jest mi najzręczniej oddać w formie, która ma jakiś związek z tym blogiem. Tematyki jednak staram się tutaj trzymać dość rygorystycznie. Dlatego cytat znaleziony dzisiaj, Kapuściński o Internecie. Dla bywalców i znawców gratka przeciętnej wielkości, ale nie tylko takie osoby tutaj zaglądają (i, z całym szacunkiem, na szczęście!).
"Narodziny Internetu były wielką rewolucją w dziedzinie komunikacji, ale i w dziedzinie mentalności. Stworzył on zupełnie inną rzeczywistość, której jeszcze w pełni nie potrafimy ocenić. Wiemy tylko, że zwiększył ilość informacji. Stworzył jakby odwrotność cenzury. Istotą cenzury był brak informacji, a Internet wprowadził nas w świat, w którym jest jej nadmiar. Nasza wyobraźnia kształtowana była przez tysiące lat, w których jej brakowało. Wasze pokolenia urodziło się w świecie, który jest odwrotnością tej rzeczywistości.
(...)
Jeśli wystukacie na klawiaturze komputera pojawi się milion informacji. Które są ważne, a które nie? Skąd to wiedzieć? Kto to ma nam powiedzieć? Znów jesteście zagubieni. Myśli się nad tym, jaki ład w tym wszystkim wprowadzić. (...) Tu mamy do czynienia z nowym typem konfliktu. Na szczęście bezkrwawego."
Po światowej agencji prasowej, globalnych koncernach, po Harvardzie, w "Second Life" pojawi się ambasada. Szwecji zresztą. Sam fakt właściwie tylko potwierdza pewną tendencję, zatem nie warto się rozwodzić nad nim samym. Ciekawsze są dla mnie np. komentarze czytelników zlinkowanego wyżej artykułu. Brak zrozumienia i ironia, czasami zabawna, jak postulat wysłania Gosiewskiego jako naszego ambasadora w SL, ale jednak podszyta protekcjonalizmem wobec całego konceptu. Może to cecha imitatorów, o których wspominali niedawno Edwin i jego czytelnik?
Nie rozumiemy fenomenu "Second Life", nie rozumiemy. Nawet niektórzy blogerzy mylą frywolnie pojęcia (SL to serwis społecznościowy? Uch...), choć jako doświadczeni zawodowi dziennikarze powinni nie tylko czuć się, ale i być odpowiedzialni za słowo, aby nie rozmywać czytelnych pojęć. Warto na własny użytek pompować jakiś nowy balonik?
Idei "Second Life", jak również samego świata, wcale nie musimy lubić (wracam tu do komentarzy z forum), mamy tylko dostrzegać, że pojawienie się ambasady w tym świecie było do przewidzenia. Mamy dostrzegać, że to naprawdę jest duże coś. Jestem przekonany, że w 2008 roku w SL odbędzie się amerykańska debata prezydencka (jedna z). I proszę nie mówić potem, że wizjonerstwo i talent wróżbity. Trendy są nadto czytelne i widoczne, a tempo zdarzeń też nie do pominięcia. .
Cytat z "Ghost In The Shell: SAC 2nd GIG" (odc. 5). Rozmowa tachikomów, czyli roboto-czołgów wyposażonych w zaawansowane AI, przejeżdżających obok starej buddyjskiej świątyni:
Tachikoma 1 - Hey, if I understand it correctly, Zen is not so much a religion, but rather a means of freeing human karma from worldly thoughts, right?
Tachikoma 2 - For us, maybe that correlates to deleting data from our cache when it's full!
Tachikoma 3 - Yeah, maybe it's similar to that. And having our data synchronized too!
Tachikoma 1 - Wow, if that's true maybe we could link up to someone who's meditating and download enlightenment!
Kto wie, czy świat nie poświęca iPhone'owi zbyt wiele uwagi. Tonid podesłał mi link do OpenMoko, czyli projektu smartfona opartego o Linuksa oraz o oprogramowanie Open Source. Coś jak przeglądarka Firefox - zapewniamy kręgosłup (urządzenie, design, interfejs, podstawowe aplikacje), a dodatki twórzcie sami. Docelowo całe oprogramowanie ma być otwarte dla chętnych, którzy dorzucą do niego coś od siebie.
Telefon nazywa się Neo1973, jego twórca, First International Computing, to firma z Tajwanu (znak czasów). Na nowym modelu zarabiać mają wszyscy, a urządzenia będą podlegać łatwiejszemu dostosowaniu do codziennych ludzkich potrzeb. Więcej w prezentacji z założeniami projektu, z listopadowej Mobile Conference w Amsterdamie - dział "Press release" na podanej już stronie [PDF lub TXT].
W najgorszym wypadku powstała ładna komórka dla geeków. W najlepszym, oby, coś znacznie ważniejszego... .
