error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2007/06/29

Za chwilę dalszy ciąg programu

Czekamy, czekamy i czekamy na wydanie w formie DVD rewelacyjnego "Za chwilę dalszy ciąg programu" Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. I nie wiem, kiedy się doczekamy. Niedawno ukazał się na polskim rynku "Latający cyrk Monty Pythona", ukazały się kultowe brytyjskie seriale komediowe... ale cóż to za nowość, że TVP to nie BBC.

W bardzo dobry humor wprawił mnie więc dzisiaj YouTube, na którym zgromadzone są dziesiątki skeczy z kultowego programu duetu Mann i Materna. Krąg obfitości, kuchnia pełna niespodzianek, rada osiedlowa... aż się łezka w oku kręci. Mam nadzieję, że kiedyś na DVD naprawdę doczekamy się tych wszystkich ambrozji. Telewizjo Polska, jeżeli komuś chce się zgrywać te wice ze starych taśm wideo i udostępniać innym, to i kupcy na DVD się znajdą, spokojna głowa.

Na dobry początek weekendu:

Adblock


Adblock


Adblock


Kult amatora, a blogerzy nie reporterzy?

Mirek Filiciak szybko doniósł o rychłej premierze "Kultu amatora" Andrew Keena, książce dyskutowanej w USA i godnej uwagi choćby przez wzgląd na kontrowersje, jakie ze sobą niesie. Keen przekłuwa balon Web 2.0 i amatorskiej twórczości, a ponieważ za kilka tygodni (powołuję się na Mirka) publikacja będzie dostępna po polsku - szybko przekonamy się, czy Keenowi udaje się unikać skrajności. Krytykuje on to, co modne, przy czym sama krytyka na tą modłę... jest również modna. Ale i dość odruchowa, jak się głębiej zastanowić; Mirek relacjonuje: "Keen (...) dyskutuje (...) raczej z artykułami prasowymi. Wartością tej książki jest wyłamanie się z chóru entuzjastów oraz szeroka gama prezentowanych faktów".

Nie miałem okazji przeczytać pracy Keena, przeczytałem natomiast komentarz Tony'ego Longa, który w kontekście dziennikarskim zajmuje dość zdecydowane stanowisko. Można się z nim nie zgadzać, ale argumenty - nie całkiem odkrywcze - warto znać. Porównując dziennikarza-profesjonalistę z amatorem, Long pisze między innymi, że amator jest po prostu świadkiem zdarzeń. Przytoczę dłuższy passus:

"What if you're standing on the steps of the Capitol, with your cell-phone camera, when Sen. Johnny Walker, three sheets to the wind, pitches head first down the marble stairs and breaks his neck? Your grainy, low-res photo makes it onto the nightly news and the front page of The New York Times. You even lean over to hear him say, with his dying breath, 'Rosebud'. Are you a reporter? A photojournalist?

No, you're an eyewitness who happened to be toting a camera. The eyewitness has been around for years, far longer than the cell-phone camera or the internet. Your contribution to the resulting news story may be enormous but you're not a reporter, anymore than someone applying first aid at an accident scene is a doctor. You're a source, someone who happened to be in the right place at the right time.

For your account to have any meaning beyond a picture and a five-second sound bite, a professional reporter needs to fill in the gaps. Where had the unfortunate Sen. Walker been drinking, and with whom? Did he have a history with alcohol (i.e., was he a lush?) or was this out of character? What critical votes will be affected by Sen. Walker's sudden absence? Who, or what, is Rosebud?"

Oczywiście Long nieco spłyca temat, ale jestem zdania, że takie zarzuty warto brać sobie do serca. Przekłuwanie balona czasami jest wskazane. Ponadto opinie Longa można skonfrontować z opiniami np. Dana Rathera (bardzo dorzeczna wypowiedź w temacie) czy Thomasa D. Williamsa. Błędem Longa jest, że odstawia na bok kryzys dzisiejszego dziennikarstwa; wobec profesjonalnej twórczości dziennikarskiej także można wytoczyć sporo zarzutów i będą one uprawnione.

