error300: multiple choices - migawki z cyberprzestrzeni

2008/02/28

Albośmy to jacy, tacy...

Wzajemne zaufanie lub jego brak, poczucie wspólnoty z innymi lub jej brak. Życzliwość i optymizm, niepotrzebna zawiść i bezduszność. Na dłuższą metę to ciekawsze tematy badawcze niż zakres socjologii Internetu.

Kanada. Minionej nocy wylosowany szczęśliwiec, pracownik młyna (!), dostał szansę na wygranie miliona dolarów. Musiał tylko w krótkim czasie trafić z daleka hokejowym krążkiem do bramki. Dokładnie 15 razy w 24 sekundy. Trafił. Wygrał. Oto komentarze pod artykułem opisującym zdarzenie:


Pewnie intuicyjnie przeczuwamy, jak odpisalibyśmy swojemu rodakowi. Nieważne. Poważniejszy przykład.

Polska. Okropny wypadek samochodowy dwóch dziennikarzy, jeden ginie na miejscu w strasznych okolicznościach, drugi walczy o życie. Jarek był moim Kolegą ze studiów, ale to nie ma w tej chwili znaczenia, poza tym, że prywatnie jest mi cholernie przykro. Oto komentarze pod artykułem na Onecie:

.

2008/02/21

Mocarstwowe podejście do Open Source

Aleksander Ponosow, nauczyciel skazany za pirackie kopie Windows i MS Office założył Rosyjskie Centrum Wolnych Technologii, a władze ponoć sprzyjają jego inicjatywie. Pisze o tym Dziennik Internautów. Innymi słowy - Rosja za Open Sourcem.

Dobrze, czy niedobrze? Oczywiście, że dobrze... jednak nie do końca. Dzięki takim działaniom idea wolnego oprogramowania będzie się szerzyć i popularyzować - ale czy przy okazji nie będzie się wulgaryzować? To trochę tak, jak z Marksem - przeciętny Polak kojarzy dziś koncepcję marksistowską z komunizmem i wyraża się o niej w dosadny sposób; dopiero studenci socjologii czy filozofii dostrzegają, że chodziło mu o coś znacznie szerszego (i że bycie marksistą nie powinno stygmatyzować, tak jak nie stygmatyzuje sympatyzowanie z Nietzschem, mimo wykorzystania jego koncepcji przez nazistów).

Zamiast się rozpisywać, zacytuję krótko za Dziennikiem Internautów: "Na konferencji prasowej Rosyjskiego Centrum Wolnych Technologii (...) nauczyciel mówił także o groźbie utraty niezależności przez Rosję, która korzysta z rozwiązań informatycznych importowanych z zachodu. W jego ocenie jest to zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju".

Chodzi właśnie o ten trop, szybko i skrupulatnie podjęty. Nie jest dobrze, gdy idea Open Source jest wykorzystywana w imię obrony wielkomocarstwowych interesów Mateczki Rosji. Z drugiej strony, nie należy się temu dziwić. Ostatecznie idea praw człowieka również się zwulgaryzowała - w takim sensie, że niektóre rządy starają się wykorzystywać NGOs do własnych celów, także propagandowych; czasami tworzą nawet marionetkowe organizacje, aby potępić politycznego konkurenta na arenie międzynarodowej.

To oczywiście nie podważa w najmniejszym stopniu sensowności działania na rzecz praw człowieka, tak jak interesy rosyjskie w OS nie podważają sensowności działań na rzecz wolnego oprogramowania. Jest to tylko ten moment, w którym Open Source - mimo woli - traci niewinność i zaczyna być wykorzystywane instrumentalnie. Autentycznie przykre, ale i świadczące o ważkości samej idei.
.

2008/02/12

Kiedy "bezpieczeństwo" znaczy "kontrola"

W "Wired" bardzo dobry felieton Bruce'a Schneiera, speca od bezpieczeństwa sieciowego. Schneier opisuje model biznesowy efekt lock-in (efekt zamknięcia) i to, jak pod płaszczykiem zwiększania bezpieczeństwa duże firmy informatyczne zwiększają kontrolę nad użytkownikami. Nie chodzi nawet o zakusy na naszą prywatność - to osobny temat - ale o to, aby utrudnić nam zmianę produktu na konkurencyjny.

Co prawda, to prawda - MS Office albo iPhone to nie napój gazowany lub czekolada, które zmienimy momentalnie, kiedy nam się znudzą. Zmiana w zakresie oprogramowania lub sprzętu jest znacznie trudniejsza, wymaga dużych nakładów czasowych i emocjonalnych, a często i finansowych. To właściwie jasne, jednak robi się nieprzyjemnie, kiedy kolejne ograniczenia wprowadza się pod pozorem naszego bezpieczeństwa. Schneier pisze m.in. o microsoftowym NGSCB - dość przerażającym koncepcie, sprzedawanym marketingowo jako doskonała platforma chroniąca przed oprogramowaniem szpiegowskim i wirusami, którą nie jest. Jest natomiast narzędziem kontroli producenta nad sprzętem (hardware).

Przede wszystkim jednak Schneier poświęca swój tekst działaniom Apple'a - i do tego chcę nawiązać. Oto Apple broni iPhone'a rozmaitymi, nierzadko dość bezwzględnymi metodami. Aktualizacja oprogramowania z września nie tylko kasowała z telefonu obce oprogramowanie, ale w niektórych przypadkach po prostu blokowała telefon. Zdjąłeś sim-locka? Nie podzwonisz. No i rzecz druga - ścisła kontrola oprogramowania typu third-party. Skoro można to kontrolować, nawet za cenę mniejszej innowacyjności i funkcjonalności sprzętu, dlaczego tego nie robić...?