Można się było spodziewać wysypu tekstów, tak w blogosferze, jak i poza nią. Mało która firma wzbudza tyle emocji, co Apple. Szczególnie wtedy, gdy Apple wypuszcza nowy produkt. A tak się składa, że Steve Jobs zaprezentował właśnie najnowsze dziecko Apple'a, czyli iPhone.
Wygląda tak, jak w linku powyżej - a w tych wynikach wyszukiwania można zobaczyć, jak mógł wyglądać (część prototypów i tak pewnie była dla zmylenia tropów). Na stronie Apple'a warto zresztą obejrzeć całą prezentację urządzenia, względnie szybko rzucić okiem na siedem slajdów przygotowanych przez "Time". Poniżej krótki film pokazujący, jak się będzie przez iPhone dzwonić:
Reakcje były do przewidzenia - od zachwytu po twardy sceptycyzm. Pete Mortensen z "Wired" jest wręcz zdania, że Jobs jednym machnięciem ręki zmienił krajobraz na rynku telefonii komórkowej, bo iPhone to naprawdę cacuszko. Z kolei Gadget Lab już narzeka na skromną pamięć (flash 4 albo 8 GB), wbudowaną baterię i brak dostępu do 3G - pomimo, że produkt zadebiutuje oficjalnie dopiero w czerwcu i Bóg jeden wie, ile się w nim zmieni. O wymiennych, dodatkowych kartach pamięci już się zresztą przebąkuje. Ale z baterią sprawa jest wątpliwa, to fakt. Także w kontekście jej wytrzymałości, której nie poznamy tak długo, jak produktu nie wypróbujemy.
W komentarzach u Edwina Bendyka są notabene opinie, że "to już było", że iPhone to nic nowego. Myślę, że te dwieście patentów powiązanych z powstaniem iPhone'a (mówił o tym Jobs) to jednak nie tylko marketingowa gadanina, chociaż oczywiście przekonamy się o tym ostatecznie za kilka-kilkanaście miesięcy.
Na CNET zwracają natomiast uwagę, że Jobs posługuje się nazwą, która została już rynkowo wykorzystana; chodzi o wydany w grudniu 2006 produkt firmy Linksys. Ciekawe, czy będzie z tego afera, czy nie. Giełda jak na razie zareagowała na iPhone entuzjastycznie, ale już dziś można przeczytać doniesienia, że Cisco jednak będzie pozywać Apple'a. Najlepiej historię opisują na Boing Boing, gdzie nie tylko wspomina się o wydarzeniu (pozew), ale i jego uwarunkowaniach. Apple nie boi się procesu o prawo do nazwy, na Boing Boing można przeczytać dlaczego. Niektórzy przewidują, że jabłkofon zmieni mimo wszystko nazwę - np. na Apple Phone albo iSpeak.
Najważniejsze w moim przekonaniu wątpliwości do iPhone'a zgłasza Tomi T. Ahonen (piszę o nim za Smart Mobs), który przede wszystkim polemizuje z Jobsem, dla którego strategicznymi usługami w iPhone'ie są rozmowy i odtwarzanie muzyki. W wielu krajach będą to jednak SMS-y i, jak zauważa Ahonen, mogą one zdecydować o być albo nie być jabłkofonu na tych rynkach. Zobaczymy, jak sprawdzi się wirtualna klawiatura - dla mnie bomba, ale argument Ahonena cenny. W Finlandii komórka jest w slangu określana jako kanny (umlaut nad "a"), co jest zdrobniałym określeniem dłoni - nie jest to przypadkowe. Na Filipinach mówi się natomiast o "generacji txt" i wcale nie chodzi o pliki z notepada.
Ahonen napisał otwarty list do Apple'a, gdzie przedstawia racje za tym, by nie lekceważyć SMS-ów. Wyważona i ciekawa jest też jego ocena szans iPhone'a, choć mimo wszystko jest to fińska perspektywa, z której eks-mózg Nokii patrzy na rynek telefonii komórkowej. Podkreślam to, bo jednak czytając mam poczucie pewnego dystansu; perspektywa Kraju Nokii jest odległa choćby od naszej rodzimej, wystarczy wspomnieć rodzime "sukcesy" we wdrażaniu 3G.
Do kompletu opinii należałoby dorzucić jeszcze celny komentarz Mirka Filiciaka, zwracającego uwagę na znaczące zniknięcie "komputera" z nazwy Apple i opisujacego, co się z tym wiąże. Bo iPhone to tylko jeden krok do przodu w bardzo ważnym procesie.
Nawet jeżeli Jobs przesadza, gdy mówi o wyprzedzaniu rynku o pięć lat, to jednak za pomocą iPhone'a Apple znowu wyznacza trendy. Także w kontekście cenowym - jeżeli nic się nie zmieni, "wszystkomający" iPhone o pamięci 4GB będzie kosztować niecałe 500 dolarów. Niecałe 1500 złotych. A oto porównanie cen za przykładową Nokię 9300 w sklepach internetowych, zatem nominalnie tańszych. Od 1550 do 2600 zł. W Karenie ładny, dość rozbudowany Qtek z pamięcią flash 128 MB kosztuje ponad 3100 zł. Czy samo to jedno porównanie nie daje do myślenia?