Amatorzy mogą korygować powierzchowność pracy zawodowego dziennikarza, niezależnie od tego, czy wynika ona z chęci sprzyjania korporacjom czy ze zbyt dużej liczby obowiązków, o czym pisze np. wspomniany Williams. Dobry przykład z rodzimego podwórka mieliśmy niedawno, kiedy "Rzeczpospolita" bardzo spłyciła temat w kontrowersyjnym artykule na delikatny temat, co z rzetelnością typową dla profesjonalisty wykazał bloger Bart.

Bartek dołożył starań, których nie dołożył dziennikarz "Rzepy". Według mnie na tę konkretną chwilę stał się doskonałym - a może po prostu rzetelnym? - dziennikarzem (którym to dziennikarzem na co dzień oczywiście nie jest). Amatorem tymczasem okazał się autor z "Rzepy", zapewne na etacie, zapewne z legitymacją dziennikarską.

Tony Long, którego skądinąd bardzo lubię, byłby niepocieszony.
.

2007/06/15

Podaruj sobie odrobinę luksusu

Stare hasło reklamowe z tytułu całkiem pasuje, moim zdaniem, do skomentowania decyzji Apple'a o wejściu z Safari na rynek przeglądarek pod Windows. Nie chcę dywagować na temat technologicznej wyższości jednej przeglądarki nad drugą (trzecią i czwartą), skupię się na tym, co ta decyzja komunikuje - jak sądzę - w sferze marketingowej. Bo z tym luksusem to w sumie nie jest specjalnie żart. Dawniej mogłeś chcieć mieć Macintosha, ale nie było cię stać. Nie tak dawno, dzięki iPodowi jednak stałeś się częścią jabłecznej rodziny, z pięknym designem i dumną niezależnością. Dzięki Safari na Twoim PC, możesz jeszcze lepiej wyrazić siebie jako członka naszej fajnej społeczności - nawet jeżeli na Maca Cię nadal nie stać, albo po prostu go nie chcesz (funkcjonalność, inne potrzeby, itd.). Podaruj sobie odrobinę luksusu.

Oczywiście jest to perspektywa bliższa polskiej niż amerykańskiej, aczkolwiek jak znamy Apple'a, dostępność Safari na PC zostanie zaraz podkreślona błyskotliwą kampanią marketingową. Nie wiem na ile zaktywizuje ona grono wyznawców jabłuszek, bo to grono oczywiście już z Safari korzysta. Bardzo ciekaw jestem, jak teraz będzie promowany Apple style, do kogo będzie kierowana kampania. Było Mac vs. PC, będzie Safari vs. Explorer i vs. Firefox? Oczywiście nie, wątpię, by Jobs się powtórzył.

Nie wiem natomiast, czy Jobs zdecyduje się wejść zbyt mocno w paradę Firefoksowi. Jeżeli tak, miałbym wątpliwości, czy Apple aby na tym nie straci. Doszłoby do starcia efektownego, lubianego podmiotu reprezentującego ciągle jednak tradycyjny model biznesowy, z modelem otwartym, jeszcze bardziej ideowo "smacznym" (przynajmniej dla niektórych), który to model tak znowu młody nie jest, ale mimo wszystko jest innowacyjny. W pewnym sensie najważniejsze jest to, że za Open Source stoi prawdziwa idea, za dzisiejszym Apple natomiast - typowa dla reklamy obietnica. Obecnie te dwa zbiory użytkowników (sprzętu Apple'a i oprogramowania Open Source) nie są, jak mi się wydaje, przesadnie rozłączne, ale część wspólna może zacząć się zmniejszać, w zależności od polityki Apple'a...

Na pewno będzie ciekawie. Efekt świeżości i siła marki sprawiły, że migiem pobrano 1 mln kopii wersji beta. To jednak tak naprawdę nieważne; ważne, gdzie w temacie Safari będziemy za rok. Wydaje mi się, że nie funkcjonalność okaże się w tym kazusie decydująca, chociaż mówiąc o przeglądarkach pewnie do niej bylibyśmy skłonni przywiązywać się najbardziej.
.

2007/06/08

Puste groźby SDF

Jest ciąg dalszy ciągu dalszego sprawy tłumaczonych napisów do filmów! Nie jestem tylko zdecydowany, czy owa kontynuacja jest pozytywna, czy negatywna. Odpowiedziało środowisko dystrybutorskie - w taki sposób, który z jednej strony ich kompromituje, a z drugiej przypomina o problemach (barierach?) jakie w komunikacji z tą stroną będą mieć osoby, które bronią nowszego porządku.