Pierwszy odruch mógłby być taki: wyprodukowali, mają prawo reglamentować. Poza tym wyjaśniają to względami bezpieczeństwa - przecież nigdy nie wiadomo, co "złapiemy" z niewiadomego źródła... Jeżeli jednak chwilę się zastanowić, sprawa wcale nie jest oczywista. Po pierwsze, co prawda niczego złego nie "złapiemy", ale też nie usprawnimy urządzenia, nie dostosujemy go w stu procentach do swoich potrzeb, nie zwiększymy satysfakcji z jego posiadania.

To, na marginesie, działałoby w oczywisty sposób na rzecz producenta... ale on zazdrośnie nie chce dzielić się chwałą z producentami zewnętrznymi, autorami dodatkowego oprogramowania. Dojmująco stary sposób myślenia w firmie, która mieni się innowacyjną i otwartą. Na dobrą sprawę tę mentalność testujemy z wielu stron i od wielu lat. Wystarczy przypomnieć sobie opieszałość Microsoftu w aktualizowaniu IE 6 i zwiększoną częstotliwość wprowadzania poprawek od momentu popularyzacji Firefoksa... czy Microsoft działał wcześniej dostatecznie dobrze w interesie klientów? A może korzystał z pozycji rynkowej i starał się mniej, bo nie musiał starać się bardziej? To właśnie uroki lock-in.

Dla mnie ważna jest jednak sama dyskusja. Dzięki Apple'owi rozmawiamy o kontroli nad produktem w kontekście rynku telefonii komórkowej i jest to akurat zjawisko korzystne. Przecież to samo podejście charakteryzuje innych producentów. Dlaczego mój tzw. smartfon firmy Nokia musi - wraz z moimi prywatnymi, bądź co bądź, danymi - wędrować do serwisu tylko po to, by ktoś zaktualizował wadliwie działający system operacyjny? Co konkretnego i merytorycznie ważnego - poza egzystowaniem serwisów - sprawia, że nie mogę dostać płyty CD i wykonać tej operacji samemu, jak zwykło się to robić w przypadku komputerów czy nawet iPoda?

W tym właśnie sensie - i o tym Schneier nie pisze - być może będziemy coś Jabłku zawdzięczać, pomimo brzydkiej zabawy z iPhonem. Boję się tylko, że zanim coś się zmieni, trochę wody jeszcze w Wiśle (Odrze, Bugu i Świdrze) upłynie. Dobrze byłoby spopularyzować OpenMoko - minął rok od mojego wpisu, a rewolucji brak - albo przynajmniej jego następcę.

Spodziewam się, że Nokia odpowiedziałaby teraz na moje pytania w podobnym tonie: aktualizacja oprogramowania to skomplikowana operacja, wykonujący ją serwisant w międzyczasie weryfikuje także, czy telefon nie został zainfekowany i trwale uszkodzony przez szkodliwe oprogramowanie. Tylko oddając telefon do serwisu ma Pan pewność, że zadbamy o pańskie bezpieczeństwo.

Czy na pewno o moje?
.

Prawo do zamknięcia konta

Serwisy społecznościowe odwiedzam właściwie coraz rzadziej. Brak czasu i potrzeby. Odwiedzam też ich coraz mniej, a że nie lubię zostawiać zbędnych śladów po sobie (tam, gdzie już nie bywam), zazwyczaj likwiduję stare konta i profile użytkownika. Co przydaje się między innymi dlatego, że niektóre z owych serwisów lubią przesyłać mi co tydzień zupełnie niepotrzebne mejle z podsumowaniami.

Jednym z nich jest Biznes.net, do którego dawno, dawno temu zapisałem się z ciekawości. Serwis niewiele wniósł do mojego zawodowego życia, a zatem zgodnie z własną polityką postanowiłem skasować konto. I tu zagwozdka. Po wnikliwych poszukiwaniach w interfejsie nie udało mi się znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi na pytanie jak to zrobić. Co doprowadziło mnie do dwóch wniosków. Albom kiep i nie znalazłem - deprymujące, ale i źle świadczące o serwisie (nieintuicyjny interfejs) - albo też profilu użytkownik nie może usunąć samodzielnie.

No dobrze, wyprzedzę fakty. Nie może łatwo usunąć. Musi wypowiedzieć Umowę przez BARDZO Duże U.

Regulamin serwisu wskazuje jednoznacznie: mam prawo do zawieszenia lub zamknięcia konta w serwisie. I tyle, żadnych konkretów. Ogromnie się cieszę z powyższego prawa, to doprawdy szczodrość ze strony twórców, że pozostawiają je w mojej gestii... Dalej czytamy: "Użytkownik może w dowolnym momencie odstąpić od Umowy, co skutkować będzie usunięciem profilu Użytkownika z Serwisu. Decyzję o odstąpieniu od Umowy można zgłaszać korzystając z formularza kontaktowego dostępnego pod adresem http://biznes.net/kontakt/".

Wnioski są dwa. Po pierwsze, czytać przed akceptacją regulamin świadczenia usługi. Jeżeli należymy do 10 serwisów społecznościowych, nie zakładajmy, że 11 hołduje tym samym zasadom. Niby proste, niby banalne, niby każdy może się pośmiać - ale sam też pewnie byłby mądry po szkodzie, jak nie w tej, to w innej, analogicznej sytuacji.

Po drugie, gdyby to Nasza-klasa nie miała łatwo dostępnej opcji kasowania konta, wbrew intuicji i przyjętym dobrym obyczajom, raban medialny byłby niesamowity. A tutaj cisza, spokój.

Dla mnie jednak już Biznesu.niet.
.