error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2007/08/29

Nie warto o tym pisać

Miałem o tym nie pisać, ale trzy bliskie osoby w krótkim czasie rzuciły niezależnie od siebie, że to temat na mój blog. Chodzi o wyrok Sądu Najwyższego i interpretację, zgodnie z którą powinniśmy rejestrować blogi i strony internetowe jako prasę. Komentarze na ten temat są np. na Pardonie i u Pawła Wimmera.

I wystarczy. Tego naprawdę nie warto szerzej komentować (wyjątek: prawnicy). Mam poczucie, że nie warto marnować na to energii, że nie warto się niepotrzebnie denerwować. Jak to się drzewiej mawiało, przyjdzie walec i wyrówna. Bo taką niedorzeczność wyrównać musi.
.

2007/08/27

O nudnym internecie

Ostatni post Marka Cubana - do którego jest już zresztą postscriptum - wzbudził małe poruszenie w blogosferze. Cuban w charakterystycznym dla siebie stylu wskazuje powody, dla których internet jest martwy i nudny. Co wywołuje burze i potrzebę komentarzy wielu osób. Skomentowała np. Marta Klimowicz, skomentuję i ja. Burzy nie będzie, tylko kilka zdań.

Zacznijmy od tego, że Cuban nie pierwszy raz prowokuje i hiperbolizuje. Taki styl. Ale czy Cuban naprawdę gada wierutne bzdury? A może to tylko prowokacja?

Myślę, że nie i że kryje się za tym pewien głębszy sens. Sęk w tym, by nie interpretować zbyt przesadnie i zbyt głęboko, by nie robić odniesień do innowacji, które każą bronić Sieci jak niepodległości przed argumentem o jego martwocie. Patrząc dość powierzchownie, stanowisko Cubana mówi praktycznie tylko tyle, że internet nam powszednieje - jest częścią codziennych rytuałów coraz większej części społeczeństw(a). Z drugiej strony może przestaje być tak skutecznym wirem, który wciąga zaborczo w swój świat na wiele godzin? Część osób tego wciągania nie potrzebuje (vide osoby przytrzymujące się w Sieci symbolicznego Onetu), część świadomie zeń - w pewnym stopniu, np. po pracy - rezygnuje.

Warto rozważyć, czy nie jest tak, że internet jeszcze bardziej się nam uprzedmiotowił? Sieć i sieciowe aplikacje - zwykłe narzędzia, przedłużenia zmysłów. Jak telewizor, telefon, książka (beletrystyka, nauka, kulinaria, książka telefoniczna... najszerszy sens).

W 1996 roku William Gibson powiedział w wywiadzie dla pisemka "Salon" całkiem istotną rzecz. Wówczas wizjonerską. "Pretty soon I think there'll be people who make a living pre-surfing [the Web] for you. There's a real need for that - otherwise it becomes this monster timesink. You can just sit there forever. Looking. Looking". Jedenaście lat później tę wypowiedź można podejść z kilku stron. Po pierwsze, że może ten wsysający potwór traci z czasem swój niepohamowany magnetyzm, bo się opatrzył i wiemy, czego oczekiwać? Po drugie, że może ludzie nie mają już potrzeby tak magnetycznie garnąć się do Sieci "patrząc i patrząc", może mają lepsze zajęcia offline. Inicjatywy biznesowe online apriorycznie zakładają pewien prymat Sieci nad realem - że ciągle da się tu przyciągać ludzi. Niemal w nieskończoność... tylko komu wystarczy czasu na tysiące aktywności online?

Znamienne zresztą, że w tym roku kilku kolegów udając się na wakacje podkreśliło w swoich blogach nie tylko to, że będą niedostępni od X do Y, ale że na X dni biorą rozbrat z internetem. Niczego nikomu nie imputując, wygląda to trochę jak mała, podświadoma manifestacja. Słuszna zresztą, bo offline jest znacznie ciekawszy niż online (to wyznanie!).

Po trzecie jednak - znów będę pił do wyników Diagnozy Społecznej - może jednak osoby z cytatu Gibsona, te, które miałyby wskazywać internautom rzeczy ważne/ciekawe w Sieci, wcale nie wywodzą się z nowych kręgów, jakeśmy to sobie przyjemnie założyli? Byłoby pięknie i choć można mieć uznanie dla dziennikarstwa obywatelskiego w Sieci, można ekscytować się blogowaniem - to jednak Onet i inne portale znacznie silniej wpływają na porządek dnia (agenda setting).