Stowarzyszenie Dystrybutorów Filmowych wydało kuriozalne oświadczenie z poprzedniej epoki. Otóż "masowe łamanie" praw autorskich może, jego zdaniem doprowadzić do zniknięcia z polskiego rynku DVD z zagranicznymi filmami. Zdaniem zarządu SDF przemysł filmowy "może wycofać się z Polski i skupić swe działania na tych terytoriach, na których lepiej chroni się rynek praw autorskich" (cytuję za Onetem). Dalej czytamy w oświadczeniu: "Niski poziom przestrzegania praw autorskich przyczynił się do tego, że z początkiem tego roku z branży bezpośredniej dystrybucji DVD wycofał się prekursor dystrybucji wideo w Polsce - firma ITI. Pod koniec zeszłego miesiąca podobną decyzję podjęła firma Warner Home Video, która w ciągu kilku miesięcy zamknie swe biura w Polsce".

Chętnie poznałbym wykładnię tego, jak dokładnie "przyczynił się" do dramatycznych decyzji problem z przestrzeganiem prawa autorskiego. Czy nie jest aby tak, że betonowe podejście biznesowe faktycznie doprowadziło do strat, które teraz próbuje się jakoś racjonalizować. By nie rzec złośliwie, że może szuka się winnych, by oczyścić się przed Amerykanami z zarzutów niegospodarności. Tego na dobrą sprawę nie wiemy, nie chciałbym snuć domysłów - być może powody niedomagania dystrybucji prowadzonej przez ITI są inne niż nam się mówi. "Przyczynienie się" nie jest konkretem.

Natomiast przyznaję otwarcie, że argument o rychłym zniknięciu DVD z jednej strony mnie śmieszy, z drugiej rozsierdza. Śmieszy mnie posuwanie się do argumentu, który jako żywo przypomina ten o odmrażaniu uszu na złość mamie. Lepiej zrezygnować z rynku i zawieść wiernych klientów niż zmienić model biznesowy? Do tego się to przecież sprowadza. Dziwnym trafem nie narzekają chyba - poza Gutek Film - dystrybutorzy, którzy sprzedają filmy bez wielu dodatków, ale za 29,99 lub 19,99. Można sprzedać, można zarobić - przy czym cena 60 zł za DVD nie jest tą, która w Polsce pobudzi do zakupu.

Czy naprawdę trzeba jeszcze raz odgrzewać kotlet o nazwie "zdolności nabywcze Polaków"? Po co mam wskazywać, że płyta fenomenalnego Avishaia Cohena na jego oficjalnej stronie kosztuje niecałe 35 złotych (12 USD), w Merlinie 69 zł, a w Empiku i Traffiku solidarnie po 79,99? Dlaczego ciężko jest dostać w kiosku co ciekawszą gazetę z filmem za łączną cenę 10-15 zł, jeżeli film jest dobry, a ja wybieram się na zakupy pod wieczór w dniu wydania? Zapewne nie będzie zresztą tylko moim doświadczeniem, że Polacy okazali się zbieraczami dodatków do gazet. Ilekroć idę po ulubiony film, w okolicznych kioskach niemal zawsze słyszę zachętę - nie chce pan jeszcze X albo Y, dzisiaj przyszły, podobno dobre, ludzie biorą. Kolekcjonerstwo. Kupowanie jak leci, często po to, by stanęło na półce, do obejrzenia na świętego nigdy, nieco bezmyślna konsumpcja - ale za 8-15, a nie za 60 złotych.

Mamy brak elastyczności i nieumiejętność adaptacji do zmian. Przyznajmy, że czasami zapewne faktycznie niemożność ich wprowadzenia, bo Polak-dystrybutor X może rozumieć nasze uwarunkowania, ale jego partner Wydawca Y z USA ma je faktycznie w poważaniu.