Kończymy żartem: oto "reklama" ZunePhone, rychłej odpowiedzi Microsoftu na iPhone. Ten sam film jest na Boing Boing, ale nie mogłem się powstrzymać:
Tegoroczny mecz gwiazd ligi NHL odbędzie się zgodnie z planem, nie zakłócony internetowym happeningiem. Przypomnę to, o czym już pisałem - chodzi o akcję "Vote for Rory", mającą na celu wprowadzenie do All-Star Game ligowego przeciętniaka, Rory'ego Fitzpatricka.
Na Fitzpatricka oddano niebagatelną liczbę 550,177 głosów - niewystarczającą jednak, by zawodnik znalazł się w składzie Zachodu na uroczyste spotkanie. Chociaż można było głosować wiele razy, oznacza to, że akcja przyciągnęła bardzo wiele osób. W międzyczasie zmieniła się też argumentacja inicjatorów happeningu - do całości dorobiono teorię "sprzeciwu wobec instytucji", mówiącą, że "Vote for Rory" to tak naprawdę forma krytyki zasad wyboru zawodników do meczu gwiazd, pozwalającego na dowolne manipulacje.
Wraz z rozwojem zdarzeń akcja zainteresowała media, zmusiła też do wypowiedzi zawodników, oficjeli, jak również samego Fitzpatricka. Koledzy z lodowiska zazwyczaj robili dobrą minę do złej gry. Oficjele raczej krytykowali - największa legenda hokeja, Wayne Gretzky (obecnie trener jednej z 30 drużyn ligi) dobitnie stwierdził, że akcja jest idiotyczna. Zdaniem "The Great One", na wypadek jej sukcesu Fitzpatrick powinien zrezygnować z udziału w meczu. Sam internetowy bohater mimo woli nie dał jednak najmniejszego sygnału, że akcja mu się nie podoba, choć ta na początku w klarowny sposób go prześmiewała. Liga nie tylko nie podjęła się interwencji, ale i nie zajęła żadnego stanowiska (i tu się myliłem, przewidując, że zajmie). Ciekawe jednak, czy zmodyfikuje zasady głosowania przed przyszłorocznymi rozgrywkami.
Co jest interesujące z perspektywy tego bloga: ponad pięćset tysięcy głosów w sprawie pierwotnie ośmieszającej zawodnika, a następnie - system głosowania. To właśnie w tej drugiej fazie akcja nabrała tempa. Nie chcę wchodzić w procedury aplikowania do meczu All-Star, dość jednak powiedzieć, że przy swoim poparciu Fitzpatrick zdystansował większość innych, kandydujących już za osiągane wyniki, obrońców. Przeskoczyły go tylko dwie absolutne gwiazdy. Do występu w meczu - i ośmieszenia jego idei - zabrakło około 23 tys. głosów... .
Blog Herald przynosi ważną informację: Linden Lab uwalnia źródła klienta dostępowego Second Life. Będą dostępne na licencji GNU General Public (v.2). Firma chce umożliwić prace nad projektem przede wszystkim wyspecjalizowanym informatykom, których kompetencje są w pewnych zakresach większe niż pracowników Linden Lab. Przykłady potencjalnych rozwinięć: dostęp do Second Life'a ze smartfonów, ułatwiony dostęp dla osób niepełnosprawnych, itp.
Ciekawe. Ale to jest jeszcze ciekawsze:
"The bigger story, however, is Linden Lab's architectural revamp of the system that runs the Second Life world, which is called The Grid, and the likelihood that it shall likewise be released as open source software. Currently, much of the system runs on proprietary communication protocols and Linden Lab plans to migrate to standard ones, such as XML."
Przejście na otwarte protokoły jest zapewne motywowane chęcią zaangażowania użytkowników w proces ulepszania świata gry. Innymi słowy - odwołanie się do modnej ostatnio koncepcji inteligencji zbiorowej. Dobrze kombinują. No i ta potencjalna możliwość udostępnienia "serca gry" jako wolnego oprogramowania. W kontekście Second Life mówi się przecież tu i ówdzie o Web 3.0. (np. Henry Jenkins)... być może taka decyzja Linden Lab byłaby jej faktycznym początkiem? .
Przez Smart Mobs dotarłem do informacji o produkcie Polar Rose, który niedługo zadebiutuje na rynku jako wtyczka dla IE i Firefoksa. Polar Rose to wyszukiwarka dostępnych publicznie w Sieci zdjęć, identyfikująca osoby na nich widniejące z udostępnionymi w internecie informacjami na ich temat. Cytując: "Polar Rose lets you discover who's in a picture on any public photo". Na każdym upublicznionym zdjęciu.