I to bynajmniej nie tylko z racji swej wielkości. Ledwie miesiąc temu otrzymałem autorski egzemplarz książki "Media - między władzą a społeczeństwem" (link do księgarni wydawnictwa), gdzie znajduje się mój rozdział o blogach w kontekście dziennikarstwa obywatelskiego. Piszę głównie o realiach USA, ale zestawiam z tym Polskę i wskazuję pewne perspektywy dla niej. Powtarzamy z około pięcioletnim opóźnieniem wiele doświadczeń amerykańskich i to się zgadza - kiedy jednak myślę o Cubanie, którego przywołałem na początku, przychodzi mi do głowy jeszcze jedno. Ważne, abyśmy z równie dużym opóźnieniem nie wyciągali po Amerykanach wniosków. Zwłaszcza tych stosunkowo przykrych.

Dzisiaj jednak czytam o polskiej elektrociepłowni, która zafundowała sobie siedzibę w Second Life i jest chyba dość czytelne, co o tym myślę. Przypomina mi się zresztą Poczta Polska, która jako monopolista reklamowała się, nie wiedzieć po co ani za jak ciężkie pieniądze, na kombinezonie Adama Małysza. Tam wirtual, tutaj real - groteska ta sama.

Faktycznie powiało nudą od tego internetu.
.

2007/08/23

Wikipedyści szybsi

Małe spostrzeżenie związane z bardzo przykrą sprawą. Otóż zmarł aktor Jacek Chmielnik, znany powszechnie przede wszystkim z komedii Machulskiego (zwłaszcza z "Kingsajzu"). Poinformował mnie o tym z samego rana kolega (via komunikator); przykro, odruch sprawdzenia co się stało, człowiek w sile wieku przecież.

Gazeta.pl tegoż ranka - brak informacji. Wirtualna Polska - nic. Onet - jest zdawkowa informacja o wypadku w domku letniskowym. Smutno. Nie jestem teatromanem, telewizję też niezbyt lubię, postanowiłem więc tylko sprawdzić, co w ostatnich latach robił pan Jacek, gdzie grał.

Jego biogram w Wikipedii nie dał mi jednak wiedzy na ten temat, natomiast ku swojemu zaskoczeniu odnalazłem tam bardziej szczegółową niż na portalach informację o okolicznościach wypadku. Której to informacji nie potrzebowałem, której nie szukałem i której od Wikipedii bym nie oczekiwał - tym niemniej, z jakichś względów, publikujący ją wikipedyści okazali się szybsi od dziennikarzy newsowych w portalach. Nic ważnego, ale z perspektywy niniejszego bloga jakoś tam warte odnotowania - tak po prostu, bez interpretacji i komentarza.

I tylko Pana Jacka szkoda.
.

2007/08/06

Pistorius, iLimb, przewaga

Mam wrażenie, że protetyka oparta o nowoczesne technologie chcąc nie chcąc będzie się już kojarzyła z cyborgizacją. Można zastanawiać się, czy w każdym przypadku słusznie. Oscar Pistorius, o którym niedawno było dość głośno, ma pseudonim "Blade Runner", bo jego protezy do biegania faktycznie przypominają nieco klingę (...ale czy tylko dlatego?). Ciekawsze, czy biegacza zobaczymy na olimpiadzie wraz ze sportowcami pełnosprawnymi, czy nie - podobno protezy dają mu przewagę i to już jest sprawa niebagatelna. Ostateczna decyzja IAAF w sprawie Pistoriusa przed najbliższą olimpiadą i tak nie będzie ostateczną decyzją w szerszym rozumieniu, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że podobne dylematy będą nagminne.

Wybiegając nieco w przyszłość i popuszczając mocno wodze fantazji, można się nawet zastanowić, czy Międzynarodowy Komitet Olimpijski postawiony między młotem a kowadłem wybierze rozwiązanie:
- konserwatywne, ale pełne hipokryzji (czyli: żadnych modyfikacji organizmu, "sport olimpijski bez wspomagania maszynowego"... przy czym podobne, niedozwolone wspomaganie organizmu i tak ma miejsce cały czas, vide doping wydolnościowy);
- postępowe, ale dość niebezpieczne (czyli: dopuszczamy pewien stopień ingerencji technologicznej... tyle, że uprzywilejowanie jednych modyfikacji technologicznych uruchomi lawinę drugich, w efekcie za X lat być może przyjdzie nam oglądać popisy zupełnie oderwane od ludzkiej rzeczywistości, w których jednostka-sportowiec będzie zaledwie trybikiem, nomen omen w maszynie, sztabu R&D - a walka o medale w istocie będzie walką konstruktorów, coś jak dziś w Formule 1).

Patrząc na sprawę Pistoriusa, w najbliższych latach będzie fascynująco.