Co mnie jednak w postawie grożących dystrybutorów rozsierdza i pozbawia zdolności sympatyzowania z nimi? Ich kompletny brak szacunku wobec osób, które ich płyty jednak kupują. Wycofaniem się z rynku piractwa się nie zmniejszy, raczej się mu sprzyja, tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Tylko naiwny może wierzyć, że po wyjściu Warner Bros. z Polski przestaniemy oglądać na płytach ich filmy - ale tylko butny użyje tej wiary jako podłoża swojego argumentu. Groźba jest pusta. Przy dylemacie "nie zarobić nic" kontra "zarobić mniej niż chciałbym" rozsądny człowiek, w warunkach pozwalających biznesowo przeżyć, wybierze to pierwsze. Ale podkreślam wątek rozsądku i elastyczności, właściwie w tym przypadku koniecznych...
.

2007/06/05

Zalany laptop

Z zalania laptopa herbatą tzw. końcowy użytkownik może wyciągnąć całkiem sporo wniosków. Po pierwsze, przy pewnej dozie szczęścia i tylko umiarkowanie rozważnych działaniach (mimo wiedzy teoretycznej jak postąpić) - da się go uratować. Po drugie, w takiej sytuacji istotne są także karty "telefon do przyjaciela" oraz "zachowaj cierpliwość" - dzięki, Max. Po trzecie, with a little help from my friends and Google, można nauczyć się rozkładać i składać także i komputer typu przenośnego - co humaniście dodaje jakiejś tam pewności siebie, a koniec końców (działa!) nawet i satysfakcję.

Po czwarte, Fujitsu-Siemens nie oferuje dokumentacji, która pokazałaby użytkownikowi, jak dostać się do środka komputera - nie pomaga strona oficjalna ("z tą sprawą zwróć się do serwisu!"), pomagają obcojęzyczne fora. Dodam, że mój laptop należy do tych, w których nawet wymiana/dodanie pamięci wymaga interwencji serwisu. Po piąte, nawet najmniej istotne części są albo obłożone gigantyczną marżą serwisu, albo taka jest polityka firmy, że mają być drogie. Po szóste, w takich realiach serwisy sprzętowe nie będą prosperować dobrze, one są na wymarciu - a na to wymarcie zapewne skazują je koncerny. Chociaż pewnie udałoby się dość łatwo "zaizolować" klawiaturę od leżącej pod nią płyty głównej, producent nie ma w tym interesu - przecież laptop (w przeciwieństwie do stacjonarnego PC) wchodzi w skład kultury jednorazówek, jak napisał ktoś, z kim się zgadzam, ale kogo w tej chwili nie pomnę (skleroza). Części drogie, serwis drogi, nie opłaca się - lepiej kup od nas nowe. Nowe jest sexy bo jest nowe, musisz to mieć.

Po siódme, dobrze robią te serwisy, które ukierunkowują się np. na szukanie tanich części zamiennych (z rozbieranych komputerów) albo na odzyskiwanie danych. Jakoś się spodziewam, że to dobra droga. Po ósme, mam nadzieję że ten laptop podziała jeszcze bardzo długo - jego moce obliczeniowe na moje akademickie potrzeby z pewnością wystarczą. Po dziewiąte, teraz częściej będę sam w nim grzebać, jeżeli zajdzie potrzeba wyczyścić lub coś sprawdzić. Po dziesiąte, gdy kiedyś przyjdzie mi go wymieniać, postaram się o zastępstwo dające użytkownikowi jak największą możliwość ingerencji, zarówno tej w ramach gwarancji, jak i tej, która oznacza jej zerwanie (chcę móc podjąć sam tę decyzję, niech producent ułatwi mi ten wybór dostarczając dokumentację). Po jedenaste, może do tego czasu laptop powtórzy drogę tradycyjnego peceta, który spod skrzydeł największych marek wyfrunął na rynek "składaków", jak się je zwykło brzydko określać.
.

Sprawy napisów c.d. - Lipszyc

Brak czasu na pisanie oznacza, że nieubłaganie zdarza sie przegapić to czy owo. Pisałem jakiś czas temu, że sprawa zatrzymania ludzi skupionych wokół serwisu Napisy.org może być przyczynkiem do debaty. No i stała się, dzięki niezawodnemu Jarosławowi Lipszycowi, który dobrze przedstawił w "Gazecie Wyborczej" punkt widzenia internautów, którzy w środowisku wymiany plików czują się naturalnie i znacznie lepiej adaptują się do zmian niż niektórzy przedstawiciele przemysłu filmowego.