Szwedzi z Polar Rose piszą o swoim produkcie tak:
"The plug-in detects people in online photos and places our signature rose approximately where the pinhole of their shirt would be. A click on the rose will bring up a tooltip with relevant information, including name and other photos found of the same person. As a user, you help train our engine by tagging names or verifying the data generated by Polar Rose or by your fellow users."
Zatem od początku jest kontrowersyjnie. Z jednej strony udogodnienie, z drugiej - ogromne pole do nadużyć. Chociaż nieładnie jest skazywać produkt przed jego startem, przyznam, że nie widzę zbyt wielu sytuacji, w których Polar Rose naprawdę stawałby się rewolucyjnym dodatkiem. Co jest tu bowiem innowacją? Możliwość wyszukiwania zdjęć? Sama w sobie oczywiście nie. Możliwość skojarzenia zdjęcia z materiałami tekstowymi dostępnymi w Sieci na temat danej osoby? Właściwie też nie, do tego wystarcza Google. Skojarzenie jednych z drugimi głównie oszczędzi nam czas i tę oferuje na dobrą sprawę Polar Rose, choćby był prezentowany jako przełom, bez którego właściwie nie mieliśmy prawa funkcjonować.
Polar Rose będzie więc przydatny - to z pewnością. Przydatny zwłaszcza osobom, które niezbyt intuicyjnie poruszają się w wynikach wyszukiwania i nie znają żadnych google hacks. Fajnie? W sumie tak, ale co stawiamy na szali?
Na szali stawiamy prywatność i... czas użytkowników. Prywatność, bo być może Jan Kowalski nie życzy sobie łączenia części upublicznionych zdjęć z kumpelskiej popijawy sprzed pięciu lat ze swoją obecną sieciową tożsamością najlepszego w kraju specjalisty od PHP. Bo może pryszczata nastolatka ze zdjęć z 1997 roku (opublikowanych na nieaktualizowanej, ale dostępnej w sieci stronie koleżanki) jest dzisiaj rzeczniczką prasową znanego koncernu, albo posłanką do europarlamentu. Co prawda łatwiej znajdziemy w Sieci kompromitujące zdjęcia paru posłów "zamawiających pięć piw" i skojarzymy ich z biografiami, ale przecież ta partia i tak leży. Wiadomo, że chodzi o coś znacznie poważniejszego.
Dlaczego oprócz prywatności tracimy w tym wszystkim czas? Bo część osób na wieść o popularyzacji - nie pojawieniu się, popularyzacji - Polar Rose'a będzie energicznie przeglądać materiały w Sieci, prosząc o zdejmowanie starych zdjęć dawnych kolegów lub robiąc to samemu. Narzędzie, które w założeniu ma ten czas oszczędzić, początkowo wymusi podjęcie licznych działań "interwencyjnych".
Wraz ze swoim wejściem, Polar Rose zmieni definicję sytuacji, którą zastał, wymagając od nas przystosowania się. I to z grubsza mi się w całej idei nie podoba. Dodatkowo, co ciekawe, całą pracę związaną z gromadzeniem bazy danych (identyfikowanie osób na zdjęciach) mają wykonać sami internauci. Web 2.0. w służbie instytucji?
Kontrowersje są już na wejściu, oczywiście przede wszystkim w kontekście prywatności i jej naruszania. Więcej o tym w artykule online z "New Scientist". Ja skupię się na linii obrony Polar Rose, bo oczywiście twórcy produktu przewidzieli kontrowersyjność projektu. Co zatem mają nam do powiedzenia?
"Hundreds of millions of photos that are screaming to be sorted, viewed, and searched. (...) We want to sort this photo web to make each photo more valuable to the viewer, but also to the person who shot it. Tell the story, make it discoverable. We'll end up finding photos that the published never really thought of as being public. The trick, however, is not to turn off the technology, just like Altavista or any of the subsequent search engines weren't shut down or otherwise censored. The challenge is to facilitate a way to make sure that photos that shouldn't be in our database, arent. This can be by restricting access or by telling us not to pick them up."
Odwraca się tu rolę - my, jako użytkownicy, mamy podjąć aktywność, by ochronić swoją prywatność. To filozofia kiepskich spamerów: e-mail przysłany na skrzynkę bez naszej uprzedniej zgody jest niby w pełni czysty etycznie, bo to my mamy zgłosić brak chęci na otrzymywanie kolejnych. Bzdura i przerzucenie odpowiedzialności.
Dalej mamy kolejne informacje: Polar Rose nie będzie m.in. indeksować prywatnych zdjęć ukrytych za firewallami, loginami, itp. Innymi słowy, jeżeli cracker albo złośliwy kolega skradnie nam z komputera prywatne zdjęcia i upubliczni - ich prywatny charakter dla Polar Rose zniknie i stanie się problemem jednego, nic nie znaczącego w swej liczbie użytkownika Internetu.
