error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2007/04/27

Bądź jak ESR i Anakin Skywalker

Illah Nourbakhsh z Carnegie Mellon University pracuje wraz z zespołem nad opracowaniem robotów, które użytkownik będzie mógł samodzielnie składać z części dostępnych w sklepach komputerowych (chodzi o hardware, w sumie szersze pojęcie). Projekt jest finansowany m.in. przez Google'a, Microsoft i Intela. Myślę, że już samo równoległe współfinansowanie udzielone przez dwóch pierwszych gigantów świadczy o czymś ważnym. A ważne jest m.in. to:

"Everything is open source and public domain. There is no incentive to make money here. None of the corporations that funded are looking to license this. These companies gave us gift money - even better than grant money because there's no strings - to help us try and come up with ways to get people to be more creative with tech and more tech-literate".

Będziemy zatem konstruować swoje własne roboty z części, tak jak dziś składamy sobie pecety? W sumie czemu nie. Swoją drogą, te pecety to coraz rzadziej, bo zastępujemy je komputerem-jednorazówką, czyli laptopem. Pomysł z robotami bardzo mi się podoba, niech będą to roboty bardzo nieskomplikowane, a i tak walor edukacyjny będzie fantastyczny.

Open source zaczyna wychodzić z hermetycznego świata komputerów, trafia do robotyki, do telekomunikacji (pisałem ongi o OpenMoko), czy do przemysłu samochodowego (Gazeta.pl pisze o samochodzie budowanym na tych zasadach). Przepięknie.

2007/04/25

Etyka blogerska i klientela Sieci

Trochę poniewczasie, ale - mówiąc niezgrabnie - są priorytety i prioryteciki. Tim O'Reilly zaproponował draft zasad etyki blogerskiej, czy jak kto woli Kodeks Blogera. Komentowano dość szeroko, pomysł tyleż ważny, co nieodkrywczy, o czym dalej. Przepisy jednak przytoczę:

1. We take responsibility for our own words and for the comments we allow on our blog.
2. We won't say anything online that we wouldn't say in person.
3. We connect privately before we respond publicly.
4. When we believe someone is unfairly attacking another, we take action.
5. We do not allow anonymous comments.
6. We ignore the trolls.

Na Wikii ów draft został już rozbudowany. Do dziesięciu zasad. Coś w tym jest, że ustanawiając pewne zasady w Sieci dążymy - może podświadomie - do formatu dekalogu. O czym również dalej. Przepisy (warto przeczytać wyjaśnienia na stronie, do której odsyłam):

1. Responsibility for our own words
2. Nothing we wouldn't say in person.
3. Connect privately first.
4. Take action against attacks.
5. a) No anonymous comments OR b) No pseudonymous comments.
6. Ignore the trolls.
7. Encourage enforcement of terms of service.
8. Keep our sources private.
9. Discretion to delete comments.
10. Do no harm.

Wbrew pozorom nie zamierzam skupiać się na samych przepisach. Inicjatywę O'Reilly'ego i Walesa oceniam pozytywnie. Wszystkie tego typu inicjatywy należy oceniać pozytywnie - oczywiście jeżeli pamięta się, że tego typu kodeksy mają charakter zaleceniowy. Nie ma tu mowy o nakazach i zakazach, które mogłyby być sankcjonowane (w tym rozumieniu sankcji). Oburzanie się i traktowanie tego typu inicjatyw jako zagrożenia dla wolności jest w moim przekonaniu nieporozumieniem.

Jeżeli przyjrzymy się ww. zasadom, widać, że wiele z nich ma szersze zastosowanie. Nie są to zalecenia, które można limitować do blogów. Ani do blogerów. Być może dlatego inicjatywy, o których tu piszę, cechuje pewna wtórność. Etyka blogerska nie lokuje się daleko od zasad, które promuje netykieta. W 1992 roku powstała pierwsza licząca się, ważna do dzisiaj i chętnie cytowana - autorstwa Arlene H. Rinaldi (polskie tłumaczenie z 1993 roku, Krzysztof Snopek). W netykiecie tej znajdziemy m.in. Dziesięć Przykazań Etyki Komputerowej. Dekalog ten, podkreślmy, że sprzed 15 lat, brzmi następująco:

1. Nie będziesz używał komputera aby szkodzić innym.
2. Nie zakłócaj pracy na komputerach innym.
3. Nie zaglądaj bez pozwolenia do cudzych plików.
4. Nie będziesz używał komputera aby kraść.
5. Nie będziesz używał komputera do dawania fałszywego świadectwa.
6. Nie będziesz używał ani kopiował programów, za które nie zapłaciłeś.
7. Nie będziesz używał zasobów cudzych komputerów bez zezwolenia (autoryzacji).
8. Nie będziesz przywłaszczał sobie wysiłku intelektualnego innych.
9. Będziesz myślał o społecznych konsekwencjach programu, który piszesz.
10. Będziesz używał komputera z rozwagą i ostrożnością.

Dziesięć kluczowych zasad zawiera także równie uczęszczana netykieta z 1994 roku, autorstwa Virginii Shea. Czytamy w niej:

1. Pamiętaj, że po drugiej stronie jest człowiek.
2. W Internecie stosuj te same standardy zachowania, których trzymasz się poza Siecią.
3. Orientuj się w cyberprzestrzeni.
4. Szanuj czas innych osób i przepustowość ich sieci.
5. Staraj się dobrze prezentować w Sieci.
6. Dziel się z innymi wiedzą specjalistyczną.
7. Pomagaj w ograniczaniu kłótni internetowych.
8. Szanuj prywatność innych osób.
9.Nie nadużywaj władzy.
10. Bądź wyrozumiały wobec błędów innych osób.

Przytoczyłem te dwa dekalogi nie tylko po to, by pokazać podobieństwo. Samo to jest ważne, bo warto pamiętać o starych, dobrych i cenionych dokumentach, zamiast robić burzę wokół czegoś nowego - w dużej mierze właśnie dlatego, że jest nowe, a nie innowacyjne.

Dostrzegam tu jednak także pewną zmianę. Netykiety były nastawione na przyuczenie użytkownika do życia społecznego w Sieci. Zalecały jemu pewne zachowania (lub powstrzymanie się od pewnych zachowań). Zasady przygotowane przez O'Reilly'ego mają już charakter naszości. Czy idzie za tym zasadnicza zmiana treściowa? Niekoniecznie. Technoelity, hakerzy czy dawni wirtualni komunitarianie (by użyć pojęć Castellsa) czuli się współgospodarzami Sieci.

Blogerzy, jeżeli przyjąć zasady Walesa i O'Reilly'ego jako pewną środowiskową autodefinicję (uogólniam), chyba już nimi nie są. Mimo górnolotnych nieraz wyobrażeń, są po prostu klientelą Sieci, tak jak portalowi komentatorzy artykułów z Onetu, forumowicze z phpBB, czatownicy z ICQ i maniacy MySpace'a.
.

2007/04/18

Stare problemy

"Prywatność jest w tej chwili dobrem szczególnie zagrożonym. Zagraża jej rosnąca gęstość zaludnienia (...). Rosnąca szybkość i łatwość komunikacji zmniejsza glob ziemski. Plotka osobista roznosi się z niebywałą szybkością. Ale szczególnie zagrażają prywatności wynalazki techniczne umożliwiające podglądanie cudzego życia, wynalazki takie, jak podsłuch, magnetofon, teleobiektyw, szyby jednostronnie przezroczyste, fotografie bez wiedzy fotografowanego, aparaty do sprawdzania czyjejś prawdomówności."

Maria Ossowska, "Normy moralne - próba systematyzacji", rok 1970.

Niemal czterdzieści lat temu. Czy nauczyliśmy się jakoś bronić? Czy ustanowiliśmy dobre prawo? Czy w ogóle mamy odpowiedzi i praktyczne rozwiązania? Czy jesteśmy mądrzejsi?
.

2007/04/14

Ask, Hakia, pewność

Ask chwali się nowym, lepszym algorytmem. Hakia na krucjacie w poszukiwaniu lepszych metod wyszukiwania. Powerset chce być najlepszy, ale na razie wygląda jak humbug. Wszyscy w pogoni za Amy (Google).