Czy będzie z tego autentyczna debata, nie wiem. Debata wymaga przecież drugiej strony i choćby umiarkowanej otwartości na jej argumenty. Może Jacek Skubikowski znowu włączy się w temat - jego głos mógłby być ożywczy. Tak czy siak tekst Lipszyca to kolejna kropla, która drąży skałę i ważne już to, że jest i że trafia do czytelników z ogólnopolskiego medium.

Pisząc o tym w cztery dni po publikacji tekstu jestem wieki świetlne za galopującą rzeczywistością, a większość czytelników pewnie dotarła do tekstu innymi drogami. Kto jednak nie dotarł, a zajrzy - temu dedykuję ten krótki wpis.
.

2007/06/01

Estonia, cyberwojna, prawda medialna

Estonia, pomnik radzieckiego "wyzwoliciela", wzburzona Rosja, rosyjski (innych podejrzanych z motywem brak) atak hakerski na internetowe strony banków i administracji publicznej. Temat właściwie już przedyskutowany, pewnym symbolicznym domknięciem jest dzisiejszy przedruk tekstu z "New York Timesa" w "Gazecie Wyborczej". Jeżeli nawet sprawa Estonii została dostrzeżona przez mainstream prasowy USA z pewnym opóźnieniem, to w polskiej publicystyce (także tej zapośredniczonej w Sieci) temat został wcześniej dobrze naświetlony. Nie wiem, co tak specjalnego jest w raporcie NYT. Kluczowe wydaje mi się to, co napisał przywołany przed chwilą linkiem Edwin Bendyk:

"Problemy Estonii są o tyle znamienne, że ten mały kraj należy do najlepiej zinformatyzowanych w Unii Europejskiej, w marcu odbyły się w nim po raz pierwszy na świecie wybory parlamentarne, w których można było głosować przez internet. Przy takim stopniu uzależnienia od infrastruktury teleinformatycznej każdy atak na nią ma konsekwencje nie mniej poważne, niż atak na gazociąg, linię energetyczną. Tyle tylko, że jak widać, cyberatak o wiele łatwiej przeprowadzić i jednocześnie trudniej się przed nim obronić"

Edwin ma rację, a temat cyberataków na poziomie państwowym - nawet jeśli jest to trudne do udowodnienia - musi prędzej czy później znaleźć odbicie w debatach międzynarodowych, może nawet na poziomie ONZ. Albo też skuteczniejsze, mniej bezwładne NATO ogłosi zawczasu, że atak cybernetyczny na kraj członkowski będzie traktowany jako a) atak terrorystyczny b) wypowiedzenie wojny; warianty zależne od udowodnienia (lub "udowodnienia") sprawców i mocodawców. Ot, taka wizja.

Kończąc wątek rzucę tylko jedną uwagę: jeżeli tak łatwo daliśmy się wpuścić w silosy atomowe Iraku i interwencję zbrojną/misję pokojową/niepotrzebne skreślić, co powiemy na skomplikowane i jeszcze bardziej abstrakcyjne dla przeciętnego człowieka procedury ataków internetowych, próby wskazywania winnych i monity do ich wspólnego, międzynarodowego ukarania (przy użyciu armii analogowej)? Co o atakach DoS i botnetach może wiedzieć Premier Bez Konta?

Patrząc z innej strony, niewątpliwie do kazusu estońskiego przywarła już etykietka cyberwojny. Dodatkowo o atakach na strony estońskich instytucji mówi się, że to pierwsza cyberwojna. Z jednej strony jest to na pewno dyskusyjne (Izraelczycy pewnie mieliby coś do powiedzenia), z drugiej niezaprzeczalnie dopiero teraz termin "cyberwojna" wchodzi do głównonurtowego dyskursu. Kto wie, czy za jakiś czas nie będziemy bezkrytycznie powtarzać owej prawdy medialnej, że pierwsza wojna nowego typu miała miejsce w Estonii (piszę tak przekornie, ostatecznie jest to fizyczna lokalizacja zaatakowanych serwerów).

Jedno wydaje mi się niezaprzeczalne - o cyberwojnach jeszcze wiele w mediach zobaczymy/przeczytamy/usłyszymy.
.