I rzecz ostatnia, zacytuję:
"We'll never engage Polar Rose in the application of the technology in security or surveillance. It's explicitly stated in the contracts we enter with partners.
While we believe we have a good grip of the privacy issues at hand, more are going to pop up. I and others from within the company will continue to post on this subject here and anywhere else the discussion happens - by email, phone or on other blogs. Privacy will always, always stay top-of-mind."
Potentat Google miał "nie być zły", a skusił się na działanie moralnie dwuznaczne w Chinach (które może faktycznie było mniejszym złem, tak na marginesie). Czy Czytelników przekonują jednak deklaracje nieznanego debiutanta, że zawsze będzie czysty jak łza?
Simon Davies z Privacy International cytowany w artykule z "New Scientist" uważa, że technologia wyszukiwania twarzy jest cenna, ale musi być odpowiedzialnie wykorzystywana. Tymczasem odpowiedzialność za użytkowanie ma być nasza wspólna. Davies zauważa jednak:
"Polar Rose could help identity thieves or stalkers, or even be used by the police to monitor protesters. They could use the service to find where people have been, what their activities are, or who they associate with."
Jest w tym z pewnością odrobina pozytywu - mówię o czarnych charakterach - ale i pole do nadużyć. Primo, łatwiejsze monitorowanie obywateli, secundo, stwarzanie okazji... czarnym charakterom, by tych obywateli ukrzywdzić. Przed analogicznymi kradzieżami tożsamości, nękaniem offline i online, ułatwionym przez Polar Rose, drodzy internauci, będziecie musieli bronić się już sami.
Edit: miałem pewne problemy z uploadem, poszła wersja niedokończona, którą następnie modyfikowałem.
Nie odwiedzam oficjalnych stron filmów, odwiedzam serwisy takie, jak IMDB, gdzie ocena filmu więcej mi powie niż niejedna recenzja, o "oficjalkach" nie wspominając. Idąc na doskonałe "Źródło" Aronofsky'ego nie szukałem jednak nawet rekomendacji - w przypadku tego reżysera ich nie potrzebuję - natomiast po fakcie złożyłem na IMDB swoją (9/10). Film na pewno nie przebija "Requiem dla snu", ale wtedy byłby arcydziełem. Jest po prostu bardzo dobry; rozwodzić się nie będę, bo skromnie oceniam swoje kompetencje w kontekście filmoznawstwa. Ot, z grubsza zgadzam się z recenzją Małgorzaty Sadowskiej z ostatniego "Przekroju". Przepiękna muzyka Kronos Quartet i Mogwaia.
Oficjalnej strony "Źródła" nie odwiedziłem, ale pewnie ostatecznie kiedyś to zrobię. Odmieniło mi się, kiedy przez przypadek zawitałem (drobne, jak mniemam, sześć lat po powstaniu; nikt nie jest doskonały) na stronę internetową poprzedniego filmu Aronofsky'ego, czyli "Requiem...".
Dla kogoś, kto nie widział tegoż, strona będzie dziwna, niezrozumiała, uciążliwa, męcząca. Właściwie nie polecam. Dla kogoś, kto film obejrzał, będzie ona jednak interesującym uzupełnieniem, sieciowym przedłużeniem nie tylko fabuły, ale i wizji reżyserskiej. Coś w klimacie 99 Rooms. Jeżeli oglądanie filmu było miejscami masochistyczne, strona w odbiorze też taka będzie tu i ówdzie. Zajrzyjcie, poczytajcie, pooglądajcie, dajcie jej czas. Zawitajcie do Tappy'ego Tibbonsa, do net-compulsions.org, do slim-n-happy, przypomnijcie sobie marzenia Sary Goldfarb. Aha, "błędy" są tam zamierzone - to jasne. .
Należę do entuzjastów dziennikarstwa obywatelskiego, które przeżywa renesans (i ekspansję) dzięki internetowi. Z jednej strony jeszcze wiele przed nim - warto obejrzeć wideo z sondy ulicznej na jego temat (Wiadomości24). Z drugiej - łatwo dziś popaść w przesadny entuzjazm (wideo stawia do pionu).
Thomas D. Williams związany z "Hartford Courant" to dziennikarz o prawie czterdziestoletnim stażu, wielokrotnie nagradzany. Zajmował się m.in. reportażami politycznymi i dziennikarstwem śledczym, zwłaszcza w kontekście korupcji. Warto przy tym nadmienić specyfikę rynku medialnego Stanów Zjednoczonych, na którym codzienna prasa lokalna odgrywa niepoślednią rolę - nawet jeżeli z pozoru, z perspektywy Polski, dyskursem rządzą "New York Times" i "Washington Post". "Boston Globe" czy "Hartford Courant" celowały w rozbudowane informacje lokalne, ale jednocześnie utrzymywały skutecznych dziennikarzy śledczych zajmujących się polityką ogólnonarodową i uosabiających pojęcie "czwartej władzy".