Ale czy Google da się w ogóle dogonić w najbliższych latach? Stawiam to pytanie, bo Ask czy Hakia koncentrują się - chyba nie mają wyjścia - na osiągnięciu wyższości technologicznej i wierze, że to wystarczy. Ich sympatycy robią dokładnie to samo. Google ma pieniądze, Google kupuje innych za setki milionów dolarów, Google zatrudnia w setkach. O tym mówi się dużo - natomiast mało mówi się o przyzwyczajeniach użytkowników. Google bardzo silnie wrósł w naszą codzienność, chyba nie mamy co do tego wątpliwości. Skąd przekonanie, że wyższość technologiczna wystarczy, by przeciągnąć użytkowników na swoją stronę? A ich przyzwyczajenia, a błędy innych firm z przeszłości?

Wygrana technologiczna nie musi się przełożyć na wygraną rynkową - banał, ale czy na pewno? Wydaje mi się, że zbyt wiele sprowadza się na razie do quasi-naukowego wyścigu "kto napisze i zaimplementuje lepszy algorytm wyszukiwania". Niechętnie, ale zderzam naukowość i postęp z prawami rynku. I jestem zdania, że trzeba przede wszystkim pobić transparentność Google'a - czyli domyślność, naturalność, łatwość korzystania z niego (przynajmniej w podstawowym zakresie) mimo wysokiego poziomu skomplikowania samych algorytmów. Nie jestem pewny, czy wystarczy dorównać tej transparentności. Być może będzie trzeba ją znacząco przebić.

W ankiecie, jaką znajdziemy na wskazanej stronie Hakii, na pytanie "what do you think a search engine should do?" najważniejsza jest więc dla mnie odpowiedź: have user interface that is simple and powerful. Nie jestem pewny, czy wystarczy lepsze rozumienie intencji użytkownika (wyszukiwarka ma rozumieć... John Battelle mówi nawet o dialogu) i większa relewantność wyników na pierwszej stronie (dalej większość nie zagląda). Ważniejsze będzie chyba, by uczynić domyślnym i naturalnym zaawansowane metody wyszukiwania, które w przypadku obecnego dominatora wymagają stosowania google hacks.

Rada Tony'ego Longa z poprzedniego wpisu może okazać się adekwatna także i tutaj: if you build it, don't be so sure they will come.
.

2007/04/05

Gdzie oni są?

Gdzie wszystkie białe kołnierzyki? Zabraknie ich. Przynajmniej w centrum miasta. Pracowników chętnych do dojeżdżania do pracy skumulowanej w jednym, tradycyjnie pojmowanym biznesowym sercu miasta.

Tak widzi to komentator "Wired" Tony Long, określający siebie mianem luddyty (czy też, jak kto woli, luddysty). Chodzi o zabudowę centrum San Francisco nowymi drapaczami chmur. Long stawia kwestię wprost: if you build it, don't be so sure they will come. I pyta o sens takiej zabudowy:

"Why build these towers at all? Ten years from now, who is going to be working in them? Or living in them? Haven't you people heard? Technology has made the city a relic, a thing of the past.

In the information age, only a chump commutes to work in the city. And only a complete idiot actually lives in one".

Przytaczam te słowa w kontekście wczorajszej informacji, iż wraca stary plan zagospodarowania centrum Warszawy, z punktem ciężkości w postaci drapaczy chmur właśnie. Czy pytania, które zadaje Long, są adekwatne do polskich realiów, do naszej mentalności i sytuacji gospodarczej, w jakiej się znajdujemy? Czy Warszawę można porównywać z tak wyjątkowym (także w skali USA) miastem, jak San Francisco? Jak Wam się wydaje - czy warszawska władza, nieważne jakiej proweniencji, zada sobie za około 10-15 lat pytanie jak z tytułu wpisu?

Long pisze, że Amerykanie nigdy nie lubili dużych miast i że zawsze starali się ich unikać, a bezprzewodowa rzeczywistość sprzyja im jak nigdy. Polacy póki co prą jednak do Warszawy (Krakowa, Gdańska, Wrocławia). Polacy prą też do gigantycznych bloczysk tylko dlatego, że są nowe. Zdałem sobie ostatnio sprawę, że wielka, zaciemniająca całą okolicę szafa autorstwa J.W. Construction, na rogu ul. Powstańców Śląskich i Górczewskiej w Warszawie, jest znacznie brzydsza od stojących vis a vis bloków z lat osiemdziesiątych. Takich dość standardowych dziesięciopiętrowców, aczkolwiek odmalowanych. Tam zabudowę rozplanowano tak, by między domami znalazła się doświetlona, publiczna przestrzeń na parki, place zabaw i tym podobne. Na nowym, droższym osiedlu tego nie ma - chyba że w malutkiej osiedlowej "studni", do której słońce dotrzeć już nie może.