Do wpisu skłoniła mnie jednak inna kwestia: Szkoci opracowali iLimb - protezę ręki nowej generacji, bardzo zaawansowaną technologicznie. Czytamy o niej, że: "produkt Touch Bionics działa podobnie do innych tego typu urządzeń, odczytując sygnały elektryczne z mięśnia zachowanej części kończyny. Każdy palec jest jednak zasilany osobnym silnikiem. Dzięki temu i dzięki wyposażeniu palców w specjalne czujniki siła uchwytu jest dostosowywana dla każdego palca niezależnie". Proteza jest podobno rewelacyjna i przełomowa, kosztuje ok. 18 tys. USD.

W innym tekście o iLimb odnajdujemy ważną dla badacza ze świata nauk społecznych uwagę. Wyrażoną przez samego producenta:
"some patients, mainly military personnel, particularly love the robotic nature of the uncovered iLimb Hand and prefer not to wear it with a cosmesis glove". Owa realistyczna "rękawiczka" nie tylko maskuje protezę, by ta wyglądała jak ludzka dłoń, ale przede wszystkim pełni rolę ochronną dla delikatnych mechanizmów. Tymczasem, jak widać, dla użytkowników ważny jest także szyk i styl.

Co z tego wynika? Że wpływ literatury i filmów S-F na człowieka objawił się w nowy sposób, to właściwie jasne. Żołnierze chcą wyglądać jak Arnold Schwarzenegger w "Terminatorze" albo inna kultowa postać. Zdaje się jednak także - co tak naprawdę jest niepomiernie ważniejsze - że supernowoczesna proteza, jaką jest iLimb, zdejmuje z części użytkowników piętno niepełnosprawnych, dowartościowując ich.

Oscar Pistorius jako sportowiec ma zatem problemy i boryka się z zarzutem, że jego protezy mogą dawać mu, powtórzmy, przewagę nad tzw. zdrowymi biegaczami. Protesty, które rozpatruje IAAF, to paradoksalnie dobry sygnał wskazujący, w którą stronę będziemy kierować myślenie o ludziach kalekich. Nie tylko równi, ale może lepsi...? ILimb na pewno nie jest bardziej funkcjonalny od zwykłej ludzkiej ręki, ale decyzje jego pierwszych użytkowników nie tylko nie bojących się odsłaniania protezy, ale nawet do tego dążących, również sygnalizują początek zmian.

...co napisawszy kończę i żegnam Czytelników na dwa najbliższe tygodnie. Do zobaczenia po moim powrocie z urlopu.

2007/08/02

Internauci wśród wykluczonych

Ostatnia seria tekstów o internecie, jaka pojawiła się w "Gazecie Wyborczej" i na portalu Gazeta.pl cieszy, choć do poszczególnych artykułów - vide ten o "kłamstwach internetu" - można mieć zastrzeżenia. Dzisiejszy tekst jest jednak szczególnie wart przeczytania, bo Dominik Batorski mówi o wynikach nowej Diagnozy Społecznej w kontekście Sieci. Empiria potwierdza, co intuicyjnie niektórzy już wyczuwali: "pogłębia się zjawisko 'cyfrowego wykluczenia' - ludzie bez dostępu do internetu zostają w tyle. Nowość polega na tym, że to samo zjawisko dotyka tych, którzy dostęp mają, ale nie umieją z niego skorzystać".

Dominik wskazuje w wywiadzie m.in. na trudność w efektywnym użytkowaniu wyszukiwarek, co przypomina mi własną, dawniejszą obserwację o wyroczniach, którym zanosimy nieśmiało pytania nie zawsze wiedząc, co też nam odpowiedzą (i jak to, co "powiedzą", zinterpretować, przez co trafiamy w miejsca zupełnie nieadekwatne). Smuci mnie, ale nie zaskakuje, także potwierdzenie z nowej Diagnozy, że Polacy chodzą przetartymi ścieżkami, korzystając z najbardziej znanych sieciowych miejsc i nie wyściubiając nosa dalej. Polski portal internetowy, którego interesem jest oczywiście zatrzymanie użytkownika a nie - jak wynikałoby z definicji - wypuszczenie go na "szerokie wody internetu", dawno przestał być tym, do czego predestynuje go nazwa...

Mam przy tym wrażenie, że wnioski z internetowej części tegorocznej Diagnozy, do których wywiad z Dominikiem jedynie wprowadza, będą szczególnie ważną lekturą dla projektantów i deweloperów kolejnych startupów opartych o ideologię Web 2.0.
.

IKEA w Polsce rezygnuje z toreb plastikowych?