Przemiany zachodzące obecne w mediach Williams określa mianem zaniku dziennikarstwa. Teza jest związana z implikacjami cięć kadrowych i budżetowych. Po pierwsze drastyczne odmłodzenie kadr i odpływ doświadczenia. Utytułowani i doświadczeni dziennikarze często odchodzą m.in. do public relations (lepsze płace i stabilność zawodowa), a ich miejsce zajmują młode, głodne sukcesu - ale jednak niedoświadczone, dopiero budujące bazę kontaktów wilczki. W przypadku dziennikarstwa śledczego jest to bardzo dotkliwe, przy czym akurat w tym kontekście i Polska jest smutnym polem obserwacji.
Jeszcze ważniejsza implikacja: mniej osób w redakcji to więcej obowiązków przypadających na jednostkę, co - według Williamsa - oznacza z kolei większą powierzchowność tekstów i spadek ilości wartościowych treści o charakterze lokalnym. Tych właśnie informacji, jak zauważa Williams, oczekują lokalni amerykańscy czytelnicy, tymczasem obarczonemu obowiązkami żurnaliście łatwiej jest opisać krótko ogólnodostępną sensację znalezioną w internecie ("oddities can be easily collected by a reporter from the Internet and rewritten, a task that saves the reporter the time it takes to explore on the street for a more fascinating, readable local feature").
Williams nie wini przy tym samych dziennikarzy, a raczej decydentów, zauważając, że nie jest tak źle z przychodami dużych graczy. "In spite of the Internet's allure (...) many competing newspapers are still making 20 percent profits. That is five percent more than used to be acceptable in the decades when publishers understood the costly but essential responsibility of being part of the Fourth Estate, while scrutinizing and reporting on government and corporate corruption.". Williams uderza także w nieco populistyczny ton ("zyski są wszystkim"), ale stara się pokazać rzecz najważniejszą - cięcia kadrowo-płacowe raczej nie są w stanie odwrócić złej passy tytułu w dobie internetu. Przez wzgląd na media elektroniczne i to, jak się rozwijają, postępujące redukcje w prasie tradycyjnej to zazwyczaj równia pochyła.
Williamsa martwi jednak nie tylko spadek jakości local coverage, ale i to, czym zajmował się sam. Innymi słowy wyraża troskę o sukcesywne zanikanie kontrolnej roli czwartej władzy. Cytowana koleżanka dziennikarza, Michele Jacklin (27-letni staż), zauważa: "In the 1980s, the Courant staffed its Capitol bureau [covering the state legislature] with five reporters. [Still] other reporters were assigned to cover the full panoply of state agencies, from the Department of Transportation to the Properties Review Board. Today, there are fewer reporters in the Capitol bureau and many of the state and regional beats have been dismantled".
Duch wierności ideom (hołdowanie wysokiej jakości pracy; poczucie pełnienia misji społecznej) jest więc tu konfrontowany z regułami pieniądza, akcjonariatu i giełdy. Nam, internautom, powinno to coś przypominać... Zresztą, na dłuższą metę, taki konflikt gra - jak sądzę - na rzecz dziennikarstwa obywatelskiego w Sieci. Sęk w tym, że jeżeli wielu starszych amerykańskich dziennikarzy faktycznie słabo odnajduje się w Sieci, to w zawodzie powstaje/powstanie pewna istotna luka pokoleniowa. Chodzi tu w moim przekonaniu nie tylko o kapitał doświadczeń, ale i wyuczony styl pracy, working ethics. To oczywiste, że jestem entuzjastą internetu i jego potencjału wyszukiwawczego, ale też trochę boję się, że za dobrym "węszeniem" w realu jeszcze przyjdzie nam zatęsknić. Celowo zostawiam to memento we wpisie następującym po tym, w którym życzę polskiemu dziennikarstwu obywatelskiemu pierwszego prawdziwego "skalpu". .
Myślę, że można powoli mówić o dojrzewaniu dziennikarstwa obywatelskiego w polskim internecie. Dotyczy to zwłaszcza pojawienia się inicjatyw takich, jak Wiadomości24, Salon24 i pokrewne, a blogów indywidualnych w nieco mniejszym stopniu. Serce roście patrząc zwłaszcza na Wiadomości24, w którym interesuje mnie przede wszystkim filozofia działania i obliczony przez twórców efekt, a za mniej ważne uznaję to, że inwestorem jest grupa medialna z rynku "tradycyjnego".