Może więc właściciele drapaczy chmur w centrum Warszawy nie będą mieli problemów z wynajmowaniem powierzchni przez długie lata. Polak jest skłonny dojeżdżać do pracy i dopiero pracuje na jakiekolwiek własne mieszkanie, a nie na dom. Nasz problem wygląda inaczej, dlatego zapewne syndromu za(lap)topionych kafejek (dopiero zaczynającego pojawiać się i u nas) nie jestem skłonny oceniać przesadnie źle. Tak zdaje się traktować to Long, piszący o chorobie. Być może jest to jednak kolejny etap, który czeka i nas.
.

2007/04/02

50% blogera w blogu

CGC to zgrabny skrót od computer-generated content, jako opozycji do treści generowanych przez człowieka. Z perspektywy humanisty i blogera temat jest być może o tyle ważny, że niedawno pojawiła się Mexica. A przynajmniej powstała, nie jest to bowiem końcowy produkt. Mexica to program piszący bajki i krótkie opowiadania, którego autorem jest meksykański naukowiec (computer scientist, więc zapewne informatyk) Rafael Pérez y Pérez.

"The program keeps a record of the emotional links between characters while developing a story, and employs its knowledge about emotions to retrieve from memory possible logical actions to continue the story" - tak określił Mexikę autor wypowiadając się dla "Discovery News". Wystarczy podać kilkuzdaniowy opis ram bajki, by program ją wygenerował. Przykładowy szkielet, z którego konstruowana byłaby bajka, wygląda tak:

"The enemy wounded the knight. The princess cured the knight. The knight killed the enemy. The knight rewarded the princess. The end."

W internetowym badaniu (nie znam szczegółów, więc się doń przesadnie nie przywiązuję) czytelnicy wybrali bajki z Mexiki jako te z najlepszą strukturą, zawartością, logiką i suspensem. Alternatywne wybory pochodziły z programów komputerowych oraz od ludzi. Tekst opisujący program będzie opublikowany w Cognitive Systems Research, za jakiś czas pewnie uda się więc do niego wnikliwie zajrzeć. Mam nadzieję, że uda się też dowiedzieć co nieco o samym badaniu.

Tak czy siak potencjał programu jest ogromny; najważniejszy jest przecież algorytm. Dziś chodzi o bajki, zaraz może się okazać, że nie będzie nam - czy też raczej matematykom - potrzeba małp, by stworzyć (odtworzyć, zremiksować) dzieło (na miarę) Szekspira? A jak wpłynie to na newsy i dziennikarstwo? Czy to EPIC 2014, czy może 2015 prognozował, że za kilka dosłownie lat Google News i inne podobne inicjatywy będą korzystały z komputerów generujących materiały dziennikarskie?

Lorelle VanFossen zastanawia się, czy tego typu projekty nie staną się aby zagrożeniem dla niektórych literatów, ale i dla... blogerów. Czy będziemy stykać się z blogami wspieranymi przez CGC albo zupełnie przez te treści zdominowane? Czy będziemy tagować się etykietkami "tutaj pisze człowiek" albo "CGC free zone"? A może, jak dowcipnie pokazuje VanFossen, blogi zyskają obok menu grafikę z zestawieniem "składu produktu"? Też to sobie wyobrażam:

Skład jutrzejszego wpisu: 51% CGC, 29% PTGC (pełnowartościowych treści generowanych przez człowieka), 10% treści audio-wideo (YouTube),
5% grafiki komputerowej, 5% odsyłaczy. Percepcja wpisu identyczna z naturalną, czytać przed upływem 2 lat od ostatniej daty aktualizacji.

(Nie przekreślam z góry CGC w pewnych zakresach, ale jego drugie dno wywołuje niepokój. Z Autorem Hiperbloga dyskutowaliśmy ostatnio prywatnie o różnych aspektach przyszłości z internetem i bez niego. Myślę, Grzesiek, że sprawa Mexiki dobrze wpisuje się w ogólny ton, który pobrzmiewał i w Twoich, i w moich wypowiedziach...)
.