To teoretycznie bez związku z internetem, ale od codzienności poza Siecią nie sposób uciec i uciekać nie warto. Jak niedawno pisali autorzy Kultury 2.0, Amerykę ogarnęła moda na ekologię. Bawełniane, wielorazowe torby zamiast plastikowych i papierowych.

My, Polacy, jesteśmy w tyle, ale krok zmierzający do szerokiej rezygnacji z plastikowych postawimy wraz z ze światowym gigantem. Wczoraj dowiedziałem się, że polska IKEA niedługo przestanie rozdawać klientom darmowe, plastikowe torby. Nie będą dostępne, zamiast nich do dostania będą za symboliczną opłatą biodegradowalne torby papierowe. Oczywiście będzie też można kupić plecione torby wielorazowe, kosztujące nieco więcej.

Dokładnie taką informację otrzymałem, aczkolwiek jest możliwe, że w praktyce będzie to wyglądać nieco inaczej. Wiosną 2006 roku w Wielkiej Brytanii ruszył nieco podobny program. Tam jednak "plastik" pozostał dostępny - tyle, że za opłatą. Podobnie w Stanach Zjednoczonych, wiosną tego roku. IKEA nie tylko promuje w ten sposób rozwiązania proekologiczne, ale także zbiera fundusze na zalesianie. I zbiera niezłe pieniądze:

"Starting March 15, all IKEA stores in the US will charge a nickel per plastic bag in an effort to get people to haul their Swedish Fish and affordable housewares out of the store in reusable bags and cut down on plastic bag waste. Proceeds of up to $1.75 million (...) from the bag campaign will go to American Forests, the nation's oldest non-profit citizens conservation organization, to plant trees to restore forests and offset CO2 emissions."

W brytyjskich sklepach sieci akcja jest wielkim sukcesem - użycie toreb plastikowych zmalało o 95%. Oby tak było i w Polsce, choć w przypadku naszego kraju więcej obiecuję sobie po edukacyjnym wątku tej inicjatywy.
.

2007/08/01

Second Life to strata pieniędzy?

Do takiego wniosku doszedł ostatnio Chris Anderson, autor teorii długiego ogona i książki o tym samym tytule ("The Long Tail"). Wydawanie pieniędzy przez firmy na wirtualną aktywność w Second Life nie musi popłacać i często nie popłaca, jest natomiast wynikiem tego, co zwykliśmy określać mianem hype. W podobnym tonie pisze w "Wired" Frank Rose, opisując m.in. perypetie Coca-Coli w świecie Drugiego Życia. Wydźwięk artykułu dobrze oddaje tytuł, w którym czytamy o "marnowanych milionach".

Warto wyrobić sobie własne zdanie. Być może to Coca-Cola nie rozumie, że potrzebny jest nowy model marketingowy, a być może to SL jest szpetną wydmuszką. Być może nie warto inwestować w kolejne wirtualne biznes-wyspy, których nikt nie odwiedzi, a być może ma to sens, podobnie jak płacenie linden-dolarami użytkownikom (tj. właściwie ich awatarom) za przebywanie i imprezowanie w wirtualnym przybytku biznesu (jak czyni T-Mobile)?

Z mojej strony jedynie uwaga, że nawet godząc się z Rose i Andersonem trzeba ująć to w konkretny kontekst. Biznesowy. Nie tak dawno Kraków chwalił się swoją wizualizacją w SL, nazwaną mało błyskotliwie Second Krakow. Czy to źle, że urząd wydaje pieniądze na obecność w świecie, w którym bardzo fajną (ponoć) wyspę Coca-Coli odwiedziło dotąd niespełna 1500 osób? Według mnie nie, bo taka forma marketingu miasta/instytucji państwowej/państwa ma - albo powinna mieć - inne cele. Ilość odwiedzin nie jest tu, jak sądzę, kluczowa, tak samo jak w przypadku stawianych w SL wirtualnych ambasad. Ważne, że Kraków w SL jest i że wygląda ładnie.

Ale tak między nami, to Second Life naprawdę budzi wątpliwości. Parę miesięcy temu sam byłem innego zdania. Jeżeli jednak spojrzeć na ten wirtualny świat przez pryzmat zewnętrznych inwestycji, które są w nim prowadzone, może dojdzie się do wniosku, że rośnie nam bańka internetowa 2.0. Na razie jest niemal pewne, że nadmucha ją amerykańska kampania prezydencka, która już się zaczęła (demokratyczny kandydat na kandydata John Edwards). W tym sensie Second Life jest ważny, ale czy będzie ważny w "długim trwaniu"...?
.