Czas jest już właściwy, by wskazywać tych, którzy się wyróżniają. O ile zeszłoroczne wybory "bloga roku" zorganizowane przez Onet były zbyt wczesne i co najwyżej pretensjonalne, a w sferze językowej - wręcz aroganckie (zawłaszczenie pojęcia "blog roku"; w konkursie oceniano tylko blogi z platformy tego portalu), o tyle organizowanie takiego przedsięwzięcia rok później ma już sens. Oczywiście pod warunkiem, że podejmie się tego mniej egotyczna instytucja niż Onet; przypomnę nieobecnym - podczas konferencji "Kultura 2.0." przedstawiciel portalu starał się przekonać, że idea Web 2.0. towarzyszyła Onetowi już w roku 2000. Uargumentowaniu tej tezy służyła jednak po prostu... kreacja reklamowa z ówczesnej kampanii. Jej motyw przewodni: gloryfikacja wolności w Sieci. I tyle.
(Idąc dalej tym tropem nie tylko należałoby uznać co drugiego copywritera za wizjonera w skali światowej, ale też na przykład ochrzcić Franka Bauma jednym z pierwszych propagatorów robotyki. Dorota w krainie Oz zaprzyjaźniła się wszakże z nieagresywnym, przyjaznym Blaszanym Drwalem, który chciał mieć ludzkie serce. Odrobina "onetpretacji" i wnet uznamy, że frapujące dickowskie dylematy sprzed lat pięćdziesięciu, dotyczące samoświadomości maszyn i ich zdolności do odczuwania emocji, są tak naprawdę dylematami Bauma sprzed ponad stulecia.)
Dygresjom stop, wracam do wątku nagród. Na szczęście dzięki Wiadomościom24 pojawia się sensowny konkurs o sensownym zasięgu. Do wyborów Dziennikarza Obywatelskiego i Blogera Roku 2006 zgłosić można każdego blogującego, bez względu na platformę, na której publikuje - i o to chodzi. Wśród oceniających Edwin Bendyk, a jego obecność jest dla mnie gwarantem jakości pracy jury. Życzę powodzenia i dużego zainteresowania mediów tradycyjnych, kiedy już ogłoszone zostaną wyniki!
* * *
W ostatnim wpisie przywoływałem cudze prognozy na rok 2007 plus jedną swoją, lakoniczną, nie powiązaną z blogosferą. Polskim blogerom tematycznym i blogującym dziennikarzom obywatelskim wróżę na ten rok zdobycie prawdziwego "pierwszego skalpu", czegoś porównywalnego do wydarzeń opisywanych przez Dana Gillmora.
W następnym wpisie - do którego niniejszy miał być ledwie wstępem, ale zerwał się z łańcucha - przybliżę spojrzenie weteranów amerykańskiego dziennikarstwa lokalnego na dokonujące się w branży przemiany. .
Co przyniesie 2007: o przekrętach, przełomach i imitacjach
Taki czas, że trudno uciec albo od podsumowań tego, co minęło, albo od snucia wizji tego, co przyjdzie. Consumer Affairs wybrało na przykład dziesięć przekrętów, które zdominowały rok 2006. To amerykańskie zestawienie ma niezłą podstawę (50 tys. zażaleń); zastanawiające, że dobrze trzyma się w nim 419-tka, czyli nigeryjski przekręt. Intrygujące są nie tylko oszustwa związane z internetem - np. grandparents scam. Przywołany konkretny przypadek i "metodologia" tego przekrętu pasują mi do kontekstu znanego z "Hakowania człowieka: archeologii danych i nadzoru w sieciach społecznych" Jasona Nolana i Michelle Levesque, opublikowanego po polsku w Kulturze Popularnej (1/2006). Autorzy z Consumer Affairs podsumowują rzecz tak:
"Scams continued to be big business for criminals in 2006 and relatively risk-free as law enforcement appeared unable to keep up. As a result, consumers increasingly were at the mercy of scammers who use cunning, audacity and emerging technology to stay one step ahead of both their victims and the law."
Tymczasem "Information Week" opublikował listę pięciu technologii informatycznych i parainformatycznych, które będą w roku 2007 najbardziej na językach. Przynajmniej w biznesie. Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na RFID oraz na coraz istotniejszą kwestię bezpieczeństwa bezprzewodowej Sieci. Laptop z WiFi i bluetoothem jest bardzo wygodny dla użytkownika, ale dla instytucji oznacza spore zagrożenie. Do niedawna komputery osobiste można było kontrolować i w sensowny sposób serwisować wewnątrzfirmowo (działy IT sprawdzające obsługę programów antywirusowych, antyspyware'owych, włączających firewalle, itp.), dziś znacznie więcej zależy od świadomości niebezpieczeństw u tzw. przeciętnego pracownika. Także tego, który w 2003 roku był skłonny wyjawić hasło do swego komputera w zamian za długopis wartości 65 centów. Ciekawe, czy szkolenia z BHP zostaną kiedyś poszerzone o wątki związane z "wolno - nie wolno" obsługi komputera w środowisku internetowym? Ostatecznie utrata danych w pożarze a utrata na skutek włamania na serwery firmowe (zainfekowane bezprzewodowo z uprzednio zarażonych laptopów pracowniczych) to podobne dopusty boże.
John Battelle (Searchblog) snuje z kolei przypuszczenia. Przypuszczenia dotyczą roku 2007 w kontekście rynku głównych graczy internetowych. Co zrobi Google, czego nie zrobi Microsoft, itd. Najciekawsze, bo prawdopodobne scenariusze:
Microsoft wykupi AOL lub nawet Yahoo, względnie Y! wykupi AOL;
YouTube zostanie wciągnięty w poczet sztandarowych usług Google'a i będzie promowany na jego głównej stronie pod linkiem "video";
nastąpi odwrócenie nastrojów medialnych odnośnie Sieci 2.0., dziennikarze skupią się na - równie przesadnym - demitologizowaniu tejże;
Amazon w dalszym ciągu będzie rozwijać się w stronę usług sieciowych (a Battelle wieszczy mu w tym porażkę).
Battelle uważa ponadto, że nadchodzi era "bloga 2.0.", argumentując: "version 1.0 blogsites, of which I think Searchblog is a good example, will begin to look dated and fade in comparison to sites that employ better approaches to content management, navigation, intelligent widgets and web services, etc.". Battelle nie pisze o tym jednak z poczuciem, że nadchodzi kolejna epoka "dostosuj się lub zgiń", na co warto zwrócić uwagę. Przywołałem w niniejszym wpisie link do serwisu Nospam-PL.NET - Łukasz dotyka tam sedna sprawy pisząc w opisie strony, że "witryna Nospam-PL.NET nie musi być piękna, ale ma być użyteczna".
Wracając do listy Johna Battelle; można dopowiedzieć jeszcze jedno - demitologizacji Sieci 2.0. będzie towarzyszyć medialna ekscytacja grą "Second Life". To się właściwie już zaczęło - także w Polsce, co jest o tyle ważne, że w SL polskich akcentów na razie niewiele (a można sporo zrobić/zarobić). Niedawno Leszek K. Talko napisał z wirtualnego świata smaczny reportaż, dziś blog Piąta Władza pisze, że gra będzie w tym roku "prawdziwym szałem i wyznacznikiem nowych trendów". Myślę, że już od jakiegoś czasu jest, przynajmniej odkąd wszedł tam Reuters i odkąd uniwersytety takie, jak Harvard prowadzą tam swoje kursy.
Dla naszego poletka ciekawsza będzie inna obserwacja. Polski internet doskonale imituje. Często w ciemno, na chybił-trafił, bez większych efektów (np. Smog.pl, czy komunikator Stefan), czasami jednak bardzo udanie. Imitacje zazwyczaj naszym użytkownikom wystarczają, atrybut polskości, czy raczej "polskojęzyczności", jest nie do zbagatelizowania. Większość Polaków prowadzi blogi na polskich serwisach, choć są młodsze i rzadko kiedy oferują lepszą funkcjonalność niż serwisy obce. ICQ pozwalało łączyć się z Polakami oraz obcokrajowcami, a jednak większość przesiadła się na (lub zaczęła korzystać z) Gadu-Gadu. Przywilej pierwszeństwa i położone otwarcie rywala sprawiły, że Allegro nie zatrząsł się od wejścia eBay'a. Przykładów można by jeszcze trochę powyliczać, czas jednak na konkluzję - może ktoś stworzy produkt sekondlajfopodobny po polsku? Nawet jeżeli będzie to gra uboższa graficznie, z mniejszą liczbą opcji, ale udanie naśladująca oryginał - jest szansa, że rodzimych internautów się skusi. A to oznacza pieniądze, zarówno te namacalne, jak i te z gry. Czy Polak poprosi po angielsku o wirtualny ciuch za linden dolary, jeżeli będzie mógł go kupić za netozłote?
Tego jednak - podjęcia się i sfinalizowania takiej inicjatywy w Polsce w ciągu 12 miesięcy - mimo wszystko na rok 2007 bym nie wieszczył. Chciałbym natomiast, aby rok ten był wspominany w branży IT mianem Wejścia Flocka, za którą to przeglądarkę serdecznie trzymam kciuki. .
HTTP Error 300: Multiple choices - adres URL jest zbyt niedokładny, serwer WWW wymaga dalszego wyboru spośród kilku opcji. Czy w Internecie "jest wszystko"? A może to "wielki śmietnik"? Popatrzmy wspólnie.
O mnie
Nazwa: Michał Piotr Pręgowski
Lokalizacja: Warsaw, Poland
doktorant w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW. Pisze rozprawę doktorską o normach etycznych w społecznościach internetowych. W Instytucie Dziennikarstwa UW prowadzi zajęcia o psychologicznych i socjologicznych aspektach internetu, a także o blogach w pracy dziennikarza. Od lat hoduje muszlowce z jeziora Tanganika. Zapalony fan hokeja na lodzie i Vancouver Canucks.